Dzień w którym przestałem się uśmiechać...
... Ale po kolei...
Wyjechałem jakoś o 8 rano, po śniadaniu,mi nieudolnej próbie znalezienia pływającego marketu. Ale jakoś sie tym za bardzo nie zmartwiłem. ;)
Do przejechania jakieś 150 km. Licząc wszelkie "wycieczki" poza trasę. Cel - Ho Hi Minh. To był dobry pomysł na podróż.. W sensie zakup tego skutera. O ile wytrzyma. ;)
Dojechałem do Sajgonu, ok. 12, ale jeszcze godzinę zajęło mi dotarcie do hostelu. Ogromne miasto, pełne skuterów, samochodów, rykszy i wszelkiej maści pojazdów transportowych. Co dziwne, nie zauważyłem jakichś szczególnych korków. Glowne ulice szerokie, dobrze oznaczone i połączone. Przyjemnie sie jeździ. Łatwiej się poruszać skuterem niż, przejść przez trzy pasy jezdni ;)
Wjazd do miasta prowadził w załóż kanału, jednego z kilu jakie są w Sajgonie. Kanał wyglądał jak by ktoś wypompował z niego wodę, i wpuścił mazut. Czarna, gęsta i śmierdząca woda, a w niej kapiący sie ludzie, rybacy którzy siedzą na brzegu próbując coś złowić na obiad, a tuż obok skladowisko śmieci, i wylot ścieku... Masakra. Dziwne ze te ryby nie wyglądają jak w Czarnobylu.
Wylądowałem w "Dystrykcie 1". Czyli głównym centrum backpacerskim Sajgonu. Taki odpowiednik Khao San w Bangkoku. Ceny noclegów niestety mocno turystyczne, więc muszę się przemęczyć w dormie. Trudno. Po "zakwaterowaniu" w pudełku na buty, ruszyłem w miasto. Oczywiście z buta, bo tak najlepiej. Miasto jak każde w Azji. Będąc wcześniej w Bangkoku, Birmie i Kambodż, cieżko się zachwycać tymi samymi obrazkami. Dla kogoś kto jest pierwszy raz w Azji, widok ulicznego życia, robi warzenie. Ale i tak coś tam sobie znalazłem do "pstryknięcia" ;) Usiadłem na chwilę w małej i przyjemnej kafejce których jest tu mnóstwo, i wypiłem klasyk wietnamski. Kawę z lodem i skondensowanym mlekiem. Pyszne. Otrzeźwiony ruszyłem dalej. I tu napotkało mnie coś, czego nie doświadczyłem w żadnym innym miejscu Azji. Idąc sobie dość pustą ulicą, bo to czas "azjatyckiej siesty", trzymając aparat w ręku, i rozglądając się za ciekawymi kadrami, jakiś "psi chuj" próbował mi wyrwać moją kochaną zabawkę. Najpierw mnie minął, a potem zawrócił, i zrównowaszy się ze mną, złapał z pasek. Na moje szczęście, mam w aparacie pasek nadgarstkowy, jako dodatkowy, no i chwyt ręki mam też nie najgorszy. Kutas, jeszcze sie obejrzał, jak juz odjechał na bezpieczną odległość.
Nikt nie zareagował. Gdybym biegał ja Usain Bolt, to pewnie bym go gonił, a tak to dupa...
Mega wściekły i w mocnym szoku, poszedłem dalej. Ale teraz już bez uśmiechu, i ze zwiększoną czujnością. Nie czułem się już bezpiecznie. Co wiecej zauważyłem że mój aparat przyciąga nadmierną uwagę. Bardzo dużo spojrzeń ładowało na aparacie. I nie były to ciekawe spojrzenia, a raczej "szacunkowe"... Uśmiech wrócił gdy trafiłem na sklep ze sprzętem audio, a w nim nam B&W NAUTILUSA i pare innych ciekawych zabawek... Są rzeczy, których widok zawsze cieszy...
Wrocilem wieczorem do hostelu, zabrałem statyw, zauważyłem że nie mam powietrza w przednim kole, i pojechałem szukać przejazdu na drugi brzeg, z nadzią na ładna panoramę miasta. Nie udało się, ale trafiłem do ekskluzywnej dzielnicy z Top Hotelami, z Continentalem (najstarszy hotel w Wietnamie, i scenografia w filmie "Indiochiny") na czele. Postanowiłem że wrócę tam jutro, na kawę, żeby poczuć klimat dawnych czasów. ;) Na "spanie" mnie nie stać. ;););)

Komentarze
Prześlij komentarz