Andamady...

...czyli jaki kraj, taki raj... ;)
Piszą że to raj na ziemi, z pięknymi plażami, cudzymi miejscami i wogule wielkie "łał"... No i niestety chyba ktoś im za to płaci.. ;)
Albo tak jest w miejscach niedostępnych dla zwykłych zjadaczy chleba.. ;)
Neil Island. Mała wysepka, która można obejść plażą w jeden dzień. Pod warunkiem że chodzisz w butach trekkingowych.... ;) na całej wyspie są dwie plaże piaszczyste, ale kąpać się tam można tylko w czasie przypływu. Reszta praktycznie się nie nadaje. To tak naprawde cmentarzysko martwej rafy koralowej... Ale nie poleciałem tam zachwycać się plażą. Choć byłby to miły dodatek..
Ogólnie miałem odpocząć, i wyzdrowieć. I to się udało. Nawet jedzenie było całkiem niezłe. Choć jak na możliwości, to moglo być lepiej... Ale nie narzekam.. Odpocząłem, poczytałem, wyleczyłem. Naladowalem baterie przed kolejnym karajem... Reszta jest nieistotna.. ;)
Jedno jest pewne. Nie wyśpisz się. O 6 rano na 100% obudzi Cię piętnasto minutowa symfonia charania, smarkata i innych odgłosów związanych z wydalaniem śluzu przez usta... Obrzydliwe, i mega wkurwiające...  
Przesiedziałem tam 5dni. Ostatniego rano wsiadłem na katamaran, i popłynąłem do Port Blair. Następnego dnia samolot mam rano, wiec nie dało się inaczej. Udało się znaleść dość tani nocleg, choć łatwe to nie było. Chciałem dowiedzieć się o autobus z Kalkuty do Bangladszu, ale najpierw nie było prądu przez pół dnia, a potem potrafili znaleźć tylko bilety na samolot. 
Odpuściłem. Znalazłem nawet pocztówkę, co zakrawa na cud... Ale wyslac się jej juz nie udało.
Spać. Rano samolot i Kalkuta. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27