Posty

Wyświetlanie postów z styczeń, 2017

ARGENTYNA - Aconcagua, czyli 6 dni w wersji "k..a nie dam rady", i 2 w wersji "ja pie..czę, jak jak tam wlazłem" #ARGENTYNA #ACONCAGUA #MOUNTAIN #TREKKING #Confluencia #PlazaDelMulas #NidoDelCondor

Dzień pierwszy - DOBRE ZŁEGO POCZĄTKI... Starujemy. 7 rano wyjazd z Mendozy, prawie cztery godziny jazdy przez winnice, i kręte andyjskie drogi. Przed 12 jestem w Puenta del Inca. Jeszcze tylko uzupełnić wodę w sklepie, i coś przekąsić. Do pierwszej bazy, mam jakieś 3h drogi. Plecak na garb, i w drogę. Zobaczymy jak się spiszą buty, których nie miałem okazji "rozchodzić". Początek nie najgorszy, ale to tak naprawdę dopiero dojście do granic parku. Potem jeszcze kawałek parkiem i dochodzę do "granicznego" mostu. To tu kończy się amatorka, a zaczyna zabawa... Ale i dramat.. Słońce które do tej pory fajnie grzało, daje się mocno we znaki, plecak niestety zaczyna mocno ciążyć, a droga robi się mocno kamienista i nierówna. powoli też zaczyna działać wysokość. W końcu to prawie 3000m n.p.m A to jeszcze nawet nie połowa. Iść trzeba. Najważniejsze to złapać rytm. Coraz bardziej pod górę, i coraz więcej kamieni... A coraz mniej tlenu, i wody. W końcu, po 5h, dość zmęc...

CHILE - Fotki.. Tak trochę... #CHILE #DESERT #ATACAMA #OLDTOWN

Obraz

ARGENTYNA - Podsumowanie 1 #ARGENTYNA #MENDOZA #ACONCAGUA

Wylądowałem w Mendozie. Po 15h jazdy autobusem. Dobrze że warunki super.. ;) Udało się załatwić pozwolenie na wejście, kupić bilet na autobus i zjeść pyszny stek, popijając go wspaniałym argentyńskim winem... Jutro (niedziela) wyruszam na szlak. Nie będę pisał przez dwa tyg. Jak się plan uda, będę mega szczęśliwy, jak nie.. Trudno.. Nic na siłę. W każdym razie trzeba próbować. Teraz podsumowanie pierwszego etapu... Argentyna/Chile... Podobne kraje, podobni ludzie. Życzliwi, mili, uśmiechnięci.. Może nie aż tak jak Bengalczycy, ale raczej jak włosi. W miastach jest jeszcze ok. Nie widać biedy, skrajnego ubóstwa. Sporo bezdomnych, ale nie więcej niż u nas. Dużo policji, zarówno na drogach (sporo kontroli) jak i w mieście. Wypożyczenie samochodu, choć było w sumie mocno kosztowne, było warte zachodu.. Widoki i miejsca są nie do opisania. Jadąc autobusem, albo ny je przespał, albo bym się wkurzał że nie mogę porobić zdjęć. Ciężko zatrzymywać autobus co 15min ;) Na pewno zobaczyłem...

ARGENTYNA - Z duszą na ramieniu... #ARGENTYNA #CHILE #SALTA

Dziś końcówka. 150 km, i Salta. Jadę. Na śniadanie suchary. Po wczorajszy dnu bez obiadu i kolacji (też tylko paczka sucharów), nie jest dobrze. Ale wszytko pozamykane. Kolejny minus.. W Azji potykałbym się o "jedzenie". Trudno. Zaraz na rogatkach policja. Myślałem że rutynowa kontrola. ale nie. Coś tam gadają po hiszpańsku. Jedyne co zrozumiałem to że ostrzegają. Diabli wiedzą przed czym. Początek jak wczoraj. Ale po jakichś 10km, moim oczom ukazuje się piękna, równa asfaltowa serpentyna.. Radość ogromna, i wizja dojechania do Salty w trybie szybszym niż 10h.. Niestety radość przedwczesna. Po 300m, objazd. Znów moja ulubiona nawierzchnia. Niestety tym razem sporo kałuży na niej. A każda kałuża, to wiązka przekleństw.. Bo cały czas pamiętam co się stało jak przejechałem przez błoto w Chile.. Ale jechać trzeba. Jest co prawda inna trasa, ale to 100km więcej. Więc zaciskam zęby, nie zmieniam biegów, klnę i jadę. Ja po gruntowej tarce pełnej dziur, a obok błyszczy równiutki...

