Posty

Wyświetlanie postów z 2016

LABUCHE

Obraz
Ruszam jak zwykle ok.8. Po śniadaniu. Słońce już wzeszło, ale oświetla niewłaściwą stronę doliny. W cieniu zimno, łapy marzną, więc wyciągam moje rękawiczki specjalnego przeznaczenia. ;) kupione w ostatniej chwili puchowe łapawice. Na moje przemarznięte ręce idealne ;)  Idzie się dobrze, mimo wysokości. Bo po płaskim. No może lekko pod górkę. Wychodzi na to że jestem mistrzem płaskiego. Taki nizinny typ. Trochę zdjec po drodze, i zaczyna sie podejście. Na szczęście niezbyt strome, i o dziwo nawet przerwy robię nie co trzy, a co 15 kroków.  Dochodzę do mostu, i bazy noclegowej po drugiej stronie. Teoretycznie tu miałem nocować, jak bysię  okazało ze te 200m w pionie mnie wykończy. Ale nie ma dramatu. I czas dobry. Posiłek regeneracyjny, odpoczynek i obawa przed tym co widzę. Kolejne 200m w pionie, prawie pionowo. Ścieżka wije sie pomzboczu, ktore mam jakieś 70^ nachylenia. Masakra... 1,5h pod górę. Co chwila przerwa na oddech, i uspokojenie serca. Ale prę dalej. W koncu je...

Dzień czwarty.

Dziś droga krótka, bo tylko do Pheriche.  Wystartowałem o 8, po mocno obfitym śniadaniu.  Początek nawet nienajgorzej. To pewnie sprawa owsianki i naleśnika z miodem.  Docieram do mostu, po jakiejś 1,5h. Przerwa na zupę (pyszna pomidorowa z czosnkiem), chwila na oddech i ruszam dalej. Nie jest już tak łatwo, ale bez dramatu. Kilka podejście, trochę po płaskim, i w końcu z za "zakrętu"'wyłania się dolina, a w niej zabudowania Pheriche. Zejście, mostek i ostatnia prosta. W sumie 3,5h. Niezłe tempo jak na emeryta i wysokość.  Ładuje się do rekomendowanego hotelu, próbuje negocjować cenę, ale obsługa niezbyt miła. Oprócz mnie nikogo nie ma. Zostawiam graty, i idę na rekonesans. Jedna strona,mruga strona i leżakowanie na słońcu. Relaks pełną gębą. Wytrzymałem do 13. ;) wziąłem aparat, i wydrapałem się na górkę, poszukać kadrów. Z górki piękny widok na dwie doliny, i dwie "osady". Jedna 4200, druga 4400. Jedna w słońcu, druga w cieniu. No i panorama obłędna. Tylko ...

TENGBOCHE i jeszcze kawałek...

Nie wysłałem się. Budziłem się co chwile. Nie wiem czy to z emocji, czy z powodu wysokości. W kazdym razie o 7 na śniadanie (naleśnik i owsianka, z dodatkowa porcja orzechów z plecaka) obficie, żeby siły były. Pakowanie, i w droge.. Pogoda bez szału. Niebo zachmurzone, choć momentami przebija się słońce. No i pada zmarznięty deszcz. Na szczęście delikatnie, wiec na razie nie wyciągam gore-texu. Początek na luzie, bo droga z górki. Potem lekko pod, ale nie ma dramatu. I znow w dół. Na 3250mnpm. A wiadomo ze jak dół, to zaraz będzie ostro w górę.  Wiec na dole, w ramach zebrania sił, posiłek regeneracyjny. Zupa pomidorowa-czosnkowa, bo tylko taka nie była z torebki. I snikers...  Jesze tylko most linowy, i zaczyna sie dramat. 2h non stop pod górę. Powtórka z rozrywki, kilka kroków i moment na złapanie oddechu. I tak całą drogę. Pierwsza próba Issostara, i jeszcze snikers. Myślałem że idę bardzo wolno, ale mialem tylko 20 min. opoźnienia według wytycznych. Nie jest źle. Na górze ...

