Cmentarzysko..

Dziś wielki dzień. Jadę znaleźć "Ship Broken". Wstałem rano podekscytowany, bo tak naprawdę to glowny cel mojej wyprawy do Bangladeszu. Zrobić wymarzony reportaż. Mam zamiar poświecić temu cztery, pięć dni. Jak bedzie potrzeba, nawet i wiecej.
Tak więc pobudka, autobus, bo tuk-tuk nie jedzie, i w droge. Pół godziny pózniej wysiadam na jakimś skrzyżowaniu i gość mówi ze tą drogą 10. Zrozumiałem minut, ale mapa pokazuje 10km.. ;) 
Idę. Zawsze to lepiej, bo można na coś ciekawego trafić. W oddali widać kominy cegielni, wiec wrzucam do pamięci, by wrócić następnego dnia. Po trzech kilometrach, widzę z daleka wojskowy punkt kontrolny. Mijam go i twardo idę dalej. 20 metrów i słyszę że ktoś krzyczy. Żeby nie zmuszać ich do strzelania, wracam. Seria pytań, skąd, co, kto, i informacja że nie mogę iść dalej, bo tereny wojskowe, a ja mam apart. No to tłumaczę, że aparat chowam, obiekty wojskowe mam w dupie, bo będąc w wojsku się naoglądałem, i że bardzo proszę by mnie puścili. Drapanie po głowie, próba czytania paszportu, konsultacje i konsternacja. W końcu decyzja. Wpis danych do księgi pamiątkowej, i znalezienie dla mnie transportu. Drugie zatrzymane auto, i polecenie służbowe odstawić mnie na koniec drogi. ;) Niewierzylwm własnym oczom. Wszędzie indziej, a juz szczególnie w Indiach, nie to nie. I bez dyskusji. A tu miło, spokojnie i niewiarygodnie sympatycznie. Szok. 
Ładuje sie do toyoty, klima działa, muzyczka gra, chłopaki coś tam próbują pogadać po angielsku. 10 min. i jestem na miejscu. 
Dziekuje, wysiadam i rozglądam sie gdzie iść. I za jakimś śniadaniem. Pierwsze bezproblemowo, z drugim gorzej. Znajduje jakąś bulę padliną, na ciepło, przepijam herbatą i w droge. 
Po drodze mijam warsztaty rozbiórkowe, lokalne domki, i sterty odzyskanych dóbr. Ekscytacja narasta z każdym krokiem. Docieram do bramy. Główna zamknięta, ale kawałek w bok, jest druga i fragment odsłoniętej przestrzeni. Wchodzę jak do siebie, cztery kroki i znow krzyki, odwracam się i widzę strażników wymachujących bronią, i rękoma. Zakaz. Pytam gdzie znajdę szefa. W Dhace słyszę. Nie jest dobrze. Żadne rozmowy nie pomagają, bo nikt nie gada po angielsku. Wychodzę zły, a za mną słyszę trzask zamykanej bramy. Jak chce pofotografować z tej otwartej przestrzeni, to też w momencie przybiega uzbrojony strażnik. Teraz to juz wkurw. Ale łatwo nie odpuszczę. Mimo niezbyt optymistycznej rozmowy z lokalsami w "herbaciarni"... Przecież nie mogą odgrodzić całego wybrzeża. Musi byc gdzie jakaś dziura. Wiec poszedłem szukać tej dziury. I znalazłem. ;) a raczej zostałem wpuszczony na teren nieczynnego złomowiska. Puste, tylko krowy, ale z boku widać cały działający złom, a w tle potężne szkielety statków. Więc idę śmiało, w założeniu że "próba gratis", a jak zaczną krzyczeć to powiem ze nie rozumiem. ;)
Doszedłem w miarę blisko, w błocie po kostki, ale dalej już się nie dało. Znow ktoś zaczął machać i pokazywać, że mnie zlinczują. Ale coś jest. Wracam i idę szukać dalej. Kolejna brama, kolejny zakaz, bo "duże problemy", pewnie nawet nie dla mnie, co dla strażników. Ale znajduje ścieżkę, i docieram do "wody" i końca muru. Niestety tu znow ochrona, i muszę sie zadowolić dalekimi strzałami statków na "redzie"... Coraz bardziej przybity szukam dalej. Znow udaje się znależc jakis przesmyk.. Ale ciagle to samo. Wszytko z daleka, żadnej możliwości podrobienia zdjęć robotnikom przy pracy, portretów, detali. Szlag by to. Ale pojawia się pewna koncepcja. Zagadałem o łódkę. Panówie myślą, drapią sie po głowach, każą czekać. Jest zgoda. Za chwile jednak brak. Odchodzę, i słyszę żeby jednak poczekać. Podpływa druga łódka. Wsiadam, dogaduje cenę i płynę. Przypomina to trochę fotografowanie na Inle Lake w Birmie, albo zatokę Ha Long w Wietnamie... ;)
Odpłynęliśmy statki, spytałem czy mogę wysiąść i wejść na jeden. Panowie zareagowali jak bym im zaproponował przejście na chrześcijanizm. ;)
Trudno. Trzeba się cieszyć z tego co mam. Wracamy, zapłacone, podziękowanie. Idę dalej, powoli w stronę głównej drogi. Bo ciemno za raz bedzie. Jeszcze tylko trochę "błądzenia" po zakamarkach wioski, i autobus powrotny. Żal. Ale niestety nie dało się tego obejść. Hotel. Jutro trzeba znaleźć budynek sądu, i załatwić pozwolenie na trekking.











































Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27