Maszeruj albo zdychaj...

Dzien powrwszy. 
Wyladowalem w Lukla, podobno na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk świata.
Jakoś mnie nie przestraszyło. Widoki o poranki, niewiarygodne. Słońce  które wstaje, i powoli rozświetla  doliny, a w tle białe szczyty wysokich gór, zwala z nóg. A to dopiero przdsmak.. Mam nadzieje. 
Na ulicy pusto, Lukla  powoli budzi się do życia. Mijam kolejne "restauracje", Guest Haus'y, i Starbucks'a. Szczyt hipserstwa. ;)
Zatrzymuję się w pierwszym otwartym barze, i zamawiam zupę... Przegryzam bułką którą przytargałem  z Kathmandu, i konsternacja. Nie ma mojej pięknej niebieskiej butelki z wodą... Albo wypadła w luku, albo ukradli. A była pełna wody... Szlag. Ruszam na szlak. Jeszcze tylko kontrola pozwolenia, i w długą.. Nie jest źle, ale to pewnie dla tego że z górki, i początek. 
Mam dotrzeć do Phakding, i tam nocować... To pierwsza baza, i aklimatyzacja.
Dotarłem tam o 10, z zapasem sił. I tak mnie pokusiło żeby iść dalej. 
No i posżedlem. Na trasie minąłem parę Tybetańczyków, i jednego amerykanina. 
Potem mijaliśmy się jeszcze kilka razy. Oni szli do Namche Bazar, ja gdzieś tak pomiędzy. Dotarłem do Mojo. Jest 12.30. Jem zupę czosnkową, chwilę odpoczywam i myślę co dalej. Sił ubyło. Ale miją mnie Chińczycy z Amerykaninem. Idą dalej. No to przecież nie będę gorszy. 
Pecak na plecy, z lekkim bólem, i ruszam. Jest coraz ciężej. Co pare kroków przystanek. Nie wiem co nastąpi szybciej. To ze nauczę się chodzić z kijkami, czy to że je wypieprzę w kosmos. Jedyne do czego sie nadają, to podpieranie w trakcie złapania oddechu. Co nie jest łatwe, bo normalnie oddycham nosem, ale od Indii jest permanentnie zapchany. 
Teraz to już cały czas pod górę. Jeszcze tylko kilka mostów linowych, i znów ostre podejście. Robi sie coraz pózniej, a żadnej noclegowni nie widać.. Więc muszę iść dalej. Zjadam snikersa, biorę tabletkę na gardło i idę dalej. Końcówka była bardzo trudna. Naprawde miałem dość, a organizm okazywał oznaki skrajnego wyczerpania. Na szczęście widać juž pierwsze budynki. Jeszcze kilkadziesiąt metrów, i jest. Amfiteatr Namche Bazar. Stolica Sherpow. Dotarłem w sumie rownocześnie z "moimi towrzyszami" podróży. Więc wysnułbym propozycję, by wspólnie poszukać jakiegoś noclegu. 
Znaleziony, przyjemnie ciepło w środku. Wiec negocjuje. ;) zostałem liderem. ;)
Udało sie nie płacić za nocleg, pod warunkiem zjedzenia dwóch posiłków dziennie. 
Elegancko. 
Zamawiam duży termos herbaty imbirowej na spłółę, a każdy wybiera coś z karty. Wcinamy kolację aż sie uszy trzęsą, siedzimy jeszcże chwilkę i do pokoi. Zimno jak w psiarni. Wiec szybko w śpiwór, i spać. 
W głowie trochę szumi, ale jakoś zasypiam. Śpiwór okazał się za ciepły, wiec w połowie nich musiałem go robiąc. To był długi dzien. Ale w sumie tempo nie najgorsze. 9h z Lukla do Namche Bazar. Jakieś 800 metrów w pionie. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27