"Dzień święty, święcić..."
Dziś piątek, czyli niedziela. Teroretycznie wolne. Ale tu jest jak u nas. Wszyscy wolne, centra handlowe zapieprzaja.
Wrocilem na wczorajszą "miejscówkę". Ale najpierw herbata w znajomej "herbaciarni" i omlet z trzech, w "barze mlecznym" obok. ;) muszę chyba zbadać cholesterol po powrocie. ;) choć i tak nie wiem jaki był przed. ;);)
W kazdym razie dziś jest inaczej. Puściej, doły pozalewane wodą (w nocy pompy nie pracowały), więc ludzie albo pracują na obrzeżach, albo tam gdzie nie ma wody, a są kamienie. Koparki wywożą piasek, dzieciaki wybierają z niego drewno i kamienie, kobiety przenoszą kamienie na kopce, a faceci ładują to na ciężarówki. Do tego pogłębiają i poszerzają doły, konserwują pompy, i robią wszystko co niezbędne by jutro znow zacząć od nowa. I wcale nie jest lżej. Przy mnie obsunęło sie pare ton piasku, a facet uskoczył w ostatniej chwili. Łopat nie odzyskali.
Z racji że "niewiele" się działo, poszedłem w głąb piaskowej łachy, do "wioski"... Zobaczyć ja żyją, i jak mieszkają. Kolejny cios. Namioty sklecone z bambusowego stelażu, i foli, albo worków na ziemie. Jak cieplarnie. W środku nic. Ubita ziemia, na niej mata, i kołdra. Żadnych mebli, szafek. Na zewnątrz "kuchnia" osłonięta od wiatru kawałkiem blachy. A na obrzeżach wykopane "wychodki". I tak sobie żyją, odpoczywają w dniu wolnym od pracy. Bez prądu, światła, wody. Piąta i kąpią się w rzece, gotują w jednym, dwóch aluminowych garnkach, śpią na ziemi. A mimo to uśmiechnięci, życzliwi, mili.
Polazłem, poszedłem jeszcze dalej, do nieczynnego wyrobiska, i wrocilem do hotelu. Naładować baterie, i znaleść coś do jedzenia. Bo wczorajsza kolacja to porażka.
Poszedłem do Jaflong, tego właściwego. Znalazłem jakaś garkuchnie, i zjadłem ryż, jakimiś wynalazkami smażonymi na głębokim tłuszczu, i do tego podwójna porcja świerzych warzyw.
Niebyło źle, a napewno dużo lepiej niż wczorajszy zimny ryż i pseudo kurczak. No 5x taniej.
Kupiłem jeszcze owoce, i wracam.
Zabieram aparat, i na łowy. Plan by "zbadać" po cholerę ci wszyscy turyści tam przyjeżdzają.
Po obserwacji, nic się nie zmieniło. Dalej nie wiem. ;)
Pływają łódkami, zabierają kamień na pamiątkę, robią sobie setki selfie, i tyle.
Omijałem z daleka, bo działali mi na nerwy, w zestawieniu z tą biedą, i niewolniczą pracą.
Wracam do hotelu w niewiele lepszym nastroju niż wczoraj. Chciałem jeszcze złapać zachód słońca, ale nic ciekawego. Tak samo jak czekawnie aż sie ściemni, z nadzieją że "wioska" rozbłyśnie setkami ognisk. Nie rozbłysła. Paliwo na wagę złota, wię tylko do gotowania. A wtedy ogień malutki.
Spać.
Jutro ostatni dzien.
Komentarze
Prześlij komentarz