Kalkuta..,

Kalkuta to trzy dni łażenia po mieście, w oczekiwaniu na wizę do Bangladeszu. Do konsulatu dotarłem z duszą ramieniu, bo rano przeczytałem w necie, że Paniwie potrafią strzelić focha, i nie wydać wizy... Bardzo by mi to popsuło plany. Kolejny miesiąc w Indiach,mto chyba ponad moje siły... Więc by szukać alternatywy. Ale udało się. Wniosek złożony, dwa dni pózniej odbiór. Tak więc Kalkuta to trzy dni szlajania. Ciasne uliczki, market, jakiš westiwal gangi, i brytyjska architektura. Pozostałości świetności i wielkości miasta widać na kazdym kroku... Musiało być piekne za czasów brytyjskich. Kojarzy mi sie trochę z Barceloną. Żal patrzeć jak to wszystko się rozsypuje, popadając w coraz większą ruinę.
Hindusi mają to w dupie. Jest metro, i jedyne w Indiach tramwaje. Które pamietają chyba jeszcze czasy  imperium. Niewiarygodnie poobijane, a motorniczy zamiast przedniej szyby ma karty. Pewnie często w niego żucają kamieniami. Zadziwiające że miasto jest stosunkowo czyste. Jak na Indie oczywiście. ;) 
No i korki. Obłęd. Jak utkniesz to na światłach stoisz po 15-20 min. Za to w nocy pusto. Praktycznie żadnego ruchu. Tylko policyjne barierki poustawiane tak by zmuszać kierowców do slalomu, imzwolnienia tempa. Z absurdów... Chciałem kupić pocztówki na poczcie. Specjalnie poszedłem do głównego gmachu. Tam się okazało że oni nie sprzedaj, i że mam kupić w innym oddziale. A gdy poprosiłem o z cążki na list, odsyłano mnie trzy razy, do rożnych okienek.. W tym dwa razy do tego samego... Na pocieszenie znalazłem Lassi mango... ;) Duchota, smog i choroba wykańczają. Czuje się podle, i nie mam siły...
Odebrałem wizę. Oczywiście panowie spieprzyli. Na wniosku napisałem 21.01. Dostałem od 14. Dzięki temu z miesiąca zrobiły mi sie trzy tyg. Nawet nie było sensu sie kłócić... 
Ostatnia noc w hotelu. Jutro samolot, i Andamany... Może tam się podleczę, i naobiorę sił... Tylko wstać  trzeba o 2.30...;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27