CHILE - Zdjęcia.. Kilka ;) #CHILE #ARGENTYNA #DESERT #ATACAMA #ANDY

Obraz
Vale de la Luna                                           Gejzery El Tatio                                          Wulkany na granicy Chile i Boliwii                                          RUTA 5, czyli Panamericana   w Chile                                          Burza nad Atacamą. A niby najsuchszy obszar świata

CHILE - RUTA 51 #CHILE #ARGENTYNA #RUTA51 #DESERT #ANDY

Wyruszyłem o 9. Trochę później, ale trzeba było jeszcze zatankować. Pierwsze 100km, ok. Droga ładna, słońce świeci... Dojechałem do skrzyżowania i skręciłem na opcjonalną trasę. Zrezygnowałem po 20km.. Droga dramat, a ja muszę oszczędzać auto. A sporo drogi przede mną.. Zawróciłem, i już bez "zbaczania" dojechałem do Laguny Miscanti. Piękne.. Widoki zapierają dech w piersi.. Zaraz obok jest druga. Szkoda tylko że nie ma Flamingów, mimo iż to niby ich laguna i rezerwat. W każdym razie warto było przyjechać. Co ciekawe, bilet wstępu kosztował "tylko" 3000peso, a nie 20000 jak do Laguny Chaxa. A ta dużo ładniejsza.. ;) Po sesji, powrót na główną trasę, i jazda do granicy.. Jeszcze 50 km, i kończy się asfalt. Niestety zaczyna się gruntówka.. Tempo jazdy spada, ale za to widoki zachwycają. I zmieniają się z każdym zakrętem, z każdą minutą. Pogoda znów "fotogeniczna". To co się wyprawia na niebie, przechodzi wszelkie wyobrażenie... Jeszcze tylko dłuższy przys...

CHILE - Zmarnowany czas #ATACAMA #CHILE #DESERT

Niedziela.. Dzień bez auta, gdzieś na pustyni, gdzie to co miałem zobaczyć, zobaczyłem... Czyli śmierć aktywności. Dobrze że przynajmniej hostel ok, i udało się przedłużyć pobyt o kolejne dwie noce.. szlag mnie trafia, bo pogoda fajna (ta w górach), a ja siedzę na dupie.. Jedyny pożytek, to uzupełnienie bloga, przejrzenie zdjęć (co jeszcze bardziej wkurza, bo mam świadomość co mi umyka), i czytanie... Czyli robię to, co każdy rasowy turysta na plaży.. Albo na wakacjach typu Egipt/Tunezja... Brakuje jeszcze wycieczek fakultatywnych i drinków z palemką.. Kusił mnie przez chwilę, żeby pojechać do Boliwi.. Bo stąd blisko.. Ale to minimum 3 dni, a cna kosmos. Mając na uwadze koszty naprawy cheviego, odpuściłem.. I tak przepuszczam czas i pieniądze bezproduktywnie.. Nie lubię... Najlepsze jest to, że Atacama uchodzi za najsuchszą pustynię świata. A ja już drugi raz zaliczyłem deszcz. W sumie trzeci, ale raz burza przeszła bokiem... Do dupy... Poniedziałek.. Kolejny dzień z dupy.. Z...

CHILE - MANIANA #ATACAMA #DESERT #CHILE

Od rana walczę z samochodem. Panowie czekali, zaholowali do „warsztatu”, i powiedzieli że zrobią. Jeden jedzie po części 100km do Calamy, a drugi w między czasie ma rozkręcić auto.  Powiedziałem że wpadnę za trzy godziny, porobić foty, i wróciłem do hostelu zjeść śniadanie. I korzystając z przymusowego postoju, uzupełnić bloga. o 12 melduję się w warsztacie, a tam odkręcone koło. i tyle.  Merror już dawno by rozebrał pół samochodu.. No cóż. Gorąco jest, a „najazd” niezacieniony. Wracam do noclegowni.  O 14 idę znów. Tym razem nie ma nikogo, a w aucie odkręcony przegub.. Sjesta zapewne.. powoli tracę cierpliwość.. Ale co zrobić, jak oni nie rozumieją po angielsku, a ja nie gadam po ichniemu. Jak ich opierdalać…? Po polsku..? Klnąc pod nosem poszedłem na kawę. Trochę mnie uspokoiła. O 17 wracam do warsztatu. Rozkręcone. Pełen nadziei, pytam co dalej. Za ile skończy. Ale płonne moje nadzieje na odebranie auta juto. Szlag trafił docisk, nie tarczę jak zakładal...

