Posty

Wyświetlanie postów z lutego 29, 2016

Dzień czwarty.

Dziś droga krótka, bo tylko do Pheriche.  Wystartowałem o 8, po mocno obfitym śniadaniu.  Początek nawet nienajgorzej. To pewnie sprawa owsianki i naleśnika z miodem.  Docieram do mostu, po jakiejś 1,5h. Przerwa na zupę (pyszna pomidorowa z czosnkiem), chwila na oddech i ruszam dalej. Nie jest już tak łatwo, ale bez dramatu. Kilka podejście, trochę po płaskim, i w końcu z za "zakrętu"'wyłania się dolina, a w niej zabudowania Pheriche. Zejście, mostek i ostatnia prosta. W sumie 3,5h. Niezłe tempo jak na emeryta i wysokość.  Ładuje się do rekomendowanego hotelu, próbuje negocjować cenę, ale obsługa niezbyt miła. Oprócz mnie nikogo nie ma. Zostawiam graty, i idę na rekonesans. Jedna strona,mruga strona i leżakowanie na słońcu. Relaks pełną gębą. Wytrzymałem do 13. ;) wziąłem aparat, i wydrapałem się na górkę, poszukać kadrów. Z górki piękny widok na dwie doliny, i dwie "osady". Jedna 4200, druga 4400. Jedna w słońcu, druga w cieniu. No i panorama obłędna. Tylko ...

TENGBOCHE i jeszcze kawałek...

Nie wysłałem się. Budziłem się co chwile. Nie wiem czy to z emocji, czy z powodu wysokości. W kazdym razie o 7 na śniadanie (naleśnik i owsianka, z dodatkowa porcja orzechów z plecaka) obficie, żeby siły były. Pakowanie, i w droge.. Pogoda bez szału. Niebo zachmurzone, choć momentami przebija się słońce. No i pada zmarznięty deszcz. Na szczęście delikatnie, wiec na razie nie wyciągam gore-texu. Początek na luzie, bo droga z górki. Potem lekko pod, ale nie ma dramatu. I znow w dół. Na 3250mnpm. A wiadomo ze jak dół, to zaraz będzie ostro w górę.  Wiec na dole, w ramach zebrania sił, posiłek regeneracyjny. Zupa pomidorowa-czosnkowa, bo tylko taka nie była z torebki. I snikers...  Jesze tylko most linowy, i zaczyna sie dramat. 2h non stop pod górę. Powtórka z rozrywki, kilka kroków i moment na złapanie oddechu. I tak całą drogę. Pierwsza próba Issostara, i jeszcze snikers. Myślałem że idę bardzo wolno, ale mialem tylko 20 min. opoźnienia według wytycznych. Nie jest źle. Na górze ...

NAMCHE BAZAR

Dziś dzien na aklimatyzację. Wiec po porannej owsiance z jabłkiem (niezbyt obfitej) polazłem z aparatem w koncu porobić jakieś foty. 400 metrów w gore... A miał być odpoczynek. Na podejściu spora zadyszka, znów kilka kroków i przerwa. A idę na "pusto".. Boję się jutra, po takim poranku.. Ale widoki wynagradzają wszytko. Pogoda łaskawa, więc widać Mount Everest, Lhotse, Nuptse, Ama Dablam, i jeszcze parę szczytów o których nie mam pojecia. ;)  Ale jest pięknie. Tylko ja i góry. I głos orła który kołuje gdzieś nade mną...  Posiedziałem tak sobie trochę, ucieszyłem oczy. Takie widoki dodają Ci siły. Zajebiscie mobilizują. Zalazłem do hotelu, zjadłem stek z Yaka, (który był chyba wielkości kota), i przeorganizowałem plan zajęć. Bo chyba trzeba wrócić wcześniej do Polski. Chwila relaksu na słońcu, szaleństwo w postaci Coli i decyzja by wejść jeszcze raz na zachód słońca. Znow zadyszka, znow chwila zwątpienia. Że może nie iść tak wysoko, żeby sobie odpuści Everest, a zostać na tych...