W krainie ruskich...
Niestety taka smutna prawda... Wszystko pod nich. Menu pisane cyrylicą, wszelkie informacje, drogowskazy, nazwy... Panoszą się obwieszeni złotem, zachowując się jak by byli panami świata...
Ale, trzeba było zagryźć zęby, i robić swoje... Rano z hotelu, ruszyłem skuterem do Mui Ne... pierwotnie było to moje docelowe miejsce, ale wczoraj nie miałem już siły, i ochoty na kolejne 20lm, bez gwarancji na tani nocleg. W kazdym razie poranne widoki były na "poziomie" ;) trafiłem na surferów, potem do rybackiej wioski, i zatoki, gdzie ilośc "zaparkowanych" łodzi powala na kolana...
Potem szlajalem się, w poszukiwaniu słynnych wydam i czerwonego kanionu. W międzyczasie jakis wietnamski wiesniak, ukradł mi ciastka, ktore mialm powieszone na haczyku skutera... Żeby gnój miał sraczkę przez tydzień... Wydmy znaleIone, ale światło, słabe, więc odpuściłem, i wrocilem późnym popołudniem. Kanionu nie znalazłem... Ale nie szkodzi... Coś tam się w sumie udało pstryknąć w ciagu dnia, wiec jak tylko bedzie ostre, to jest niezłe...
Wracając do hotelu, zasiadłem na bulwarze do kolacji. No bo gdzie zjeść owoce morza, jak nie nad morzem... "Restauracji" bardzo dużo... Ceny odrobine niższe niż w mieście. Do wyboru wszystko co daje morze, plus żaby, węże, krokodyle, i żółwie... Kg. Homara 50zł...
Ja wybalem skorupiaki z czosnkiem i masłem... A poprawiłem barracudą... Niestety bez szału. Chyba to nie był najlepszy pomysł na knajpę... Nie mam szczęścia...
Komentarze
Prześlij komentarz