Posty

Wyświetlanie postów z stycznia 2, 2015

HAPY NEW YEAR

No i stało się. Sylwester na plaży, w krótkich spodenkach, w chaosie, chałasie i ogólnej radości.  Na plażę wylegli wszyscy. Rozłożyli maty na bulwarze, poblokowali ulice, bo kady musi zaparkować tuż przy swojej macie, a do tego każdy piszczą inna muzykę ze swojego "car audio". Zupełnie jak w Polsce. ;) na plaży grille, lampiony, i strzelające fajerwerki, mnóstwo piwa i innego alkoholu. No i oczywiście setki muzycznych utworów w lokalnym wydaniu. ;) O północy nie wydarzyło się nic spektakularnego. Żadnego pokazu sztucznych ogni, żadnego odliczania, wielkiej radości, czy huku strzelających korków szampana... Tak jak się impreza zaczęła, tak  skończyła. Część z ludzi, pewnie nawet przespała północ, upojona alkoholem ;) Leko rozczarowany, po dwukilometrowym spacerze wrocilem do hostelu... ;) Rano na targ, zeby w koncu zjesc wymarzone kraby w pieprzu... ;) dobre śniadanie. ;) potem książka, popołudniu owoce morza z warzywami, kąpiel w morzu, pierwsza kawa (lokalna kambodżańska) o...

Kep

O ile Kampot był nieciekawym małym miasteczkiem, to Kep jest mega dziurą. I ja w niej ugrzęzłem na prawie cztery dni... Pierwszego dnia, po przyjeździe i znalezieniu noclegu, w cztery godziny obszedłem wszystko co było do obejścia. Najwieksza atrakcja to oczywiście targ krabów. Można je kupic na miejscu świeżutkie, prosto z morza, i odrazu ugotować, i zjeść. Albo same, albo odkupując ryż i sos u miejscowych handlarek. Ale najwięcej ludzi kupuje kraby na "wynos". Pakują wszystko w siaty, razem z ryżem, sosem i dodatkami w postaci wszelkiej maści ryb, kalmarów i krewetek z grilla, i jadą na bulwar urządzić sobie ucztę. Parkują auta na drodze, zajmując jeden z dwóch pasów, rozsiadają sie na chodniku na trzcinowych matach, blokując go całkowicie, wyciągają jedzenie i sześciopak piwa i jest fajnie. ;). Jest tez opcja bardziej luksusowa, ale już wtedy płatna. Można skorzystać ze specjalnych zadaszonych  platform z hamakami. No i wtedy piwo można kupic zimne na miejscu.  Ogólnie w K...

Kampot

Tak jak pisałem wcześniej wylądowałem na 3 dni w małym miasteczku, 40km od morza. Przedostatnia miejscówka w Kambodży. Miasteczko małe, pełne francuzów, knajp i guesthous'ów prowadzonych przez Europejczyków. Sporo pozostałości kolonialnej architektury, po wcześniejszych okupantach.  Gdyby o to zadbać i oczyścić ze wszelkiej maści badziewia, mogłoby to byc naprawdę urocze miasteczko. A tak, jest jak zwykle ;) Wypożyczyłem skuter na dwa dni, żeby pozwiedzać okolicę, bo to właśnie okolica jest najważniejsza. Tak więc pierwszego dnia pojechałem do Parku Narodowego, skuszony zdjęciami nieczynnego kasyna, i opuszczonego kosicola. A także wodospadu i ciekawych widoków. Droga do parku genialna. Równy, szeroki asfalt, wijący sie pod górę, przez prawie 30km.. Aż się prawie popłakałem, że zamiast skuterem, nie jadę resorakiem... Idealna droga, by poszaleć... A poza tym, jak to zwykle bywa rozczarowanie. Na górze zimno i mgła taka że nic nie widać, kościół, jak kościół. Dość malowniczo wpisany...