NAMCHE BAZAR

Dziś dzien na aklimatyzację. Wiec po porannej owsiance z jabłkiem (niezbyt obfitej) polazłem z aparatem w koncu porobić jakieś foty. 400 metrów w gore... A miał być odpoczynek. Na podejściu spora zadyszka, znów kilka kroków i przerwa. A idę na "pusto".. Boję się jutra, po takim poranku.. Ale widoki wynagradzają wszytko. Pogoda łaskawa, więc widać Mount Everest, Lhotse, Nuptse, Ama Dablam, i jeszcze parę szczytów o których nie mam pojecia. ;)  Ale jest pięknie. Tylko ja i góry. I głos orła który kołuje gdzieś nade mną...  Posiedziałem tak sobie trochę, ucieszyłem oczy. Takie widoki dodają Ci siły. Zajebiscie mobilizują. Zalazłem do hotelu, zjadłem stek z Yaka, (który był chyba wielkości kota), i przeorganizowałem plan zajęć. Bo chyba trzeba wrócić wcześniej do Polski. Chwila relaksu na słońcu, szaleństwo w postaci Coli i decyzja by wejść jeszcze raz na zachód słońca. Znow zadyszka, znow chwila zwątpienia. Że może nie iść tak wysoko, żeby sobie odpuści Everest, a zostać na tych...

Maszeruj albo zdychaj...

Dzien powrwszy.  Wyladowalem w Lukla, podobno na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk świata. Jakoś mnie nie przestraszyło. Widoki o poranki, niewiarygodne. Słońce  które wstaje, i powoli rozświetla  doliny, a w tle białe szczyty wysokich gór, zwala z nóg. A to dopiero przdsmak.. Mam nadzieje.  Na ulicy pusto, Lukla  powoli budzi się do życia. Mijam kolejne "restauracje", Guest Haus'y, i Starbucks'a. Szczyt hipserstwa. ;) Zatrzymuję się w pierwszym otwartym barze, i zamawiam zupę... Przegryzam bułką którą przytargałem  z Kathmandu, i konsternacja. Nie ma mojej pięknej niebieskiej butelki z wodą... Albo wypadła w luku, albo ukradli. A była pełna wody... Szlag. Ruszam na szlak. Jeszcze tylko kontrola pozwolenia, i w długą.. Nie jest źle, ale to pewnie dla tego że z górki, i początek.  Mam dotrzeć do Phakding, i tam nocować... To pierwsza baza, i aklimatyzacja. Dotarłem tam o 10, z zapasem sił. I tak mnie pokusiło żeby iść dalej.  No i posżedlem....

Lęki...

Pominę kilka dni, ale uzupełnień je w wolnej chwili, jak bede miał prąd, i WiFi.  Dziś jest ostatni dzień przed...  Jutro o 6.15 mam samolot do Lukla, gdzie zaczynam "spacer" po himalajach.  Plan jest ambitny, nie wiem czy nawet nie "za"... Chcę dojść do Eberest BC, potem przez przełęcz CHO ŁA do GOYKO. Po drodze jeszcze kilka punktów widokowych, i w sumie trzy razy ponad 5.400 mnpm. Chciałem wejść na 6000, ale to się raczej nie uda samemu. Tu już trzeba mieć specjalistyczny sprzęt, i asekuracje., W kazdym razie po 4 dniach w Kathmandu, gdzie zbierałem informacje, i kompletowałem sprzęt, mam coraz wiszeksze obawy, czy dam radę. Czy kondycja pozwoli, czy jednak zmęczenie 2 miesiącami szlajania się po Indiach i Bangladeszu, walka z angina, i przeziębieniem nie odbije się teraz czkawką.  Czy pogoda nie zawodzie, i czy nie zgubie szlaku. Czy wystarczy kasy, zapasów, i czy plecak mnie nie wykończy, bo mimo przeparkowania, i zabrania absolutnego minimum, to i tak wazy pew...

Bangladesz- podsumowanie...

Bangladesz, podobno jedno z najbiedniejszych państw świata, i jedno z najbardziej zaludnionych. Ja tego nie odczułem. Nie ma jakiejś drastycznej różnicy pomiędzy nim, a Birma. Może jakieś 5lat, zanim w Biemie pozwolono na tel.komorkowe i TV SAT.  Tu jeszcze smartfon to duży luksus, a TV rzadkość.  Choć na ulicach widać niezłe auta, czasem nawet luksusowe europejskich producentów.  Ludzie to najżyczliwsza nacja jaką spotkałem do tej pory. Aż bywa to męczące, a czasem krępujące.  Setki pytań z podstawowego zestawu, "skąd jesteś, i jak ci na imię". Czasem pytali "jak się masz", i sami sobie odpowiadali, "dziękuję swietnie" ;)  I jak się odważy tylko jedna osoba, momentalnie robi się wokół Ciebie kółko zainteresowanych, którzy powtarzaj te same pytania, albo pytają "anglojęzycznych". Byłem Chińczykiem, Japończykiem, Francuzem, Holendrem, i jeszcze kilkoma innymi nacjami.. ;) No i odmlodnialem o jakieś 15lat. ;) Sytuacja jest podobna gdy siadasz coś z...

