Gwiżdż do trumny...
Wstałem rano, i poszedłem szukać budynku sadu. Mapa pokazuje 7km. Po drodze śniadanie, herbata i ślepiec z kurą... Rozwalił mi dzieñ. Ale jak się okazało, było warto.
I tak sobie lezę przez miasto, odpowiadam na setki pozdrowień, uśmiechów i pytań "skąd jesteś". Miłe to strasznie, ale i męczące okrutnie. Wzrok nie nadąża wyłapywać kadrów. Za dużo, za intensywnie, za egzotycznie. Obłęd. Dotarłem w końcu na właściwą ulicę, która okazała się być niewłaściwa. Są dwie takie same. No to powrót. Pod koniec złapałem tuk-tuka i pokazałem adres. Nie przeczytał. Pokazałem zdjecie, pokiwał głową, i pojechaliśmy. Oczywiście zawiózł mnie w zupełnie inne miejsce, nabijając przy tym sporo kilometrów. Pod hotelem, który w jego opini był sądem ze zdjecia, jakiś obywatel ze szczyptą angielskiego i umiejętnością czytania, wytłumaczył mu gdzie, co i jak. Pojechaliśmy. Praktycznie do miejsca skąd wyruszyliśmy. Kawałek dalej, na wzgórzu był budynek sadu.
Teraz jeszcze targowanie o cenę, i próba znalezienia odpowiedniego działu. Co jest nie lada wyzwaniem, w kraju w którym nie mówią po angielsku, i nic nie jest napisane w tym języku. Oprócz nazw głównych instytucji. Typu bank, policja. Udało się znaleźć odpowiedni pokój, i tyle dobrego. Urzędnik tam funkcjonujący, poinformował mnie z przykrością, że rząd właśnie zakazał wydawania pozwoleń na Trekking Hill. Do odwołania. Jedyna opcja to Dhaka, i piętnaście dni czekania na decyzje. Która bedzie, albo nie bedzie pozytywna. To tyle, jeżeli chodzi o etniczne wioski, jezioro i treking po okolicy. Wkurw. Wracam do hotelu, wykombinować alternatywę. Nie pozostaje nic innego jak Dhaka, bo Styleh na prawie 3 tyg. to trochę za mało. A do Indii jakoś mi się nie spieszy.
Znalazłem gdzieś informacje że w Dhace są stocznie, więc to moja ostatnia "deska ratunku" i nadzieja że uda się wejść.
Teraz jeszcze tylko bilet, jedzenie i jakieś zakupy dla chrześnicy. ;)
Rano o 9 wyjazd.
Komentarze
Prześlij komentarz