Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2014

15

Drugi dzień w Bagan. Wczoraj podjąłem decyzje że nie ma sensu tu siedzieć trzy dni. Szkoda kasy i czasu. Wykupiłem bilet na nocny autobus do Kalaw. I tak trochę bez pomysłu na dzisiejszy dzień, znów poszedłem na "spektakl". Skoro już tak rano wstałem... ;) potem pare kilometrów spaceru, śniadanie (najdroższe jakie jadłem, ale wybaczam im za pomidory i ogórki). Wróciłem do hotelu o 11, aby zwolnić pokój, posiedziałem trochę walcząc z internetem, żeby zabukować bilet do Bangkoku, i znów ruszyłem na "dzielnie"... To jak Ci ludzie mieszkają, nie przestanie mnie dziwić... Można powiedzieć ze żyją na jednym wielkim wysypisku śmieci... A w tym wszystkim dzieci, świnie, psy i kury... Niby większość "obejść" pozamiatana, ale co z tego jak za płotem gnój... Widać też od razu różnicę w "szczeblu" społecznym. Niektóre domy murowane, inne drewniane. Najwiecej oczywiście jest tych z mat bambusowych, ale tu tez jest różnica. W wielkości, wykończeniu, ilości zab...

Bagan, gdzie słońce wstaje najpiękniej...

Wstałem... Wszystko mnie boli. Kręgosłup, nogi, "siedzenie". No ale "spektakl" czeka... Prysznic, plecak z aparatem na plecy i w drogę... Po 5 km, znalazłem "stupę" na która dało się wejść, o się zaczęło... To rzeczywiście magiczne miejsce... Wschodzące słońce, poranna mgła i tysiące "kolczyków" w rożnych formach i rozmiarach... Zdjęcia tego nie oddają... Po raz pierwszy żałowałem, ze nie mam kasy... Na lot balonem... To dopiero musi być przeżycie... Ale jak sie nie ma co by sie chciało, to szuka się czegoś innego... Tak więc opuściłem pogodę, i polazłem się "zgubić"... Moje główne zadanie polegało na unikaniu wszelkich miejsc, gdzie jeździli turyści w swoich klimatyzowanych autokarach, małych busikach, i na elektrycznych skuterach... Tak naprawdę dzisiaj (czyli jutro) zdałem sobie sprawę że podczas tych dwóch dni w Bagan, i przejściu prawie 80km, nie widziałem ani jednego białego, który by chodził. Nie mowię oczywiście o zwiedzaniu skl...

Od wschodu, do zachodu...

...czyli 16h na barce... Udało sie dotrzeć na barkę dla lokalnej ludności. Dzieki temu uniknąłem podróży z wieśniakami turystami, choć kilku sie znalazło na barce razem ze mną... Ale ich ignorowałem;) wiem, jestem okropny... To było ciekawe przeżycie, choć mega długie... I pod koniec już bardzo męczące... 12h, jakoś jeszcze dałem radę. Potem się poddałem, i zamieniłem podłogę na krzesełko dla "białej rasy"... Przypłynąłem do Bagan jakoś ok.22.. Na "przystani" tłum naganiaczy, pertraktacje i transport do "hotelu" ceny jedne z najdroższych, a standard najgorszy. Ale spać gdzieś trzeba. Do łóżka, tym razem bez prysznica, bo zmarzłem jak cholera, a rano trzeba wstać o 5...

12

Udało sie dotrzeć do Mandalay w normalnej porze. O 12, byłem już w hotelu, zostawiłem plecak na recepcji i nad rzekę... Wcześniej byłem tam też przed zachodem słońca, i w sumie nie wiele widziałem. Skupiłem się nad wykorzystaniem słońca do zdjęć, a nie oglądaniu tego co ukryte w cieniu...  Dziś było inaczej... Wszystko w pełnym słońcu, wszystko jak na dłoni... Wali po psychice... Masakra. Trochę mnie to przerosło, wiec do hotelu wróciłem lekko przybity. Choć już długo po zmroku.  Jednak tak patrząc z perspektywy czasu (piszę z Bagan), to Mandalay w formie która ja odkryłem, jest jednym z najbardziej interesujących miejsc w Birmie...