Dziecko kolejarza...

Czas opisci Bangladesz. Co prawda wiza kończy się za 6 dni, ale wolę mieć zapas, gdyby się okazało że nie ma możliwości przekroczenia granicy, w miejscu które sobie wymyśliłem.. ;) Ale po kolei. ;) Z Jaflong wyjechałem rano lokalnym autobusem, wciśnięty w ostatnim rzędzie, pomiędzy plecaki, a siedzenia ktore mógłby zawstydzić RyanAir. ;) Wytrzęsiony za wsze czasy, z początkami choroby lokomocyjnej, wysiadłem w Sylhet, i na stację kupić bilet do Dhaka na jutro, bo dziś już nic nie jechało. Niestety nie było możliwości przejazdu z Sylhet w poprzek do Rangpur.  W Sylhet nocleg w znanym hotelu, gorący prysznic, i generały luz. Nie miałem siły, ani ochoty łazić po mieści i pstrykać. Zjadłem jakiś makaron w restauracji na dole, kupiłem owoce, ciastko, i colę. I tak zaopatrzony siadłem w pokoju, przeglądając to co udało mi się zrobić prze ostatnie trzy dni. Nie ma tragedi. Jest szansa że coś się uda wybrać. Brardzo bym chciał zrobić wystawę... Wieczorna herbata, która okzala się kolejna b...

Na dobicie.

Dziś dzien ostatni w Jaflong.  Pewnej warto by było zostać jeszcze z jeden, ale wiza się kończy, a ja nie wiem ile mi zajmie wyjazd z kraju, i czy nie będzie problemów. Więc dziś "dociskam". Zalazłem na dół, kombinuje z ustawieniami, żeby niwelować niedoskonałości aparatu, i mieć potem z czego wybrać ostre zdjecia. Pojawiła się wczoraj pewna koncepcja na zdjecia, ale niestety to nie na takie warunki, i czas. Może kiedyś ja wykorzystam. A narazie walczę. I znów to samo. Zapierdol, bieganina, kilogramy na głowie. A jednak jest czas na uśmiech, zdjecie, pogaduchy. Kosztem papierosa, palonego w biegu, albo zmiennika który musi iść kawałek dalej.  Dowiedziałem się że praktycznie wszyscy którzy tu pracują, to przyjezdni. W poszukiwaniu pracy, z innych regionów Kraju. Jaka musi byc bieda i desperacja, by przyjechać do tego piekła.  Niewyobrażalne.  Musiałem zrobić przerwę. Psychika siada, i cieżko się skupić w tym chaosie i hałasie. Obiat we wczorajszej jadłodajni, owoce, h...

"Dzień święty, święcić..."

Dziś piątek, czyli niedziela. Teroretycznie wolne. Ale tu jest jak u nas. Wszyscy wolne, centra handlowe zapieprzaja.  Wrocilem na wczorajszą "miejscówkę". Ale najpierw herbata w znajomej "herbaciarni" i omlet z trzech, w "barze mlecznym" obok. ;) muszę chyba zbadać cholesterol po powrocie. ;) choć i tak nie wiem jaki był przed. ;);) W kazdym razie dziś jest inaczej. Puściej, doły pozalewane wodą (w nocy pompy nie pracowały), więc ludzie albo pracują na obrzeżach, albo tam gdzie nie ma wody, a są kamienie. Koparki wywożą piasek, dzieciaki wybierają z niego drewno i kamienie, kobiety przenoszą kamienie na kopce, a faceci ładują to na ciężarówki. Do tego pogłębiają i poszerzają doły, konserwują pompy, i robią wszystko co niezbędne by jutro znow zacząć od nowa. I wcale nie jest lżej. Przy mnie obsunęło sie pare ton piasku, a facet uskoczył w ostatniej chwili. Łopat nie odzyskali.  Z racji że "niewiele" się działo, poszedłem w głąb piaskowej łachy, d...

Piekło...

