Ch..e Chile...
Wylądowałem w Chile. Po 9h jazdy autobusem przez Andy.. Strasznie dużo się traci, podróżując komunikacją zbiorową.. Widoki i sama trasa super. Droga tak kręta, tak wijąca i stroma, że aż żal że to nie motor, albo resorak. Choć sama nawierzchnia ciut słaba, bo z betonowa.. Ale i tak jest pięknie. Do hostelu dotarłem już metrem. Jakoś się udało kupić bilet i nie pobłądzić. Na miejscu miła niespodzianka. W cenie pokoju wieloosobowego dostałem apartament... Miło. Wielkie łóżko, świeże ręczniki, wanna... Luksus. Po tygodniu spania w namiocie, może się poprzewracać w dupie.. Zostawiam rzeczy, i idę poszukać czegoś do jedzenia... Niestety jest już 22, wszytko pozamykane. W nielicznych otwartych knajpach siedzą lokalsi i oglądają mecz.. Ceny z kosmosu. Kupiłem jakieś frytki i empanadę z wózka supermarketowego. Taka forma przenośnej kuchni. Wózek, butla z gazem, i wok z olejem. Wróciłem do hostelu i spać.. Jutro eksploatacja... Pierwsze wrażenie jakieś takie niejakie. Ciężko odnaleź...