13'tego w piątek...

Jak na razie najlepszy nocleg z dotychczasowych. Mimo iż w baraku dla kierowców.. ;) Nie miałem siły wstać o 6… Udało się wyjechać dopiero tuż przed 8. Już wyjeżdżając z parkingu, prawie nie przywaliłem w murek z wrażenia.. Między autobusami, pod ogrodzeniem leżała maska z Fiata Coupe… Szok..!!! Na końcu świata ktoś miał „resoraka”… Po bliższej penetracji, znalazłem jeszcze drzwi, zbiornik i pas przedni i dach. Ciekawe co z resztą…  Wracam do SP de Atacama.. Jak na razie trochę lepiej, bo chłodniej. Po drodze mnóstwo kapliczek, tak jak u nas krzyży. Albo się tak zabijają, albo to w podziękowaniu za przeżycie pękniętej opony.. Tego się trochę boję.. Albo że mi silnik się zagotuje.. Bo na zewnątrz masakra, a temperatura niebezpiecznie rośnie..  W każdym razie jadę.. Do momentu, aż moim oczom ukazuje się ogromna kałuża na środku pustyni. Policja zatrzymuje samochody, i po udzieleniu informacji „jedź środkiem” puszcza dalej wahadłowo. Miałem obawy by to przejechać. (o...

Pan American

Pobudka. Już od 5 rano hałasują pierwsze busy wypchane turystam. O 6 dalej ciemno, a przed wjazdem tworzy się kolejka.. Wyłażę ze śpiwora, myję zęby i ustawiam się po bilet.  Jest 7. Na zewnątrz 7 stopni, i powoli wstaje słońce. Gejzery słabo „wybuchają”, ale z minuty na minutę widoki coraz ładniejsze.. Tylko Ci durni turyści i ich selfie.. Nie ma jak zrobić czystego zdjęcia…  Poczekałem, pomarnowałem czas i jakieś półtorej godziny pózniej zmieniłem miejscówkę na cieplejszą ;)  Wymoczyłem się w „basenie” z solanką. Super doświadczenie. W tle ośnieżone szczyty wulkanów i gór, wokół ludzie w czapkach i puchówkach, a ty siedzisz po uszy w gorącej wodzie..  Niestety, trzeba z niej potem wyjść ;)  Jeszcze tylko śniadanie, i jadę do kopalni soli. 450km. Według GPS 18h… Po wczorajszych doświadczeniach drogowych byłem pełen obaw.. Początek nie wróżył dobrze.. Ale za to widoki jak z bajki. Więc z bananem na twarzy, jechałem te swoje 20km/h, robiąc co chwila...

San Pedro de Atacama

Dziś zwiedzam okolicę.  W planach Laguny, i doliny - Księżycowa i Śmierci… Jako iż po imprezie kuchnia zaspała, śniadanie dostałem dopiero o 9, zamiast o 8.. Godzina w plecy. Kolejne pół straciłem na szukaniu stacji benzynowej. Bo tankować trzeba jak tylko jest okazja.. Zatankowany, pojechałem szukać laguny. Znalazłem, ale po pierwsze 20000 peso, a po drugie światło słabe.. najgorsza pora na zdjęcia.. 11... Odpuściłem. Pojechałem do drugiej. To samo. Chore ceny. Wróciłem do miasta, i zrewidowałem plany ;)  Jedzenie (znów się nie zrozumiałem, i dostałem wielką porcję frytek, zamiast kurczaka), a potem w góry zobaczyć największe teleskopy świata.. Droga da 4x4, ale chevi sobie poradził. Na górze grad… Niestety dojechałem tylko do wersji mini teleskopów. wersję Maxi mogłem podziwiać z daleka.. Jako iż pogoda się załamywała, musiałem zjechać. I dobrze się stało, bo chwilę później cała góra schowała się w ołowianych chmurach.. Zadowolony, mimo wszytko pojechałem na za...