Obraz
Ja pie...lę. Mógłbym napisać tylko tylę. Może nie wyraża w pełni tego co czułem, jak zobaczyłem "obraz" w Jaflong, ale w dość znaczyć stopniu odzwierciedla moją pierwsza reakcje. Było jeszcz słowo na "K"... Na początku. Ale po kolei.  Do Jaflong dojechalem z wycieczką studentów, która mnie zgarnęła w Sylhet, gdy szukałem właściwego autobusu. Dojechałem z nimi prawie do końca. Tuż przed przesiadłem się do rozklekotanego transportu międzymiastowego, i ostatnie kilometry walczyłem by nie odgryźć sobie języka, i nie stracic wszystkich pląb. ;) Masakryczne wertepy, autobus w stanie agonalnym, to zbyt dużo. Dojechałem, i lezę szukać hotelu.  Trafiam na jeden, który widać z daleka. 1000 Taka z noc. I nie ma dyskusji. Uparł się i co zrobisz. Idę szukać dalej, bo gdzieś doczytałem że jest coś tańszego w oklicy. Trafiam z pomocą lokalsa na przeciwko. Normalnie w życiu bym nie wiedział że to hotel, bo oczywiście nic po angielsku.  Pytam o cenę. To samo. Uśmiałem się, i negocju...

Ja cię kręcę. Oparzyłem się... ;)

Dziś dzień w pociągu. W drodze do Jaflong. Miały być herbaciane plantacje, ale widoków jakoś nie zachwycał. Więc decyzja że zostaję tylko na jedną noc. Wysiadam na stacji, oczywiście nic po angielsku, wszystko szlaczkami.. ;) Kieruję się na drugą stronę rzeki w poszukiwaniu hotelu. Bo przy stacji pusto. Jakaś taka dziwna polityka. Na moście ciekawa obserwacja. Most tylko dla pieszych, i rikszy. Ale żeby nie było łatwo, to jest pod górkę. I ci biedni rikszarzy muszą pchać te swoje pojazdy, z tym całym towarem, czasem grubym, czasem chudym lub mieszanym. A czasem wyładowane do granic ładowności workami z produktami. A że cieżko, to korzystają z usług "pchaczy". Za 10 taka, taki pan pomoże wepchnąć rikszę na górkę, a z górki to już wiadomo. ;)  Idę dalej, bo z założenia nie korzystam z rikszy. Mam z tym niezły dylemat, bo z jednej strony wiem że to przeważnie jedyne źródło utrzymania rodziny, a z drugiej nie mogę sobie wyobrazic że się rozsiądę jak panisko, a biedny człowiek bed...

Ognioodporni...

Zgodnie z planem, dziś polazłem znow do stoczni... Bo co tak będę w hotelu siedział... I zgodnie z poleceniem mojego kolegi, zacząłem "dociskać" ;) kupiłem nawet fajki za całe 200 taka, czyli tyle ile "dobre" jedzenie w restauracji. Poszedłem w koszta. ;) Miejscówka znana, niektórzy mnie już rozpoznawali, więc łażę, kręcę się, szukam. Czasem ktoś zagada, czadem tylko krzyknie. A czasem tylko podchodzą w milczeniu jak zombie, i stoją patrząc co robisz.  Wracając trafiłem na wciąganie statku na brzeg. Trochę to trwało, ale przecież nie mam nic innego do roboty. Więc przystawałem i czekam. Do wciągnięcia używa sie jednej wyciągarki, stalowej liny, kilku konopnych, czy też kokosowych, trzech sprawnych jednostek pływających, dwóch łódek drewnianych i ok. 30, 40 ludzi... Niestety nie doczekałem końca procesu, ani tak naprawdę początku, bo pękła lina (konopna) i przerwali zabawę. Więc odwróciłem się na pięcie, i zobaczyłem czarny dym. A jak jest dym, to jest i coś ciekaweg...

Baloniki..

Dziś była koncepcja na balony. Bo gdzieś doczytałem że Dhace robią balony. No i polazłem szukać. Kolejne kilometry.  Droga trochę znana, bo kierunek jak garbarni. Ale tym razem zagłębiłem się po drodze w świat recyklingu. W ruderach, domach, fabryczkach, w hałasie, w ciemnościach, przerabiają odzyskany plastik na wszelkiemu maści produkty. I tak powstają klapki, węże ogrodowe, oprawki,mi diabli wiedz co jeszcze. Praca głownie w malutkich manufakturach, ale widziałem też duże linie produkcyjne. Niestety do sfotografowania słabe. Ciemno i ciasno.  Idę dalej. Przechodzę przez most nad czymś co kiedyś było rzeką, a teraz jest wysypiskiem śmieci. Idę na "czuja" bo nie mam pojecia gdzie dokładnie są te fabryki. Google Maps nie pomogło ;) Mijam jakąś jedna niewielka, mało fotogeniczną, ale za chwile trafiam na produkcje "garnków" z amelinium. Znów całe rodziny, i wszystko ręcznie. Ehhh.  I tak sobie chodzę, szukam, żar z nieba, setki pytań, krzyków i dziwnych odgłosów (mia...

