Mam dość...
Wstałem. Jest 8. Żyje, słaby ale idę na śniadanie... Pierwszy raz śniadanie w miarę przyzwoite. Omlet, tosty, dżem. Jeszcze prysznic, i w drogę. Kolejne świątynie... Trafiłem do jakiegoś małego kompleksu. Tak na początek. Nie ma szału. Większość zniszczona przez muzułmaninów i poskładana z klocków ktore udało się odzyskać. Wracając trafiłem do wioski, i tu zaczęło byc fajnie. Do momentu gdy sie do mnie nie przyczepił jakiś lokales. Chciałem połazić sam, ale sie nie da. Chcąc być miły, zacząłem z nim gadać. Dołączył do nas jeszcze jego kuzyn niemowa, i tak w trójkę, laziliśmy po wiosce, a on opowiadał. Zaprowadził mnie do szkoły w ktorej niby uczy, dał pamiątkową księgę do wpisu, a potem wyciągnął książeczkę z pokwitowaniami i prośbą o dotację. Bo szkoła niepubliczna, dla dzieci ktore nigdy by do niej nie mogły pójść. Zapaliła się lampka ostrzegawcza, ale myśle ok. Dałem sie naciągnąć mnichom, artyście, to tu przynajmniej jest jakis sens. Dałem datek, posłuchałem jeszcze trochę opowieśc...