"Maszeruj, albo zdychaj"...

Obraz
Pobudka o 5.30 żeby bycć zaraz po otwarciu. Ale oczywiście zamknięte. Czekając aż może ktoś się pojawi, zjadłem najlepszy makaron w Birmie, i znów "pocałowałem" klamkę... Trzeci raz postanowiłem nie próbować bo szkoda czasu. Więc ruszyłem na "stopa"... Czekałem godzinę... Przez cały  ten czas w kierunku którym mnie interesował, przejechało jedno auto... Co za kraj...  Żeby nie marnować czasu, postanowiłem ruszyć na treking w okolicę Hsipaw. Wcześniej gdzieś znalazłem taką mapę,  więc co szkodziło...;) mapa jak widać bardzo szczegółowa, ale podpytałam i udało sie wyjsć na "szlak"... Jako iż Hsipaw leży w dolinie, to wszystko było zamglone, przez co nie "wyłapałem" znaków ostrzegawczych... Na trasie nie ma absolutnie nic ciekawego. Żadnych pięknych tarasów ryżowych, zapychających dech w piersiach widoków na pola herbaciane, czy piękne zielone krajobrazy. Totalnie nic.. Czerwona droga, góra w porze deszczowej zamienia się w rwący strumień, kilka mał...

Zdjecia...

Obraz

Dycha..

Wstałem rano, w dobrym humorze jak to w Birmie...;) ruszyłem na dworzec, w sumie to za wcześniej o jakieś dwie godziny, ale zawsze to na spokojnie, no i poranne światło jest piękne...;) zjadłem "śniadanie" polazłem po stacji i okolicy, coś tam "pstryknąłem" i nagle zamarłem... Podjechały klimatyzowane busiki, a z nich wysyłaliśmy sie gromadnie i krzykliwie "turyści". Oczywiście średnia wieku 60+. Wyciągnęli aparaty i zaczęli fotografować wszystko i wszystkich. Do "ciekawszych obiektów" ustawiały sie praktycznie kolejki... Tak wiec jak oni wyciągnęli swoje aparaty, ja swój schowałem... Nie chciałem być postrzegany jako cześć tego cyrku... Obłęd. Miałem jeszcze nadzieję że przynajmniej wsiądą do klasy "wyższej", ale oczywiście nie. Stadnie stoczyli się do klasy "ordynary" psując mi tym samym całą frajdę z podróży. Co prawda wysiedli za słynnym mostem, ale niesmak pozostał... Widoki za oknem mało ciekawe, bo w Birmie krzaki rosną...

9

Dziś pojechałem do  Pyin U Lwin... Taka mieścina w górach, pozostałość po Brytyjskim "kurorcie". Temperatura niższa niż normalnie, wieczorem nawet lekko chłodno.. Dojechałem na miejsce "busem" czyli pickupem, z ławeczkami na pace... Nie przewidziałem że bedzie tak wiało, i trochę mnie chyba przerwało... No i na 100% mam siniaki na tyłku... ;)  Samo miasteczko nie zachwyca... Nie sądziłem że to kiedyś napiszę w Birmie...;) Totalnie Inne zachowanie ludzi w porównaniu do tego co dobrej pory widziałem. Nie odpowiadają na uśmiech, ubrani głownie po europejsku, drogo i ogólnie jakoś tak dziwnie... Ale zapowiadało sie od rana ze to będzie niezbyt szczególny dzień. Przy wymeldowywaniu, chciał mnie skubani naciąć na 13 dolców. Ze niby spałem trzy noce, a zapłaciłem za dwie... Ale się wkurzyłem... Telefony, kłótnia, i w końcu przyznali mi racje... To już drugi raz, jak mnie ktoś chciał oszukać. Pierwszy był w Shwedagon Pagoda, gdzie Pani wzięła ode mnie  10000 karatów, i zapo...