Ołowiane żołnierzyki...

Dziś była koncepcja na zmianę lokalizacji. Dalej stocznia, ale w innym miejscu, a przy okazji cegielnia.  W sumie to tylko 6km w jedną stronę. ;) I tu znów potwierdza się koncepcja chodzenia. Bo jak bym pojechał transportem jakimś, nie trafiłbym na dzielnicę "stalową" gdzie przerabia się blachę z odzysku, i nową, na rożne inne poerdoly potrzebne do budowy innych pierdoł. Mniejszych i większych. I po raz kolejny rzyczliwość mieszkańców Bangladeszu daje o sobie znać. Mogłem połazić gdzie chciałem, i popstrykac co chcialem. Oczywiście w pakiecie z tym czego ni do końca chcialem, czyli dziesiątkami selfie... ;) No i tak poszło z "ogniem" półtorej godziny. Dodatkową nagrodą, była pyszna herbata ze świeżą miętą.  To już trzecia wersja herbaty pitej w Bangladeszu. Pierwsza z Imbirem, druga klasyczna ze skondensowanym mlekiem i cukrem, i ta trzecia. Zadowolony lezę dalej. Przejście przez most, gdzie z daleka widać wyładunek cegieł z barek. Równe stosy, z prześwitem na cięża...

Iron Man's

Dzień drugi w stoczni. Dziś juz na drugim brzegu słychać stukot młotków.  Zjadam omlet z trzech jajek, herbata i ciastko i w droge.  Dobijam do brzegu, i jest dobrze. Ruch jak w ulu, chalas niemiłosierny. Setki młotków, silniki łodzi, agregaty, wyciągarki. Niewiarygodne. Statki przygotowywane są już cześciowo na "redzie", gdzie czekają w kolejce do wciągnięcia. I nie ważne czy trzeba wyjąć potężne silniki, czy wyciąć jakis element, czy też tylko "obstukac" do malowania. Jak tylko zwalnia się miejsce, wciągają delikwenta na brzeg, i zaczyna się już na poważnie. Wycinanie poszycia, spawanie, latanie dziur, malowanie. Najbardziej zdumiewa "obstukiwanie" z  rdzy. Przez 10h dziennie faceci napierniczają w blachę młoteczkiem wielkości tego ze "Skazanych na shawshank".  Widziałem tylko kilka szlifierek. A przecież było by szybciej i ciszej. Ale może się mylę.  W kazdym razie warunki pracy żadne. Zabezpieczeń, kasków, rękawic, gogli, czy masek nie ma. Ja...

Dzięki Ci Google Maps... ;)

Trafiłem do stoczni. Dzięki Google Maps namierzyłem miejscówkę. Udało się dostać bez problemów, nikt nie strzela, nikt nie krzyczy. Radość wielka. Jedyny minus to piątek. Czyli nasza niedziela. Ale jednak ktoś pracuje, więc można zrobić rozpoznanie tarenu, i coś przy okazji popstrykac. Jestem zajebiscie zadowolony. Oby tylko choć kilka była ostra.  Cały dzień łażenia, zmów zapomniałem że trzeba coś pić i jeść. Ratuje herbata. Co zresztą zawsze wywołuje sensację i spore zainteresowanie lokalsow.  Wracam do hotelu, po drodze odwiedzam "restauracje" która niby serwuje chińskie jedzenie. Pytam sie pana co lepsze, czy krewetki z grilla, czy po chińsku. Pan oczywiście nie rozumie, więc zamawiam z grilla. Czekam 25 min. I dostaje krewetki w cieście, i po chińsku. No i klops. Bo nic z tego nie zamawiałem. Tłumaczę co jak, w końcu Pan załapał, i od zabrał do kuchni chińską wersję...  Nigdy nie zrozumiem w czym problem w tych azjatyckich "kuchniach". Na targu wybór wszelkiej ...

W krainie torebek Prady...

Dziś na rozgrzewkę, poszedłem poszukać garbarni. Bo gdzieś przeczytałem że są. ;) Tak wiec pobudka, mycie w zimnej wodzie, herbata z mlekiem i bulą, i w droge.  Jest ósma rano, więc miasto dopiero się budzi do życia. Dzieciaki do szkoły, gdzieniegdzie uliczni sprzedawcy, śmieciarze. Sporo "herbaciarni", i kramów z owocami. Ale ulice spokojne, mozna przejść bez trudu. Do czasu aż zza zakrętu nie wyłonił się targ cytrusów. Ja pierniczę...!!! Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Setki tragarzy, rikszy, sprzedawców hurtowych... Wszytko odbywa się namylicy, albo wprost z ciężarówek którymi udało się wcześniej znaleźć miejsce i zaparkować. Licytacja, tragarze wrzucają towar na głowę, i wynoszą poza obręb targu, gdzie przejmują go towarowe, lub osobowe riksze. Niewiarygodny ścisk, hałas, harmider. Schowałem aparat do plecaka, bo szans na dobre zdjecie nie ma w tym ścisku,ma uszkodzić go łatwo. Dystans kilkudziesięciu metrów zajmuje mi wiecej czasu niż przejęcie kilku klolometrow. W k...

