Posty

Wyświetlanie postów z styczeń, 2015

Dzienniki motocyklowe - walka z idiotami...

Jako iż wczoraj nie udało się wykonać planu, dziś miałem do przejechania 40 km wiecej.  Plan był taki by w drodze do Pleiku, zachaczyć o "CAFFE VILAGE" w Buan Ma Thuot. Czyli taki "Showroom" producenta kawy, która stała się dla mnie nr.1. Droga do Buan nienajlepsza, ale w sumie udałeś ie dojechać dość szybko. I na tym konec,,bo znalezienie tej miejscówki graniczyło z cudem. W cafejkach w których serwowano ichniejszą kawę, nikt nic nie wie. Lokalsi tez nie,mtak bardziej ze po Angielski ani w ząb. Udalom mi sie przypadkim trafić do fabryki, a tam znów walka z cięciem. Bo nie wpuści i tylko macha rękoma. Zaparłem się, i tłumaczę że skoro on nie gada,mto niech mnie zaprowadzi do kogoś kto gada. Albo zadzwoni po taką osobę. 20 minut dyskusji, wymachiwania rękoma, i w koncu udało się. Przyszła Pani sekretarka. I tłumaczy mi że to fabryka, i ze wstępu nie ma. Ja jej na to że wszystko rozumiem, ale szukam ich sklepu firmowego, i nie mogę go za cholerę znaleźć. Narysowała mi...

Dzienniki motocyklowe - walka o przeżycie...

Obraz
Decyzja zapadła by ruszyć w drogę. Na mapie znalazłem jakaś lokalną drogę, dzięki czemu przez połowę trasy uniknę głównej drogi.  Pobudka o 7, o 8.30 już w trasie, po śniadaniu i tankowaniu.  Droga prosta, wiec nie powinno byc problemów. Teoretycznie.  Kilka kilometrów za miastem, droga odbija w lewo i prowadzi gruntową wersją... Ale widoki ładne, pola,  góry  i wioski. Wszystko jak należy.  Aż do momentu, gdy droga skończyła sie brodem, ma tyle głębokim że skuter nie da rady.  Chwila konsternacji co dalej. Ale zobaczyłem że druga stroną rzeki lokalsi jeżdżą. Więc gdzieś musi być droga, albo most. Most sie znalazł, chwile pózniej. Przejeżdżałem nawet koło niego, ale był w taki stanie, i tak idealnie zlał się z otoczeniem, że go nie zauważyłem... Chwila zawahania, zebranie w sobie odwagi zeby na niego wjechać, i do przodu... Ciekawe uczucie... Okazało się że to dopiero zapowiedź tego co mnie czeka... Dalej droga prowadziła lenśmym duktem, "przecinką" po...

Dzienniki motocyklowe -2

Rano, po śniadaniu w przyhotelowej "knajpie" ruszyłem do Da Lat. Według GPS 170km... Pogoda piękna, a ja po wcześniejszym doświadczeniu Zw słońcem i wiatrem, ubrałem sobie goretex.. ;) wystarczy opalania.. ;) droga przyjemna, widoki zacne, co chwila wioski w których na słońcu suszy się kawę. Kraina kawy. Czyli prawie jak w raju... W pewnym momencie, nabrałem ochoty na kofeinę, wiec sie zatrzymałem w jednej z tych malowniczych wiosek... Okazało się że trafiłem na miejscowego kolekcjonera wpisów gości  do "księgi pamiątkowej". Bardzo miły człowiek, który obejrzał moj skuter, i zasugerował pewne naprawy. Więc kiedy ja spacerowali po wiosce i piłem pyszną kawę, on dłubał przy moim bajku... Jeszcze tylko tankowanie i w drogę... zastanawia mnie jedno... Kawa to jeden z droższych produktów. A ludzie którzy ja uprawiają żyją bardzo biednie... Cholerne Nestle...  Do dalat trafiłem późnym popołudniem, tuż przed tym, gdy temperatura spadła do jakichś dziwnych wartości... Aż mu...

W krainie ruskich...

