Czeski błąd...

Człowiek to jednak stary, a głupi. Wstałem rano na autobus do Cottogram. Pobudka o 6.45, autobus o  9.00. Do przystanku 2 km, więc z zakładką na jedzenie wyszedłem wcześnie. Jak się okazało na miejscu za wcześnie. O 12h. ;) Moj autobus to nocna opcja, i innej nie ma. Mogłem pojechać do Dhaka, a tam nie mam ochoty jechać wcale. I czasu też. Zły na siebie, ale jednocześnie rozbawiony, wrocilem do hotelu. Chciałem sie dogadać, i za połowę stawki wynająć pokój do 18. Zeby nie łazić z plecakiem. Nie dało się dogadać. Nie to nie. Wyszedłem i zacząłem kombinować. Poszedłem do biura sprzedaży biletów, i przebukowalem bilet na najwcześniejszą możliwą godzinę. 17.30. Pasuje. Spytałem o plecak, i nie było žadnych obiekcji. Naprawde niewiarygodnie życzliwi ludzie. Zadowolony z plecaka i biletu, ruszyłem do cegielni, które widziałem wczoraj po drodze. Droge na stacje autobusowa znałem, wiec nie błądziłem. Potem juz tylko odpowiedni autobus, 15 minut jazdy i jestem. 
Ciekawe miejsca. I jak się okazało nie było problemu żeby wejść zrobić zdjecia, pooglądać. Jest wręcz przeciwnie. Cieżko zrobić zdjecie, bo zaraz albo obelga Cię tłum ciekawych, albo krzyczą żeby pozować, albo sami pozują. Fajnie, ale to trochę nie mój klimat. I nie to mi chodzi. Ale co tam. ;) 
Popatrykania, odwiedziłem w sumie trzy cegielnie, choć zadowolony ze zdjec nie jestem. Bedzie trzeba powtórzyć. Do miasta wrocilem z "buta". 12km to nie tak daleko, a czasu mam mnóstwo. ;) jeszcze jedzenie, poszukiwanie spodni ( nieudane) i można jechać. 
Autobus niestety już nie tak fajny jak wcześniejszy z Indi. Trudno, nie można mieć wszystkiego. Choć przede mną 12h męki. Stan dróg, autobusu, i hałas, mocno dał mi w kość. Niewyspany, o 7 rano zawitałem w Chittagong. Teraz tylko znaleźć hotel. Znow to samo. Chyba specjalnie ukrywają te hotele.  ;) znalazłem jakis jeden,,oczywiście na czwartym pietrze, ale ceny nieciekawe. 
Poszedłem dalej. Kolejny na jaki trafiłem, też mnie zabił ceną. Ale po targach i prośbach, znalazł się "tani" pokój. Zrzuciłem bagaż i w miasto. Na rozpoznanie. Miasto jakby wyludnione.. Ulice prawie puste. Poszedłem nad rzekę, bo tam zawsze warto, potem polazłem po uliczkach, pobłądziłem, i wyszedłem na główną ulicę. Obłęd. W ciagu 3h, wszystko zmieniło sie nie do poznania. Ulice zakorkowane rikszami, zawalone straganami, zapchane ludźmi. Inny świat. ;) 
Poszedłem poszukać spodni, bo pogoda taka sobie, a mnie sie juz nie chce marznąć. 
Spodnie kupione, w piątym odwiedzonym sklepie, zjedzone, więc można dalej się szlajać. 
Do wieczora jeszcze trochę czasu. Potem hotel, i spać. Jutro główny cel mojej wizyty w Bangladeszu... ;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27