Nowy wymiar chaosu...

Wyladowalem a Dhaka. Wysiadam z autobusu, i odrazu wpadam w wir niewyobrażalnego chaosu. Korek na kilka km., riksze, tuk-tutki, tragarze, i piesi. A wszytko to przeciskające pomiędzy autobusami, ciężarówkami, cała masą innych pojazdów. I oczywiście każdy trąbi, i dzwoni. Choć nidczego to nie zmienia... Dochodzi 16, więc na znalezienie hotelu nie mam zbyt wiele czasu. Nie wiem gdzie jestem, nigdzie nie znalazłem informacji gdzie szukać tanich hoteli, dzielnic "backpakerskich" nie ma, więc trzeba się zdać na intuicję i nogi. Kieruje się ku rzece, z nadzieją że tam coś trafię. Mijam stadion, kilka ulic, wielkie "domy towarowe" ktore przypominają bardziej magazyny, niż znane nam centra ze szkła, marmurów, i klimatyzacją. Docieram do ulicy "elektrycznej" tak zakorkowanej, że każdy metr z dwoma plecakami, to jak przecieranie się przez dżungle. Na szczęście jest tu inaczej niż w Indiach, i nikt się nie pcha, nie popycha, nie wciska na siłe. Widzę jakś szyld, więc...

Gwiżdż do trumny...

Wstałem rano, i poszedłem szukać budynku sadu. Mapa pokazuje 7km. Po drodze śniadanie, herbata i ślepiec z kurą... Rozwalił mi dzieñ. Ale jak się okazało, było warto.  I tak sobie lezę przez miasto, odpowiadam na setki pozdrowień, uśmiechów i pytań "skąd jesteś". Miłe to strasznie, ale i męczące okrutnie. Wzrok nie nadąża wyłapywać kadrów. Za dużo, za intensywnie, za  egzotycznie. Obłęd. Dotarłem w końcu na właściwą ulicę, która okazała się być niewłaściwa. Są dwie takie same. No to powrót. Pod koniec złapałem tuk-tuka i pokazałem adres. Nie przeczytał. Pokazałem zdjecie, pokiwał głową, i pojechaliśmy. Oczywiście zawiózł mnie w zupełnie inne miejsce, nabijając przy tym sporo kilometrów. Pod hotelem, który w jego opini był sądem ze zdjecia, jakiś obywatel ze szczyptą angielskiego i umiejętnością czytania, wytłumaczył mu gdzie, co i jak. Pojechaliśmy. Praktycznie do miejsca skąd wyruszyliśmy. Kawałek dalej, na wzgórzu był budynek sadu.  Teraz jeszcze targowanie o cenę, i pr...

Cmentarzysko..

Obraz
Dziś wielki dzień. Jadę znaleźć "Ship Broken". Wstałem rano podekscytowany, bo tak naprawdę to glowny cel mojej wyprawy do Bangladeszu. Zrobić wymarzony reportaż. Mam zamiar poświecić temu cztery, pięć dni. Jak bedzie potrzeba, nawet i wiecej. Tak więc pobudka, autobus, bo tuk-tuk nie jedzie, i w droge. Pół godziny pózniej wysiadam na jakimś skrzyżowaniu i gość mówi ze tą drogą 10. Zrozumiałem minut, ale mapa pokazuje 10km.. ;)  Idę. Zawsze to lepiej, bo można na coś ciekawego trafić. W oddali widać kominy cegielni, wiec wrzucam do pamięci, by wrócić następnego dnia. Po trzech kilometrach, widzę z daleka wojskowy punkt kontrolny. Mijam go i twardo idę dalej. 20 metrów i słyszę że ktoś krzyczy. Żeby nie zmuszać ich do strzelania, wracam. Seria pytań, skąd, co, kto, i informacja że nie mogę iść dalej, bo tereny wojskowe, a ja mam apart. No to tłumaczę, że aparat chowam, obiekty wojskowe mam w dupie, bo będąc w wojsku się naoglądałem, i że bardzo proszę by mnie puścili. Dra...