8

Dziś pojechałem zobaczyć słynny U Bain bridge... Czyli najdłuższy most teakowy na świecie.  Wstałem o 4, Nino 4.30 byłem umówiony z "mototaxi". Pół godziny jazdy za miasto i jest most... Most jak most...;) przeszedłem go trzy razy zastanawiając się gdzie wschodzi słońce, i jak najlepiej się ustawić z aparatem... Jedyne do r miejsce to tak naprawdę z łodzi... Łodzi nie było, wiec wlazłem po kostki w błoto. W sumie to nie wiem po co... Przecież w necie jest od groma takich fotek, z mnichami w promieniach zachodzącego, czy też wschodzącego słońca... No ale nic to. Przyjechałem, zrobiłem, znalazłem sobie jeszcze kilka innych ciekawych kadrów, i poszedłem na "obchód" okolicy... Taki przedsmak tego co mnie czeka za miastem... Wracając niestety natknąłem się po raz pierwszy w Birmie na turystycznych białasów... Nie ma gorszych "turystów" niż para Europejek po 50... Masakra... Negocjacje z MotoTaxi i powrót do Mandalay. Nie byłem w słynnym klasztorze gdzie setki m...

Tydzień...

Obraz
To już tydzień.. A mam wrażenie jakbym wyjechał z miesiąc temu... Wrażenia gonia wrażenia... Bombardują wszystkie zmysły, z każdej strony. Nie nadążam z wyłapywaniem wszystkiego, a co dopiero z robieniem zdjeć... Niewiarygodne miejsce... Znów trafiłem tam, gdzie normalnie biały nie chodzi... I stałem sie atrakcją turystyczną. Dziwne uczucie, gdy dorośli wyciągają dzieci z domów by pokazać "białego", a na targu Panie nawzajem pokazują sobie mnie palcami...;) Niezłe "branie"...;););) to chyba prze opaleniznę..;) albo chodziło o aparat...;););)  W każdym razie tyle uśmiechów ile dzisiaj dostałem, nie uświadczyłeś chyba prze całe życie... Uśmiecha sie każdy, a co trzech osoba zagaduje... Choć zna tylko kilka słów po angielsku. ( dokładnie jak ja, więc rozumiem się doskonale) 😀 stopy pała ogniem, głowa paruje, a ręce bolą od noszenia aparatu... Kolejne 40km za mną...  Wieczorem znalazłem "internet". Więc spróbowałem wysłać trochę fotek... Niestety ale trafiłem...

Sześć...

Kolejny dzień w Birmie... O świcie poszedłem do portu... To moje ulubione miejsce... Tam zjadłem śniadanie razem z tragarzami i tymi co przypłynęli z drugiego brzegu... Miasto powoli budzi się do życia, a za 2h hałas będzie tak wielki że człowiek nie będzie w stanie zebrać myśli... O 15 mam samolot do Mandalay, wiec ok. 12.30 muszę wyjechać z hotelu.. Jeszcze tylko "kafejka internetowa", gdzie przez 30 min. Udało się wysłać 5 zdjęć... Obłęd z tym netem... Chyba lepiej jak by go nie było... Przynajmniej człowiek by miał świadomość ze nie ma, i nie będzie fotek na fejsika przez najbliższy miesiąc... ;) dziś piałem sok, który ma wszystkie skok pod sobą... Ale za głupi jestem żeby powiedzieć co to było.. Chyba marakuja. Takie małe żółte, z czarnymi pestkami w środku... Cieżko się przełamać by zjeść coś na ulicy... Szczególnie po tym jak się trafi na targ...;););) Maynamar... Wylądowałem, znalazłem sobie busik. O omijając wszyskich naganiaczy po drodze... Niestety okazało sie zejd...

Na pięć...

