Sześć...
Kolejny dzień w Birmie... O świcie poszedłem do portu... To moje ulubione miejsce... Tam zjadłem śniadanie razem z tragarzami i tymi co przypłynęli z drugiego brzegu... Miasto powoli budzi się do życia, a za 2h hałas będzie tak wielki że człowiek nie będzie w stanie zebrać myśli... O 15 mam samolot do Mandalay, wiec ok. 12.30 muszę wyjechać z hotelu.. Jeszcze tylko "kafejka internetowa", gdzie przez 30 min. Udało się wysłać 5 zdjęć... Obłęd z tym netem... Chyba lepiej jak by go nie było... Przynajmniej człowiek by miał świadomość ze nie ma, i nie będzie fotek na fejsika przez najbliższy miesiąc... ;) dziś piałem sok, który ma wszystkie skok pod sobą... Ale za głupi jestem żeby powiedzieć co to było.. Chyba marakuja. Takie małe żółte, z czarnymi pestkami w środku...
Cieżko się przełamać by zjeść coś na ulicy... Szczególnie po tym jak się trafi na targ...;););)
Maynamar... Wylądowałem, znalazłem sobie busik. O omijając wszyskich naganiaczy po drodze... Niestety okazało sie zejdzie tez nim obleśny, spasiony pederasta, ze swoim Birmańskim "chłopakiem". Jestem tolerancyjny, ale seks turystyka mnie wkur...a. Bez względy czy klasyczna, czy ta mniej. Przyleciał taki rudy świniak, i myśli że za kasę kupi wszystko...
Nie rezerwowanego hotelu. Podaż pierwszy. Poprosiłem kierowcę żeby mnie wysadził gdzie gdzie są jakieś tanie hotele.. No o za drugim razem znalazł sie pokój. 50% taniej niż prze Booking.com...
To jeszcze szybko na "miasto", zjeść coś i zrobić wieczorny rekonesans. Bo to co widziałem przez okno samochody, napawało wielkim optymizmem... ;););)
"Boso ale w ostrogach"... I z uśmiechem... To Birma właśnie...
Komentarze
Prześlij komentarz