Czeski błąd...

Człowiek to jednak stary, a głupi. Wstałem rano na autobus do Cottogram. Pobudka o 6.45, autobus o  9.00. Do przystanku 2 km, więc z zakładką na jedzenie wyszedłem wcześnie. Jak się okazało na miejscu za wcześnie. O 12h. ;) Moj autobus to nocna opcja, i innej nie ma. Mogłem pojechać do Dhaka, a tam nie mam ochoty jechać wcale. I czasu też. Zły na siebie, ale jednocześnie rozbawiony, wrocilem do hotelu. Chciałem sie dogadać, i za połowę stawki wynająć pokój do 18. Zeby nie łazić z plecakiem. Nie dało się dogadać. Nie to nie. Wyszedłem i zacząłem kombinować. Poszedłem do biura sprzedaży biletów, i przebukowalem bilet na najwcześniejszą możliwą godzinę. 17.30. Pasuje. Spytałem o plecak, i nie było žadnych obiekcji. Naprawde niewiarygodnie życzliwi ludzie. Zadowolony z plecaka i biletu, ruszyłem do cegielni, które widziałem wczoraj po drodze. Droge na stacje autobusowa znałem, wiec nie błądziłem. Potem juz tylko odpowiedni autobus, 15 minut jazdy i jestem.  Ciekawe miejsca. I jak ...

Bangladesz... #Bangladesz #Azja

Wystartowałem o 5.30... Autobus jak autobus. Jakaś stara Scania, ale jedzie, ciastka i woda podana. I tylko za zapach postanowili użyć kostki toaletowej... Więc całą drogę do granicy miałem wrażenie że jadę w Toi-Toju. Dojechaliśmy do granicy, tam wyładunek, i przejście przez samą granice z buta. Hinduscy celnicy, mają wyjebane na wszytko, i jak wszyscy mundurowi niezby uprzejme podejście. Pieczątka, i w droge. Wychodzę  budynku, a tam kolejka na 2h stania. Przeraziłem się. Na szczęście to nie moja. Przeszedłem na stronę Bangladeska, tam znow celnicy biegali z moim paszportem dobre 20 min. Chyba dawno nie widzieli Polaka. Udało sie dostać pieczątkę, jeszcze tyko miła pogawędka i witamy w Bangladeszu. Tu oczywiście pierwsz niespodzianka. Mój opłacony transport, obowiązywał tyko do granicy. Mimo iż pytałem palanta w biurze czy bilet jest do Jassore. Jako iż mam juz dość hindusów i ich oszustw, olałem sprawę, wymieniłem dolary w kantorze, i wsiadłem w lokalny autobus. Godzinę pózniej...

Po Indiach...

Miesiąc minął... Więc parę słów podsumowania... Nie lubię Indii... Nie wiem czym się ludzie zachwycają w tym kraju. Może rzeczywiście, gdy zostajesz w tydzień wożony z punktu "A" do punktu "B", klimatyzowanym busem, wysiadasz tylko wtedy kiedy musisz, czyli pod hotelem, i pod "atrakcjami", to może się podobać... Jadasz w restauracjach, robisz zakupy dla rodziny i wracasz. I nic nie widzisz.. ;) Indie są kolorowe. Bez dwóch zdań. Są wielo kulturowe i egzotyczne. To prawda. Ale oprócz tego są niewiarygodnie wprost brudne. Myślałem że Birma to wysypisko. Ale Indie je przebijają, kilka razy. To jeden wielki syf i ściek. I do tego to sranie i sikanie na ulicy. Nigdzie tego nie widziałem wcześniej. Jak ktoś kuca, to nigdy nie wiesz czy akuratnie sika, czy rzeczywiście kuca. Bez względu na płeć i miejsce.  O chałasie i smogu nawet nie ma co mowić...  "Zabytki". Nikgdy mnie szczególnie nie interesowały na takich wyprawach. Tzn. Zobaczyć mogę, ale nie jes...

Andamady...