.... Rano trafiłem do "portu", a raczej pirsu rozładunkowego na rzece... I jakbym nagle przeniósł sie o 100lat wstecz... Sznur tragarzy, którzy rozładowują barki z ryżu. I wszystko biegiem z 50kg na plecach... Robi wrażenie... Wzbudziłem sensację jak poprosiłem o sok wyciskany z trzciny cukrowej... W moim rankingu gdzieś na czwartym miejscu, a to tylko dla tego ze Birmanczycy nie potrafią korzystać z lodu... Gdyby był podany jak tow Tajlandii, byłby drugi... ;) Cieżko jest tu w ogóle kupić tak dobrze schłodzone pocie jak Bangkoku. Może to przez te problemy z dostawami prądu... Na ulicach brudno... Szczury wielkości małych kotów, śmieci, faceci sikający w kucki do kanałów ściekowych... Jednym słowem totalne przeciwieństwo Bangkoku. O 8 rano na ulicach pusto, cieżko znaleźć coś do jedzenia. Wszystko ożywa ok. 10. I wtedy zaczyna sie Hardcore...;) nie da się przejść chodnikiem, a jak wyjdziesz na ulicę to pewnym jest że przejedzie Cię samochód... Pieszy dla nich nie istnieje... ...

Cztery...

Złapałem się dziś na tym, że zapominam co robiłem wczoraj... Każdy nowy dzień to taka dawka emocji i wrażeń, ze jedne prześcigają  drugie... Wczoraj po przylocie do Birmy, nie miałem już siły nic napisać... W sumie tez nic szczególnego się nie działo, bo to co chciałem zobaczyć w Bangkoku, to zobaczyłem, wiec w sumie szlajałem się bez celu.,trafił nawet do zoo, ale strasznie słabe to Zoo mają...  Ale za to polazłem na masarz stóp... Bo już mi odmawiają posłuszeństwa... Genialne, chociaż jak je Pani zobaczyła, to tylko głośno wciągnęła powietrze... Efekt średniej 40km dziennie...;) tak więc po masażu, jedzeniu i kolejnych porcjach soku, wsiadłem w taksówkę i na lotnisko... Wylot 20.15, wsiadłem o 17.00 tak na wszelki wypadek, choć GPS pokazywał 24km.. Jechałem 1.30... Masakra... Korki wszędzie. płacisz za autostradę, i stoisz w korku... Już miałem lęki ze nie zdążę... Udało się, i po dwóch godzinach byłem w Birmie... A Birma przywitała mnie lepkim, lekko stęchłym powietrzem, ci...

Trzy...

Obraz
Dziś trafiłem na poranny targ... Uwielbiam takie klimaty. Można zobaczyć co potem jesz, jak się zachowują ludzie, jakie relacje, emocje... Ogólnie miejsce trudno opisać ro co się tama dzieje... Można kupić wszystko co pływa w rzece... Węże, żaby, wszelkiego rodzaju ryby i diabli wiedza co jeszcze. Przyprawy, gotowe pasty, ryż w dziesięciu odmianach, mięso, warzywa i owoce... Obłędne. Żadnego przekrzykiwania, przepychania i chaosu. Skutery odbierające towar w alejkach w których ledwo miesiąc się dwoje ludzi, a mimo to nikt nie "rzuca kurwami". Cieżko było opuścić to miejsce... Potem poszedłem nad rzekę... Okazuje się że na przystani sprzedając się specjalnie spreparowany "chleb" do karmienia ryb, jako jakaś forma ofiary dla bogów... Ryby tam można łowić wiadrami... A przystań jest tuż obok targu...;) Obiad tym razem zjadłem pod mostem... Razem z "budowlańcami" którzy mieli akurat przerwę... Cztery stanowiska. Każde ma co innego do zaoferowania... Słodkoś...

Dwa...

Wstałem rano, bo bez sensu tak gnić w "hotelu"... Śniadanie zjedzone (ryż z mlekiem kokosowym i mango)' aparat w łapę, plecak na plecy i w trasę... Próbowałem odnaleźć wczorajsze miejscówki, które mijałem w nocy, ale okazało sie to nierealne... Przy moim chodzeniu, gdzie zamiast prosto do celu, zawsze wleze gdzieś w jakaś dziurę, czy boczną uliczkę... I kończy się to tym, że droga która normalnie ma 3km, i 30min, mnie zajmuje 2h, i robi się z niej 10km... W sumie dzisiaj wyszło mi jakieś 45km... I niestety gówniane adidasy narobiły odcisków... Może jutro dam stopy "rybą na pożarcie"...;) Znalazłem dzisiaj miejscówki, które mnie "zwaliły z nóg". Okazuje się że Tajowie, są bardzo uporządkowani i pracowici... Ktoś wpadł na genialny pomysł, i pogrupował wszystkie branże i warsztaty. Tak więc jak będziesz w Bangkoku potrzebować rożnego rodzaju łożysk, to idziesz na ulice " łożyskowa". Drewno, meble itd. to ulica "drewniana"... Sprzęgła ...

