Bangladesz... #Bangladesz #Azja

Wystartowałem o 5.30... Autobus jak autobus. Jakaś stara Scania, ale jedzie, ciastka i woda podana. I tylko za zapach postanowili użyć kostki toaletowej... Więc całą drogę do granicy miałem wrażenie że jadę w Toi-Toju. Dojechaliśmy do granicy, tam wyładunek, i przejście przez samą granice z buta. Hinduscy celnicy, mają wyjebane na wszytko, i jak wszyscy mundurowi niezby uprzejme podejście. Pieczątka, i w droge. Wychodzę  budynku, a tam kolejka na 2h stania. Przeraziłem się. Na szczęście to nie moja. Przeszedłem na stronę Bangladeska, tam znow celnicy biegali z moim paszportem dobre 20 min. Chyba dawno nie widzieli Polaka. Udało sie dostać pieczątkę, jeszcze tyko miła pogawędka i witamy w Bangladeszu. Tu oczywiście pierwsz niespodzianka. Mój opłacony transport, obowiązywał tyko do granicy. Mimo iż pytałem palanta w biurze czy bilet jest do Jassore. Jako iż mam juz dość hindusów i ich oszustw, olałem sprawę, wymieniłem dolary w kantorze, i wsiadłem w lokalny autobus. Godzinę pózniej, wytrzęsiony do granic możliwości, wysiadłem na końcowym przysystanku. Plecak na ramkę, i w droge szukać hotelu. Na mapie 5km... Cała droga to przedsmak tego co mnie czeka w Bangladeszu. Czyli niespotykana dotąd życzliwość, uprzejmość, i uśmiech. Setki pytań, skład, dokąd, jak ci na imię. W porównaniu z Birmą, która jest na niewiele lepszym poziomie ekonomicznym, widać doskonale jak turyści zmieniają ludzi i kraje...
Dotarłem do "centrum", znalazłem hotel, co łatwe nie było, bo wszytko pisane robaczkami, a jak już jakis hotel się pojawia, to albo zamknięty, albo to reatauracja... ;) No i do tego piątek. Muzułmańska niedziela. Przegrupowanie, i na miasto. Ciąg dalszy odpowiadania na pozdrowienia, uściski dłoni, selfie, itp. Spotkałem jakiegoś lokalnego fotografa, przy okazji trenera judo, o jeszcze jakichś sztuk walki, i nauczyciela w szkole... Poopowiadał mi o sobie, o ojcu który był fotografem podczas wojny pakistańsko-bangladeskiej, połazilismy, wypiliśmy herbatę, i się zaczęło. Zaprosił mnie do znajomych, tam zostałem poproszony o zrobienie zdjęć córce, zostałem poczęstowany kawa, i herbatnikami i zasypany pytaniami w łamanym angielskim. Strasznie miło i sympatycznie. Ale też i niezręcznie. Jak dla mnie. Wymiana Facebook'owa, i ewakuacja. Po drodze jeszcze jedno miejsce, tym razem uboższe, ale dziewczę śliczne. Poczęstunek herbata, odpowiadanie na dziesiątki pytań zgromadzonej publiczności, grupowe zdjecie, i dalej w drogę. Moj nowy znajomy myślał że mu od razu zgram zdjecia, ale niestety go rozczarowałem. Pożegnałem się i do hotelu. Jeszcze tylko coś zjesc, i kupic bilet na autobus do Chittagong. Autobus 9.00, odprawa o 8.30. Korzystając z okazji, i wolnego czasu, poszedłem jeszcze skorzystać z usług golibrody... Też niezła sensacja. Głównie, masaż głowy i twarzy i młodszy o 5 lat, wrocilem do hotelu... ;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27