Bagan, gdzie słońce wstaje najpiękniej...

Wstałem... Wszystko mnie boli. Kręgosłup, nogi, "siedzenie". No ale "spektakl" czeka... Prysznic, plecak z aparatem na plecy i w drogę... Po 5 km, znalazłem "stupę" na która dało się wejść, o się zaczęło... To rzeczywiście magiczne miejsce... Wschodzące słońce, poranna mgła i tysiące "kolczyków" w rożnych formach i rozmiarach... Zdjęcia tego nie oddają... Po raz pierwszy żałowałem, ze nie mam kasy... Na lot balonem... To dopiero musi być przeżycie... Ale jak sie nie ma co by sie chciało, to szuka się czegoś innego... Tak więc opuściłem pogodę, i polazłem się "zgubić"... Moje główne zadanie polegało na unikaniu wszelkich miejsc, gdzie jeździli turyści w swoich klimatyzowanych autokarach, małych busikach, i na elektrycznych skuterach... Tak naprawdę dzisiaj (czyli jutro) zdałem sobie sprawę że podczas tych dwóch dni w Bagan, i przejściu prawie 80km, nie widziałem ani jednego białego, który by chodził. Nie mowię oczywiście o zwiedzaniu sklepów z pamiątkami. W każdy razie, po zwiedzeniu części tak rozległego terenu, wróciłem do hotelu. Zimny prysznic, godzinna drzemka żeby przespać najgorsze słońce, i znów w "trasę". Tak naprawdę potnym porannym tourne, miałem już dość tych pagod... Jak człowiek widzi setną, czy tez dwusetną, to już potem jakoś tak nie robi to na nim wrażenia. Największe "łał" to jednak poranny spektakl. To zostaje w pamięci... Więc poszedłem poszukać tego co lubię najbardziej. Ludzi... Jakiś dziwny jestem... 
Popołudnie upłynęło na szlajaniu sie po nabrzeżnej "dzielnicy" Bagan, w której "biały" to atrakcja... A na koniec wlazłem na maszt telefonii komórkowej;) żeby zrobić zachód słońca. Przez chwile się zastanawiałem jak szybko przyjechała by policja....;););)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27