Paso de Jama

Obraz
6 rano.. Ciężka noc…  Żle zaparkowałem, a spanie w tym samochodzie nie jest komfortowe.. Siedzenia niestety nie rozkładają się na płasko..  Ale takie uroki. Może następnym razem rozłożę namiot…  W każdym razie po śniadaniu z sucharów, jadę dalej. Dziś jest plan na dojechanie do San Pedro de Atacama..  prawie 400km, i 12h według GPS.. Trasa przez góry..  Początek na spokojnie, 50km wczorajszą trasą.. Choć słońce inne i pogoda do zdjęć piękna. Więc przystanki co chwila..  No i po tych 50km, wjechałem w góry… Droga marznie. Serpentyny, podjazdy i zjazdy, góry i doliny.. Obłędne.. Mój nr.1, czyli Passo del Stelvio, właśnie z hukiem spadł na drugie miejsce. Jeszcze fragment w chmurach, i otwiera się piękna panorama na Salar.. Nie wiem jak to opisać. Jak pogodzić te widoki z prowadzeniem samochodu po serpentynach.. Jak ja się nie rozbiję, to będzie cud.. Przystanek na Salarze, ciepła „przekąska” z placka nadziewanego serem i orgia fotograficzna…...

Zaczynamy przygodę...

Obraz
14h w autobusie i dotarłem do Salty. Mieściny, znane tylko z tego że leży w fajnej okolicy, i służy za bazę wypadową.  i znów to samo.. Kościoły.. Mam wrażenie że od przylotu nie robię nic innego, tylko oglądam kościoły. A że dziś niedziela, to nie mogę nic załatwić.. A jest plan wynająć auto i przejechać przez interior… Zahaczyć o Chile i Boliwię.  Może się uda.. ;)  Nie udało się. Tzn. znalazłem samochód, ale nie dostałem pozwolenia na Boliwię.. ;( Trudno. Trzeba będzie zostawić ją na koniec, albo wrócić.. W każdym razie, po 4h czekania, dostałem do dyspozycji Chevroleta Classik. Czterodrzwiowy sedan, z silnikiem 1.4 w benzynie. Jedyne udogodnienie to klima. I radio.  To chyba najbardziej podstawowa wersja, wersji podstawowej.. ;) Ale przecież ja go nie kupuję ;)  Jeszcze tylko zatankować, i kupić coś na drogę do jedzenia, bo przewiduję problemy z zaopatrzeniem i wodą.  Ruszam w trasę. I w końcu zaczynam się uśmiechać.. Widoki zaczynają ...

Cordoba

Uzupełniam wpisy… Internet działa tu gorzej niż w Bangladeszu… Dziś Cordoba, po nocne jeździe autobusem… Na szczęście te są wygodniejsze niż w Azji, i mają normalnie ustawioną klimę ;) W każdym razie Cordoba to nic szczególnego.. Małe miasto, trochę fajnej architektury, trochę ciekawej nowoczesnej… Jak na dwa dni łażenia to za mało.. Największa atrakcja to ulewa.. Dobrą godzinę lało jak „z cebra”…  Jutro Salta. Znów nocnym autobusem..

Być jak Phileas Fogg, czyli Argentyna i trochę w 80 dni...

Obraz
Stało się.. Nie sądziłem że w tym roku będę pisał mojego bloga z podróży.. Ale to był wyjątkowo dobry rok.. Pod wieloma względami... I dzięki temu najbardziej przyziemnemu, czyli prazy wylądowałem w Buenos Aires.. O przygotowaniach pisać nie będę.. Sporo zakupów, szukania informacji. Dzień przed wylotem kupowałem jeszcze plecak, bo nie dałem rady się spakować.. Swoisty progres.. Pierwszy wjazd 35l, drugi 50l, a teraz 75l i w sumie 35kg. Połowa mojej wagi.. Ale ten plan jest najambitniejszy.. Ale o tym w trakcie.. Nie ma co zdradzać.. Na początek Buenos.. Kora śpiewała "Boskie Buenos".. Ale ono wcale takie nie jest.. Nie ma w nim nic szczególnego.. Ani fantastycznych zabytków jak w Rzymie, ani klimatu Sieny.. Jest za to klimat Barcelony. Do niej mogę porównać, bo tylko tam byłem.. ;) Przypomina też trochę Kalkutę.. Jest kolonialne. Takie na wskroś.. Czuć to na każdym kroku. Ta mieszanka wpływów kolonistów, odcisnęła swoje piętno... Są miejsca, gdzie czas się zatrzymał....