Niestety taka smutna prawda... Wszystko pod nich. Menu pisane cyrylicą, wszelkie informacje, drogowskazy, nazwy... Panoszą się obwieszeni złotem, zachowując się jak by byli panami świata...  Ale, trzeba było zagryźć zęby, i robić swoje... Rano z hotelu, ruszyłem skuterem do Mui Ne... pierwotnie było to moje docelowe miejsce, ale wczoraj nie miałem już siły, i ochoty na kolejne 20lm, bez gwarancji na tani nocleg. W kazdym razie poranne widoki były na "poziomie" ;) trafiłem na surferów, potem do rybackiej wioski, i zatoki, gdzie ilośc "zaparkowanych" łodzi powala na kolana...  Potem szlajalem się, w poszukiwaniu słynnych wydam i czerwonego kanionu. W międzyczasie jakis wietnamski wiesniak, ukradł mi ciastka, ktore mialm powieszone na haczyku skutera... Żeby gnój miał sraczkę przez tydzień... Wydmy znaleIone, ale światło, słabe, więc odpuściłem, i wrocilem późnym popołudniem. Kanionu nie znalazłem... Ale nie szkodzi... Coś tam się w sumie udało pstryknąć w ciagu dnia, ...

Dzienniki motocyklowe... ;)

Obraz
Opuściłem Sajgon. Udało sie nawet wyjechać bez większych problemów, (pomijając przekładnię biegów) i do tego w jednym kawałku... Generalnie o 8 rano, wszyscy mechanicy jeszcze śpią, wiec do promu dojechałem na "trójce". Przypomniała mi się historia z wyjazdu do Turynu, gdzie miałem problm ze skrzynia,mi przez pół miasta przejechałem tylko na trzecim biegu. Ale tam sprzęgło,dostało mocno w kość.   Tuż prze samą przystanią udało sie w koncu trafić jakis"zakład" i za pomocą młotka poprawić skrzynię. Jak się pózniej okazało nie na długo. W kazdym razie mogłem spokojnie wjechać na prom, bez obawy Że nie bede miał "luzu" i problemu z odpaleniem...  Dalej droga wiodła przez małe miasteczka, niestety w połowie trasa szybkiego ruchu...  Jak juz sie udało zjechać z "głównej" drogi, zatrzymałem się na jakieś jedzenie, i nawet przez chwilę pomyślałem o kawie. Ale po wczorajszej "poezji"... Nic juz nie bedzie takie jak kiedyś... Tak jak pisałem prze...

Ale Sajgon...

Obraz
To powiedzenie ma odzwierciedlenie w realiach. Przynajmniej jeżeli chodzi o ruch uliczny... Masakra. Przejść przez jezdnie,mto jak prosić się o smierć. A każde udane, to jak wygrana na loterii;) Co z tego że pasy, że światło zielone. I co z tego że winny jest zawsze większy, w przypadku "kolizji". Wiadomo że w starciu z metalem, pieszy ma najmniejsze szanse... Po śniadaniu, w jakimś chodnikowymi "barze" poszedłem w stronę Continentala, by spełnić wczorajszą obietnicę. Jak namta,i prestiż kawa nawet nie była droga, ale za to niedobra... Jak widać nie można mieć wszystkiego. Musiał mim wystarczyć klimat. ;) naładowany pozytywnie, poszedłem na Szlajanie. Szukałem kadrów, które bedą choć trochę inne od tego co zrobiłem do tej pory, i zupełnie inne niż te w internecie.. I tak łażąc po tym mieście, co jakoś czas igrając śmiercią, zrobiłem prawie 40km... Trafiając w rożne dziwne miejsca, cały czas z zachwianym poczuciem bezpieczeństwa... Ale za to nam koniec trafiła mi się...

Dzień w którym przestałem się uśmiechać...

Obraz
... Ale po kolei... Wyjechałem jakoś o 8 rano, po śniadaniu,mi nieudolnej próbie znalezienia pływającego marketu. Ale jakoś sie tym za bardzo nie zmartwiłem. ;) Do przejechania jakieś 150 km. Licząc wszelkie "wycieczki" poza trasę. Cel - Ho Hi Minh. To był dobry pomysł na podróż.. W sensie zakup tego skutera. O ile wytrzyma. ;) Dojechałem do Sajgonu, ok. 12, ale jeszcze godzinę zajęło mi dotarcie do hostelu. Ogromne miasto, pełne skuterów, samochodów, rykszy i wszelkiej maści pojazdów transportowych. Co dziwne, nie zauważyłem jakichś szczególnych korków. Glowne ulice szerokie, dobrze oznaczone i połączone. Przyjemnie sie jeździ. Łatwiej się poruszać skuterem niż, przejść przez trzy pasy jezdni ;)  Wjazd do miasta prowadził w załóż kanału, jednego z kilu jakie są w Sajgonie. Kanał wyglądał jak by ktoś wypompował z niego wodę, i wpuścił mazut. Czarna, gęsta i śmierdząca woda, a w niej kapiący sie ludzie, rybacy którzy siedzą na brzegu próbując coś złowić na obiad, a tuż obok sk...

