LABUCHE

Ruszam jak zwykle ok.8. Po śniadaniu. Słońce już wzeszło, ale oświetla niewłaściwą stronę doliny. W cieniu zimno, łapy marzną, więc wyciągam moje rękawiczki specjalnego przeznaczenia. ;) kupione w ostatniej chwili puchowe łapawice. Na moje przemarznięte ręce idealne ;) 
Idzie się dobrze, mimo wysokości. Bo po płaskim. No może lekko pod górkę. Wychodzi na to że jestem mistrzem płaskiego. Taki nizinny typ.
Trochę zdjec po drodze, i zaczyna sie podejście. Na szczęście niezbyt strome, i o dziwo nawet przerwy robię nie co trzy, a co 15 kroków. 
Dochodzę do mostu, i bazy noclegowej po drugiej stronie. Teoretycznie tu miałem nocować, jak bysię  okazało ze te 200m w pionie mnie wykończy. Ale nie ma dramatu. I czas dobry. Posiłek regeneracyjny, odpoczynek i obawa przed tym co widzę. Kolejne 200m w pionie, prawie pionowo. Ścieżka wije sie pomzboczu, ktore mam jakieś 70^ nachylenia. Masakra... 1,5h pod górę. Co chwila przerwa na oddech, i uspokojenie serca.
Ale prę dalej. W koncu jest szczyt. I pamiątkowe stupy, z nazwiskami tych którzy zginęli próbując się z Mount Everest. 
Chwila dla fotoreporterów, oddech, snickersa, i w dół. Tym razem doliną lodowca Khumbu. 
Po jednej stronie ściana 6-7 tyś, za mną podobnie, a przedemną w oddali 8tyś...
Jest pięknie. Idę sobie raźnie, z przerwami na zdjecia. Aż do kolejnego podjęcia. Tym razem jest cieżko. Wysokość też już nie byle jaka, bo grubo ponad 4000m.n.p.m.
Idę. Ostatnie pare metrów, i widać LABUCHE. Szczęście. Jeszcze tylko znaleźć nocleg. Chwila konsternacji, i szukania w zrobiłem gdzie jest największy liczba ludzi. Bo szły z trzy ekipy. W sumie jakieś 20os. W koncu udaje się zalogować w pokoju. Teraz czas na relaks, pranie skarpet, i mycie w strumieni na wysokości 4900m.n.p.m. Umyłem tylko górę i dół. Środek zostawiłem dla mokrych chusteczek ;)
Skarpety powieszone, ja wyleguje się na słońcu. Jest cudnie. Gdy po "leżakowaniu" sięgnąłem po skarpety okazało się że są zamarznięte. Nie czułem tego wiatru wcale. 
Jedzenie, i na zdjecia. Złapać zachód słońca. Po raz pierwszy w życiu, "przeszła" przeze mnie chmura... A widoki cudne. Zwijam sprzęt, i do baraku. Jeszcze herbata, snickers, i wyjście kolejne na nocne foty, bo księżyc pięknie "walczył" z chmurami. 
Jutro wielki dzien. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27