Posty

Wyświetlanie postów z stycznia 5, 2016

Mam dość...

Wstałem. Jest 8. Żyje, słaby ale idę na śniadanie... Pierwszy raz śniadanie w miarę przyzwoite. Omlet, tosty, dżem. Jeszcze prysznic, i w drogę. Kolejne świątynie... Trafiłem do jakiegoś małego kompleksu. Tak na początek. Nie ma szału. Większość zniszczona przez muzułmaninów i poskładana z klocków ktore udało się odzyskać. Wracając trafiłem do wioski, i tu zaczęło byc fajnie. Do momentu gdy sie do mnie nie przyczepił jakiś lokales. Chciałem połazić sam, ale sie nie da. Chcąc być miły, zacząłem z nim gadać. Dołączył do nas jeszcze jego kuzyn niemowa, i tak w trójkę, laziliśmy po wiosce, a on opowiadał. Zaprowadził mnie do szkoły w ktorej niby uczy, dał pamiątkową księgę do wpisu, a potem wyciągnął książeczkę z pokwitowaniami i prośbą o dotację. Bo szkoła niepubliczna, dla dzieci ktore nigdy by do niej nie mogły pójść. Zapaliła się lampka ostrzegawcza, ale myśle ok. Dałem sie naciągnąć mnichom, artyście, to tu przynajmniej jest jakis sens. Dałem datek, posłuchałem jeszcze trochę opowieśc...

Diagnoza "angina"...

Nie da się. Zawsze coś. Jak nie spuchnięte ryło, to gorączka i jakiś badziew.  Tak zacząłem dzień w Orchha. Nie pomogła dwukrotna zmiana koszulek w nocy. I wypocenie się jak mysz. Po tzw. śniadaniu, na dachu tzw. hotelu, z osobistym bodyguardem, który kijem odganiał małpy, polazłem w miasto. Miało byc ciekawie, wyszło jak zwykle. Świątynie jak świtanie, głownie w ruinie, albo w pozostałość. Za 200 rupi, gość mnie wpuścił na dach, i pokazał miejsca gdzie stanąć "na fotkę"... ;) zalazłem, pokręciłem się po okolicy, polazłem nad rzekę z nadzieją na fajny kadr, niestety nadaremnie. Wrocilem więc do centum, poszedlem zwiedzać "pałac królewski"... Czyli budowla wielkości Wawelu, w mieścinie wielkości Łomianek. Oczywiście większość w ruinie, albo zaawansowanym stadium rozkładu. Gdzieniegdzie pozostały ślady dawnej świetności. Wysoko pod dachem wieży, widać niebieskio-szmaragdową mozaikę. W latach świetności musiało to byc piekne miejsce... Zalazłem teren w koło, posiedział...

"Perły przed wieprze"...

Obraz
Wstałem. Oczywiście w nocy zimno. Po gripex'ie mokry jak mysz. Ale czuje sie dobrze. Prysznic, śniadanie, i do kolejki. Bo nie sadzę, by nie było tłumów na Taj Mahal w porannym słońcu. Znając drogę, po 20 min. marszu byłem juz na miejscu. I tu zaczyna się "zabawa". Ustawiam się w kolejce, (osobno panie, osobno panowie), ale widzę że każdy trzyma w łapie bilet. Lekko zaniepokojony podchodzę do strażnika i pytam gdzie kupię bilety, skoro ta kolejka nie jest do kasy. Odpowiedz- kasy są kilometr dalej. Genialne. Całe szczęście że podszedłem do tej bliższej bramy, i nie musiałem zapieprzac wokół całego kompleksu. Dopiero bym się wkurwił. 15 min. pózniej z biletem w dłoni, wracam elektrycznym autobusikiem. "Meska" kolejka krótka, wiec poziom irytacji spadł do 30%. Przechodzisz przez kontrole jak na lotnisku. Prześwietlają bagaż, macanko i wykrywacz. No i sie przypieprzyli do statywu. Ze nie można. Jakis wąsaty pajac z karabinem na ramieniu, angielszczyzna gorsza od mo...