Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2015

Jaipur

Dziś "różowe miasto"...  Jako iż pociąg z Pushkar miałem dopiero o 15, to sobie wykombinowałam że spróbuje jakoś dostać sie wcześniej... O 8 wsiadłem w autobus, który chyba tylko cudem i siła modlitw pasażerów sie nie rozpadł. Po 40'min, byłem juz w Ajimir. Tu chciałem złapać pociąg, ale jak wysiadłem z autobusu, był,jakis następny do Jaipur. Nie zastanawiałem się długo... Ten był jakis solidniejszy, i po trzech godzinach z plecakiem na kolanach dojechałem do Jaipur.. Jeszcze tylko walka z rikszarzami i meldunek w hotelu... Przegrupowanie bagażu, i w miasto. Bo nie wiem czemu ale ubzdurała mi sie ze jestem tu tylko jedną noc. Pózniej się okaże że trzy ;) Łącznie z sylwestrem. Chyba mi nie służy taka "zaplanowana" podróż. Olałem pałac królewski z biletem za 400 rupi, olałem obserwatorium astronomiczne bo kolejka nieziemska, i dałem się zgubić w uliczkach. I to lubię... To mnie napędza.  Wrocilem już późnym wieczorem, idąc uliczkami gdzie lokalni dziwnie się na mn...

Pushkar...

Obraz
Dwa dni... Bo też i nic spektakularnego się nie wydarzyło, a miejscówka tak naprawdę na 1, max. półtora dnia... Po śniadaniu (takie mam hotele na wypasie), polazłem do świątyni, a dokładnie nad święte jezioro... Tam oczywiście zapłaciłem frycowe, mimo iż trzy razy udalo mi się uniknąć płacenia... Tak więc po modłach, wrzucaniu kwiatków do wody, i polaniu głowy woda z jeziora (ciekawe czy wyłysieje) zapłaciłem stosowne 500 rupi, ale za to cała moja rodzina i przyjaciele bedą zdrowi. Jak nie to wrócę i utopię tych pajaców. Tak myślę że to taki przedsmak przed Waranasi... Pielgrzymki przyjeżdzają z całych Indii, by się oczyścić, i wykąpać w jeziorze. A jezioro to syf. Zdechłe ryby, srajace krowy, małpy i gołębie, które obowiązkowo się dokarmia. Jak na krakowskim rynku... ;) Posiedziałem tam trochę, obserwując to całe przedstawienie, pogadałem też z fakirem, o szczęściu, życiu i naszej drodze... ;) Fajnie, bo siedzielismy na słońcu... ;) Potem polazłem coś zjeść, wypijając podróże przepysz...

Turysta...

Stało się... Zostałem rasowym turystą... Ale po kolei. Wstałem o 4, co zresztą mogło się okazać moim najdroższym błędem w życiu, bo nie nastawiłem budzika.. Ale śniło mi sie ze zaspałem.. I obudziłem sie 15 min. Przed czasem... Czasem człowiek ma szczęście... W sumie okazało sie że cały dzien był tak jakby szczęśliwy. Jak juz dotarłem na dworzec, ponad godzinę przed czasem, około się że kolejki ktore widziałem wczoraj do przejścia przez bramki, nie miały miejsca. Tak wogóle to ciekawe po co prześwietlają ludziom bagaże... Na peronie tłumy. Ale co ciekawe, w odróżnieniu od sytuacji na naszych dworcach, nikt sie nie pcha, nie krzyczy, nie awanturuje... Każdy na spokojnie wsiada i zajmuje swoje miejsce. W pociągu klasy ekspres, na dzien dobry dostajesz gazetę, potem tackę z kubkiem, śmietanką i cukrem. A na koniec Pan.przynosi termos z gorąca wodą. A i je szczęście butelka wody mineralnej. Drugi set to jedzenie, które przespałem, i następnie soczek i znów herbata. Jak widać można... ...

Delhi..

Dziś wstałem wcześnie. Nie da się tu spać. Do późna w nocy gadają na "recepcji", a od rana zaczyna się "życie"... Ubrałem się, umyłem i w drogę. Zjadłem coś, nie szczególnie smacznego, ale chyba muszę się przyzwyczaić... To nie pyszne jedzenie w Kambodży... Doszedłem sobie do centrum, tam znowu zaczepił minie jaki "kolega" i znów to samo... Podziękowałem, i dalej w swoją stronę. Potem znów kolejny, tym razem próbował mnie wysłać do centrum z którego właśnie wróciłem. Bo tam godzę szedłem (mój hostel) jest niebezpiecznie bo to dzielnica slumsów... ;)  Podziękowałem, poszlajałem  się po ciasnych uliczkach, wypiłem pyszny sok z pomarańczy, zjadłem znów coś niezbyt smacznego, i zrobiłem sobie przerwę. W sumie to nie bardzo mam juz gdzie chodzić... Old Delhi jest dziś zamknięte, bo muzułmanie mają święto... A cała reszta jakoś nie wyglada zachęcająco.. Więc tak łaziłem bez celu, nawet zdjęć nie robiąc za bardzo, bo mam wrażenie że drażnię ludzi... Mam nadzie...

W kraju pachnącym curry, moczem i kadzidełkami..

Doleciałem... Bez przygód, i nawet nie było strasznie męcząco, pomimo siedzenia w 8h w 4 miejscowym rzędzie... Qatar ma lepszą obsługę swoich lini... ;) Jak to w Azji, taksiarze kombinują, żeby jak najwiecej zarobić. Więc wsadzili mi do kompletu amerykankę, która wczesnej w samolocie zrobiła jakiemuś gościowi awanturę, bo się o nią "ocierał"... Wiec na wszelki wypadek odgrodziłoby się od niej plecakiem. ;) Skończyło się to gadaniem na dachu hotelu, i podziwianiu panoramy Delhi... Przy pełni księżyca... ;) Do swojego hostelu trafiłem ok.4 po 40 minutach błądzenia i szukania w zakamarkach slumsów. Strasząc szczury, i budząc śpiących na ziemi hindusów. Ale udało się, i położyłem się w łożku pachnącym curry, i kadzidełkami. Takimi lekko wilgotnymi.. Obudziłem się po godzinie zmarznięty, a w głowie myśli "przecież to Indie, powinno być ciepło..." Wyciągnąłem z plecaka śpiwór, i szczęśliwy poszedłem spać dalej. Po godzinie obudziłem się, bo za gorąco... Jak nie uro...

"Pociąg do bollywood"...

Stalo się... Znów jadę gdzieś w pizdu... Nie przypuszczałem że w tym roku sie uda, bo pierwsze półrocze  niezapowiadało takiego happy endu... Dwa dni temu skończyłem jeden z najcięższych filmów przy jakim pracowałem. Z idiotą reżyserem, hollywoodzką obsadą, i amerykańska produkcją w tle. Kosztowało mnie to trochę wysiłku, ale sie udało. Wytrzymałem do końca, nie pobiłem nikogo, a wspaniałą ekipę bedę długo wspominał... A teraz siedzę na lotnisku, pije drogie espresso (bo takie ceny), i zastanawiam się czy wszystko zabrałem. Bo plecak jest podejrzanie lekki jak na trzy miesiące, trzy kraje i trzy strefy klimatyczne... ;) Zaczynam w New Delhi. A potem jest plan, o którym bedę sie starał pisać na bierząco. Może wytrwam do końca, a nie jak ostatnim razem.. ;) Czas się odprawić... Następny wpis już z Indii...