...czyli jaki kraj, taki raj... ;) Piszą że to raj na ziemi, z pięknymi plażami, cudzymi miejscami i wogule wielkie "łał"... No i niestety chyba ktoś im za to płaci.. ;) Albo tak jest w miejscach niedostępnych dla zwykłych zjadaczy chleba.. ;) Neil Island. Mała wysepka, która można obejść plażą w jeden dzień. Pod warunkiem że chodzisz w butach trekkingowych.... ;) na całej wyspie są dwie plaże piaszczyste, ale kąpać się tam można tylko w czasie przypływu. Reszta praktycznie się nie nadaje. To tak naprawde cmentarzysko martwej rafy koralowej... Ale nie poleciałem tam zachwycać się plażą. Choć byłby to miły dodatek.. Ogólnie miałem odpocząć, i wyzdrowieć. I to się udało. Nawet jedzenie było całkiem niezłe. Choć jak na możliwości, to moglo być lepiej... Ale nie narzekam.. Odpocząłem, poczytałem, wyleczyłem. Naladowalem baterie przed kolejnym karajem... Reszta jest nieistotna.. ;) Jedno jest pewne. Nie wyśpisz się. O 6 rano na 100% obudzi Cię piętnasto minutowa symfonia charania,...

Kalkuta 2...

;)Pobutaka, mycie i na lotnisko. Jeszcze tylko ustalnie ceny za "podwózkę" tuk-tukiem, i opuszczam raj... Ale nie tak prosto. Na lotnisku pani sie przyczepiła do nadbagażu. Jeden kilogram... Żeby było śmieszniej z takim bagażem przyleciałem. Nic nie dołożyłem. Oczywiście tłumaczenia nie pomagają... Pewnie to jakaś rodzina Pawłowicz. Rozpakowałem pokrowiec na plecak, wyjąłem statyw, przeswietlilem bagaż poraz kolejny, i do odprawy. Tym razem "okienko"obok, bo było wolne. Bagaż waży pół kilo mniej. To pięknie pokazuje jak oszukują, bo statyw waży prawi dwa kilo... Juz mi sie nawet nie chciało komentować. Odprwaiony, bilet w łapie, teraz jeszcze tylko przejść przez "bramki". Po 20 minutach stania w kolejce, bo działał tylko jeden rentgen i dwie "bramki", jedna damska i jedna męska, nastąpiła powtórka z rozrywki... Znów kilka razy prześwietlało bagaż, znow trzeba było wszytko powyciągać. Udało się po kolejnych 15 min. Uff. Samolot, paskudny posiłek, ...

Droga do "raju"...

Miałem sobie odpuści... Rajskie wyspy, i cudne plaże to nie dla mnie... Ale Indie wysysają z człowieka cała energię. Wyżymają do ostatniej kropli... Dla tego, i z powodów walki z anginą, wymyśliłem Andamany. Na tydzień. Więc wsiadłem w samolot w Kalkucie i poleciałem.  Ale oczywiście tu nic nie jest takie proste... Kontrola na lotnisku krajowym, to jakiś debilny wymysł. Na lotnisko nie wpuszcza Cię bez biletu. Potem musisz prześwietlić bagaż główny, przed odprawą. Dostajesz naklejkę, i idziesz się odprawić. Nie wiem jaki to ma sens, bo gdybym chciał w międzyczasie mogę przełożyć z podręcznego plecaka wsystko co potrzeba by np. wysadzić samolot w locie... Ale co ja sie tam znam na Indyjskich wymysłach. Odprawa. Tu obyło się be problemów. Potem bramki i kontrola. Tu kolejne problemy. Plecak prześwietlany z trzy razy... A moj "panel" z portfelem, notesem i resztą drobiazgów z pięć razy. Bo pan sie dopatrzył zapalniczki. Wiec pomimo prześwietlania, trzeba było wszystko wyciągnąć,...

Kalkuta..,

Kalkuta to trzy dni łażenia po mieście, w oczekiwaniu na wizę do Bangladeszu. Do konsulatu dotarłem z duszą ramieniu, bo rano przeczytałem w necie, że Paniwie potrafią strzelić focha, i nie wydać wizy... Bardzo by mi to popsuło plany. Kolejny miesiąc w Indiach,mto chyba ponad moje siły... Więc by szukać alternatywy. Ale udało się. Wniosek złożony, dwa dni pózniej odbiór. Tak więc Kalkuta to trzy dni szlajania. Ciasne uliczki, market, jakiš westiwal gangi, i brytyjska architektura. Pozostałości świetności i wielkości miasta widać na kazdym kroku... Musiało być piekne za czasów brytyjskich. Kojarzy mi sie trochę z Barceloną. Żal patrzeć jak to wszystko się rozsypuje, popadając w coraz większą ruinę. Hindusi mają to w dupie. Jest metro, i jedyne w Indiach tramwaje. Które pamietają chyba jeszcze czasy  imperium. Niewiarygodnie poobijane, a motorniczy zamiast przedniej szyby ma karty. Pewnie często w niego żucają kamieniami. Zadziwiające że miasto jest stosunkowo czyste. Jak na Indie oc...