Dziecko kolejarza...
Czas opisci Bangladesz. Co prawda wiza kończy się za 6 dni, ale wolę mieć zapas, gdyby się okazało że nie ma możliwości przekroczenia granicy, w miejscu które sobie wymyśliłem.. ;)
Ale po kolei. ;) Z Jaflong wyjechałem rano lokalnym autobusem, wciśnięty w ostatnim rzędzie, pomiędzy plecaki, a siedzenia ktore mógłby zawstydzić RyanAir. ;) Wytrzęsiony za wsze czasy, z początkami choroby lokomocyjnej, wysiadłem w Sylhet, i na stację kupić bilet do Dhaka na jutro, bo dziś już nic nie jechało. Niestety nie było możliwości przejazdu z Sylhet w poprzek do Rangpur.
W Sylhet nocleg w znanym hotelu, gorący prysznic, i generały luz. Nie miałem siły, ani ochoty łazić po mieści i pstrykać. Zjadłem jakiś makaron w restauracji na dole, kupiłem owoce, ciastko, i colę. I tak zaopatrzony siadłem w pokoju, przeglądając to co udało mi się zrobić prze ostatnie trzy dni. Nie ma tragedi. Jest szansa że coś się uda wybrać. Brardzo bym chciał zrobić wystawę...
Wieczorna herbata, która okzala się kolejna bardzo przyjemną niespodzianką. Tym razem domieszką była kawa. Takiej wersji jeszcze nigdy niw piłem, a przyznaje że była pyszna. ;)
Hotel, spanie, bo rano pociąg.
Jesze tylko wieczorna lektura, bo dzieki WiFi, i apelowi na FB, zostałem obdarzony kilkoma książkami na czytnik. ;)
Rano pobudka, spacer na pociąg, po drodze herbata, tym razem bez ciastka, bo niw było. I do pociągu. Trochę na głodny dojechałem do Dhaki, znalazłem hotel praktycznie na przeciwko stacji, kupiłem bilet na jutro, i zadowolony poszedłem zjeść. Tu ciekawa sytuacja. Miałem niezły ubaw, jak w pewnym momencie podniósło się wielkie larum, że płonie jeden banków. Jeden rzut oka, i widzę że to pięknie gra słońce. Ale nie wyprowadzałem ich z błędu... Niech bedzie trochę sensacji.
Powrót do hotelu, porcja owoców na kolacje, woda i książka do poduszki.
Jutro kolejny dzien w pociągu. Tym razem 11h.
Rano spokojnie zjadłem śniadanie, bo pociąg dopiero o 9. Więc po porcji omleta z 3 jajek, herbacie z ciastkiem, przeszedłem na drugą stronę drogi i już jestem na stacji, ;)
Podczas całego mojego wyjazdu, nigdy nie miałem tak blisko do transportu.
Jeszcze tylko znaleźć właściwy pociąg,mco wbrew pozorom nie jest łatwe.
Bo w Bangladeszu nie żywa się angielskiego. Ani łacińskiego alfabetu. Przecież tu nie ma turystów. ;)
11h jazdy kuszetką, upłynęło znośnie dzięki książce. Z oknem mijają kolejne pola ryżowe, małe wioski,,czy tylko siedliska. I kolejne stacje, coraz mniejsze i coraz biedniejsze.
Gdyby się dało, to idealnie było by pozwiedzać Bangladesz na motorze. Albo tak kupic tuk-tuka, i czymś takim podarować. To było by idealne rozwiazanie, żeby dotrzeć do ludzi i zobaczyć jak żyją poza miastem. Tylko trzeba by mieć wtedy namiot...
Może kiedyś się porwę na coś takiego. Bangladesz, Birma tuk-tukiem. ;)
Dotarłem do Rangpur. Po raz pierwszy po zmroku. Nie jestem z tego powodu szczęśliwy, bo jeszcze trzeba znaleźć hotel. Niby sprawdzałem że jakieś są w tym mieście, ale diabli wiedzą gdzie. ;) Jak narazie okolica nie rokuje najlepiej. I nawet jak dotarłem do głównej drogi, to nic.
W kocu widzę jakis w oddałem, ale nie nastawiam się optymistycznie, szklany i do tego nazywa się "golden tower"... Włażę na trzecie piętro, i ku mojemu zaskoczeniu cena przystępna, a pokój całkiem dobry.
Odetchnąłem z ulgą...
Na "miasto" zjeść zaległy obiad, co nie było łatwe, a skoczyło się w "podróbce MC" ale serwujące Dania chińskie. Owoce i kółki prażonego ryżu z miodem. Niestety te ostanie pozostawiły posmak chemi w ustach.. Więc zostawiłem je ranko w hotelu...
Dziś ostani dzien. I ostatnia cześć trasy do granicy. Pobudka, i na stację. Niestety wczorajsza chemia, zatrzymała mnie trochę dłużej w hotelu, przez co istnieje prawdopodobieństwo spóźnienia. Liczyłem że " złapię" tuk- tuka bomzawsze ich pełno na ulicy, ale o 6 rano pusto. Przyspieszyłem maksymalnie,małe cza leci nieubłaganie, a do przejścia 3km. Nie dałem rady, i po raz pierwszy złapałem riksze. Zdążyłem na styk, choć pociąg się spoźnił i mogłem spokojnie iść. Dałem Panu 10x wiecej, dla uspokojenia wyrzutów sumienia..
Wsiadłem w pociąg, razem podmiejski, klasa 3 ;) Wczoraj widziałem takie przez okno, mijanych pociągach,mi myślałem ze to niezły hardcore. Trzy rzędy stalowych ławek wzdłuż wagonu. Oparcia kończą sie w połowie pleców. Okropnie niewygodne...
Po 6h jazdy jestem na końcowej stacji. Mało brakło, a wróciłbym z powrotem. Bo tak siedzę, patrzę że nie wszyscy wysiadaj, więc myśle to nie ostatnia stacja. Na szczęście coś mnie tknęło, i spytalem. ;)
Wysiadła,msensa ja na stacji, herbata, omlet i w drogę. Gdzieś tam powinno byc przejście graniczne. 3 km. dalej jest.
Najpierw budynek policji, oczywiście wskazany przez lokalsa, bo informacji żadnej.
Tam chwila czekania, potem z paszportem idę dalej. Mijam jakis posterunek, wiec pytam czy potrzebują mój paszport. Na wielki wypadek wzięli, tylko nie wiem po co jak i tak czytać nie umieli.,;)
Wpisałem się do pamiątkowej księgi, i idę dalej. tu jakis kolejny barak z zbity z blachy, a w środku trzech urzedasow, pytają o wszystko to co mąka w paszporcie, i o opłatę wyjazdowa.,mowię ze nie mam, bo nikt nie kazał opłacić wczesnej na policji. Zaczynam sie irytować. Pan mówi złe mogę wrócić do banku, którego wcześniej nie widziałem, zapłacić. Ale jeżeli mam 500taka, mogę zapłacić u niego.
No to bach, kasa na stół.;) czysta forma łapówki... :)
Pieczątka, i do widzenia. Idę dalej.;)
Komentarze
Prześlij komentarz