Wietnam-4

Rano wstałem niewyspany i dalej wściekły na tych idiotów. Zmarnowałem przez nich ponad 2h dnia.  Poszedłem poszukać czegoś na śniadanie, wrocilem się spakować, wymeldowac i znów w drogę... Płacąc za nocleg, powiedział zeby mnie pocałowali w dupę, jak chcieli kasę za wypitą wodę.  Wyjechałem bez dowidzenia. Po raz pierwszy w mojej podróży.  Plan był zeby dojechać do Vin Long, z małym postojem w Sa Dec. W sumie nie wiem po co chciałem sie tam zatrzymać. Ale postój i tak był wymuszony,mprze dźwignie zmiany biegów. Coś tam sie poluzowano, i generalnie myślałem że nie dam rady juz zjechać z promu, bo jedyny bieg jaki miałem to 4. Cudem udało sie wrzucić na luz, i odpalić mojego "Sokoła Millenium" ;) dojechałem do Sa Dec, bo nie wiedziałem ile naprawa potrwa, wiec chciałem połączyć zwiedzanie, z mechanikiem. Na szczęście mechaników skuterowych w Iwtnamie jest jak "mrówków" ;) zostawiłem dziada, ku uciesze specjalistów, i polazłem. Wrocilem po godzinie i wszystko naprawion...

Wietnam-3

Obraz
No i się udało... ;) Wstałem rano, bo spać nie mogłem przez hałas, poszedlam coś zjeść w okolice targu, powalającej się trochę, wrocilem do Hotelu żeby się spakować, czekając aż wybije 10. O 10 pojawił się właściciel Hondy Wave.. ;) odetchnąłem z ulga. Wypiliśmy kawę, dotarłem dokumenty i papier z oświadczeniem że od teraz ja jestem właścicielem tego pojazdu.. ;) Uścisk dłoni, uśmiech i Good Luck;)  Jeszcze tylko kask, i pasy do mocowania plecaka.  Wymeldowalem się, zapakowalm sprzęt na skuter i w drogę...  Pierwsza stacja i mały zonk.. Zeby zatankować, musiałem odpiąć plecak, bo wlew jest pod siedzeniem... ;) chwila mota ja, i znów ruszyłem. Dzisiejszy cel to Long Xuyen. Jakieś 60 km.. Na miejsce dotarłem ok. 15. Znalazłem jakieś lokum, i polazłem na miasto. Wrocilem pod wieczór, zostawiłem apart w pokoju, i znów w miasto, tym razem coś zjeść.  Jakoś niemotę trafić w Wietnamie na dobre jedzenie... To co jadłem do tej pory nie zachwyca, a kambodza prowadzi w rankingu...

Wietnam-2

Dziś pojechałem z "przewodnikiem" do Tra Su. Teroretycznke jest to rezerwat ptaków, w pięknym lesie przypominającym formacją las mangrowy. Ale ptaków jak na lekarstwo, a moja wielka nadziaj na zobaczenie ogromnego nietoperza spełzła na niczym. Poleciały w cieplejsze rejony, no tu dla nich teraz jest za zimno. Ale sam las robi wrażenie, warto było się przejechać, i opłynąć go łodzią. Mimo iż krótko.  Wracaliśmy przez okoliczne wioski, gdzie udało się zobaczyć walkę kogutów. Wcześniej myślałem że koguty to taka wietnamska forma zwierząt domowych... ;) Niestety kilku właścicieli kogutów, nie było zbyt "życzliwych" i zostałem przegoniony. Ale jeszcze je znajdę. ;) dowiedziałam sie pózniej że istnieje pewien przesąd. Jak sie zrobi zdjecie kogutowi, to ten zdycha. Kiedyś Indianie wierzyli że fotografia zabiera duszę. Jak widać każdy wierzy w to co chce...  Po powrocie do miasta, i obgadywaniu z moim przewodnikiem dalszej trasy po Wietnamie i jego sugesti co warto, a co ni...

