Maszeruj albo zdychaj...
Dzien powrwszy. Wyladowalem w Lukla, podobno na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk świata. Jakoś mnie nie przestraszyło. Widoki o poranki, niewiarygodne. Słońce które wstaje, i powoli rozświetla doliny, a w tle białe szczyty wysokich gór, zwala z nóg. A to dopiero przdsmak.. Mam nadzieje. Na ulicy pusto, Lukla powoli budzi się do życia. Mijam kolejne "restauracje", Guest Haus'y, i Starbucks'a. Szczyt hipserstwa. ;) Zatrzymuję się w pierwszym otwartym barze, i zamawiam zupę... Przegryzam bułką którą przytargałem z Kathmandu, i konsternacja. Nie ma mojej pięknej niebieskiej butelki z wodą... Albo wypadła w luku, albo ukradli. A była pełna wody... Szlag. Ruszam na szlak. Jeszcze tylko kontrola pozwolenia, i w długą.. Nie jest źle, ale to pewnie dla tego że z górki, i początek. Mam dotrzeć do Phakding, i tam nocować... To pierwsza baza, i aklimatyzacja. Dotarłem tam o 10, z zapasem sił. I tak mnie pokusiło żeby iść dalej. No i posżedlem....