Ognioodporni...

Zgodnie z planem, dziś polazłem znow do stoczni... Bo co tak będę w hotelu siedział... I zgodnie z poleceniem mojego kolegi, zacząłem "dociskać" ;) kupiłem nawet fajki za całe 200 taka, czyli tyle ile "dobre" jedzenie w restauracji. Poszedłem w koszta. ;)
Miejscówka znana, niektórzy mnie już rozpoznawali, więc łażę, kręcę się, szukam. Czasem ktoś zagada, czadem tylko krzyknie. A czasem tylko podchodzą w milczeniu jak zombie, i stoją patrząc co robisz.  Wracając trafiłem na wciąganie statku na brzeg. Trochę to trwało, ale przecież nie mam nic innego do roboty. Więc przystawałem i czekam. Do wciągnięcia używa sie jednej wyciągarki, stalowej liny, kilku konopnych, czy też kokosowych, trzech sprawnych jednostek pływających, dwóch łódek drewnianych i ok. 30, 40 ludzi... Niestety nie doczekałem końca procesu, ani tak naprawdę początku, bo pękła lina (konopna) i przerwali zabawę. Więc odwróciłem się na pięcie, i zobaczyłem czarny dym. A jak jest dym, to jest i coś ciekawego. ;)
Okazało się że to odlewnia. Ale nie ta co ostatnio. To pierwsza jaką widziałem, ale wtedy nic się nie działo. A teraz miałem szczęście, bo akurat zaczynali dolewać śruby. I nie mieli obiekcji, condor mojej obecności. Uczta. Do tego jeszcze światło mi "zagrało" więc mam wiecej niż mogłem marzyć. Oby tylko były ostre.. ;( 
Znow w gardle szczypie i piecze. Ale znow uśmiech na twarzy. Wracam. Jeszcze tylko zakupy dla chrześnicy w lokalnym sklepie z "sukienkami", kolacja, i hotel.
Wracając widziałem jedną białą. To drugi turysta jakiego spotkałem w Bangladeszu. 
Jutro podciąg i jazda do Slyhet. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27