Good Morning Wietnam... ;)

Stało się... Ostatni etap podróży. W sumie zaczął sie juz wczoraj, gdy po 8h jazdy busem, i przejechaniu w tym czasie 150km wylądowałem w Chau Doc. Ale relacje zacznę od dzisiaj. Chau Doc, to miasteczko położone niedaleko granicy z Kambodżą, nad Mekkongiem. I to jest właśnie najlepsze.. ;) Mekkong. Wioski na rzece, "mieszkania" w łodziach, sympatyczni ludzie i jedzenie. Jedzą wszystko. Nic się nie marnuje. Kości, skóry, wnętrzności. Masakra. Do tego dużo różnej maści zielenina, wodorosty i diabli wiedza co jeszcze. Trochę przypomina to co jadłem w Kambodży.  Dzieñ zacząłem od porannej zupy, i buły z jakimś dziwnym nadzieniem... Przypominało to trochę rybną pastę. Potem "spacer" wzdłuż rzeki, szukając dojścia do domów nad rzeką. Niestety okazało się to dość trudne. Wsiadłem wiec na prom,mi popłynąłem na wyspę. Tam tez się nie udalo znaleźć kadrów których szukałem. Wiec wrocilem na ląd, i zrobiłem sobie południową przerwę. Zeby odespać noc, bo jakoś słabo spałem. Troc...

HAPY NEW YEAR

No i stało się. Sylwester na plaży, w krótkich spodenkach, w chaosie, chałasie i ogólnej radości.  Na plażę wylegli wszyscy. Rozłożyli maty na bulwarze, poblokowali ulice, bo kady musi zaparkować tuż przy swojej macie, a do tego każdy piszczą inna muzykę ze swojego "car audio". Zupełnie jak w Polsce. ;) na plaży grille, lampiony, i strzelające fajerwerki, mnóstwo piwa i innego alkoholu. No i oczywiście setki muzycznych utworów w lokalnym wydaniu. ;) O północy nie wydarzyło się nic spektakularnego. Żadnego pokazu sztucznych ogni, żadnego odliczania, wielkiej radości, czy huku strzelających korków szampana... Tak jak się impreza zaczęła, tak  skończyła. Część z ludzi, pewnie nawet przespała północ, upojona alkoholem ;) Leko rozczarowany, po dwukilometrowym spacerze wrocilem do hostelu... ;) Rano na targ, zeby w koncu zjesc wymarzone kraby w pieprzu... ;) dobre śniadanie. ;) potem książka, popołudniu owoce morza z warzywami, kąpiel w morzu, pierwsza kawa (lokalna kambodżańska) o...

Kep

O ile Kampot był nieciekawym małym miasteczkiem, to Kep jest mega dziurą. I ja w niej ugrzęzłem na prawie cztery dni... Pierwszego dnia, po przyjeździe i znalezieniu noclegu, w cztery godziny obszedłem wszystko co było do obejścia. Najwieksza atrakcja to oczywiście targ krabów. Można je kupic na miejscu świeżutkie, prosto z morza, i odrazu ugotować, i zjeść. Albo same, albo odkupując ryż i sos u miejscowych handlarek. Ale najwięcej ludzi kupuje kraby na "wynos". Pakują wszystko w siaty, razem z ryżem, sosem i dodatkami w postaci wszelkiej maści ryb, kalmarów i krewetek z grilla, i jadą na bulwar urządzić sobie ucztę. Parkują auta na drodze, zajmując jeden z dwóch pasów, rozsiadają sie na chodniku na trzcinowych matach, blokując go całkowicie, wyciągają jedzenie i sześciopak piwa i jest fajnie. ;). Jest tez opcja bardziej luksusowa, ale już wtedy płatna. Można skorzystać ze specjalnych zadaszonych  platform z hamakami. No i wtedy piwo można kupic zimne na miejscu.  Ogólnie w K...

Kampot

Tak jak pisałem wcześniej wylądowałem na 3 dni w małym miasteczku, 40km od morza. Przedostatnia miejscówka w Kambodży. Miasteczko małe, pełne francuzów, knajp i guesthous'ów prowadzonych przez Europejczyków. Sporo pozostałości kolonialnej architektury, po wcześniejszych okupantach.  Gdyby o to zadbać i oczyścić ze wszelkiej maści badziewia, mogłoby to byc naprawdę urocze miasteczko. A tak, jest jak zwykle ;) Wypożyczyłem skuter na dwa dni, żeby pozwiedzać okolicę, bo to właśnie okolica jest najważniejsza. Tak więc pierwszego dnia pojechałem do Parku Narodowego, skuszony zdjęciami nieczynnego kasyna, i opuszczonego kosicola. A także wodospadu i ciekawych widoków. Droga do parku genialna. Równy, szeroki asfalt, wijący sie pod górę, przez prawie 30km.. Aż się prawie popłakałem, że zamiast skuterem, nie jadę resorakiem... Idealna droga, by poszaleć... A poza tym, jak to zwykle bywa rozczarowanie. Na górze zimno i mgła taka że nic nie widać, kościół, jak kościół. Dość malowniczo wpisany...