Dzień pierwszy...

Na razie bez zdjęć. Muszę ogarnąć problem z WiFi... W każdym razie wylądowałem... Z twarzy wyglądam jak "pół dupy zza krzaka", tylko mniej blado. Nawet kupiony wynalazek na lotnisku Doha, nie pomaga... A przecież płaciłem dewizami... Duszno, i smog okrutny... Po kilku chwilach kinol zapchany... Dostałem swoje w kolejce z wnioskiem o wizę, a potem znów po odbiór. Wiza do Birmy w trybie ekspresowym, ale dużo brzydsza niż Wietnamska... Może dla tego ze tańsza... W każdym razie nauczyłem się jeździć metrem i przechodzić przez jezdnie w "trybie angielsko/włoskim). Ci którzy piszą że kierowcy w Bangkoku jeżdżą jak szaleni, chyba nigdy nie byli w Rzymie, albo nie jeździli po wąskich uliczkach Amalfi... ;) różnica jest taka, że we Włoszech mandaty ucywilizowały kierowców, i Ci uznają światło stop, a na skuterach nie jeżdżą po chodnikach... ;) W każdym razie przez to zamieszanie z wizą, nie trafiłem dziś w żadne znane miejsce. Ale za to "pobłądziłem" trochę i znalaz...

trzynastego...

Wiadomo że 13'tego musiało się coś "wydarzyć".... Budziłem się w nocy idealnie co dwie godziny... Myślałem że to z nerwów, ale poranne spojrzenie w lustro wszystko wyjaśniło... To były trzy rundy z poduszką... I w którejś dostałem sierpem w lewy policzek. Spuchnięte dziąsło i brak pomysłu co dalej... Bo lecieć trzeba. Więc śniadanie, sprawdzenie czy w lodowce nie zostało nic co mogło by śmiej uciec pod moja nieobecność, gaz, korki, i w długą... Szybka odprawa na lotnisku (2min) przed zamknięciem, rentgen (reakcja celnika na sprzęt "o rety"), i celnicy... Chyba jednak nie spuchłem tak bardzo, bo przepuścili bez zastrzeżeń... No i samolot. Jaka miła różnica w porównaniu do "Tanich"... Sporo miejsca na nogi, poduszka, kocyk i DVD w zagłówku... Może  się uda przeżyć te 6h lotu...;););)   O ile żaden ruski żołdak nie popije.... :D
A tak wygląda moja "mapa życzeń"...
Obraz
Pierwsza próba pakowania... wyszło jakieś 20 kg... Jak sądzę... Najwięcej waży "sprzęt"... No ale po to jadę ;)
Obraz
Początek... Jakieś dwa lata temu napisałem sobie karteczkę... Na niej Azja i Kambodża... (tak jakby Kambodża leżała na biegunie). W każdym razie to była taka lista życzeń. I nadal jest. Jednak jedna z pozycji ma szanse się spełnić... Ruszam do Azji.. Pierwotnie miał być miesiąc w Tajlandii... Ale nie znoszę turystów... Japończyków którzy pstrykają jak lemingi, europejczyków którzy włażą zawsze w kadr, i amerykanów z tymi swoimi ipadami... Ogólnie wkurza mnie jak w spokoju nie mogę zrobić zdjęcia ;) No i trafiłem na bloga o Birmie... I tak się zaczęło planowanie... Miesiąc temu. Plan jest ambitny. Birma, Kambodża, Wietnam. W prawie trzy miesiące... Bo jak już człowiek płaci za bilet tyle kasy, to szkoda tego nie wykorzystać... Lecę sam, z aparatem i dobrym nastawieniem. ;) Po raz pierwszy poza Europę. Po raz pierwszy na tak długo... Mam nadzieję że "sraczka" nie pokrzyżuje moich planów.. ;)