Cztery...
Złapałem się dziś na tym, że zapominam co robiłem wczoraj... Każdy nowy dzień to taka dawka emocji i wrażeń, ze jedne prześcigają drugie... Wczoraj po przylocie do Birmy, nie miałem już siły nic napisać... W sumie tez nic szczególnego się nie działo, bo to co chciałem zobaczyć w Bangkoku, to zobaczyłem, wiec w sumie szlajałem się bez celu.,trafił nawet do zoo, ale strasznie słabe to Zoo mają... Ale za to polazłem na masarz stóp... Bo już mi odmawiają posłuszeństwa... Genialne, chociaż jak je Pani zobaczyła, to tylko głośno wciągnęła powietrze... Efekt średniej 40km dziennie...;) tak więc po masażu, jedzeniu i kolejnych porcjach soku, wsiadłem w taksówkę i na lotnisko... Wylot 20.15, wsiadłem o 17.00 tak na wszelki wypadek, choć GPS pokazywał 24km.. Jechałem 1.30... Masakra... Korki wszędzie. płacisz za autostradę, i stoisz w korku... Już miałem lęki ze nie zdążę...
Udało się, i po dwóch godzinach byłem w Birmie... A Birma przywitała mnie lepkim, lekko stęchłym powietrzem, ciemnością, taksówkarzem który zamiast kierunkowskazów używa klaksonu, i do tego prowadzi jako pasażer, mimo ze jeździ się po tej właściwej stronie...
Hostel, pokój bez okna, ale za to z zagrzybiona klimą, szybki prysznic i spać...
A rano...
Komentarze
Prześlij komentarz