Dzienniki motocyklowe - walka z idiotami...

Jako iż wczoraj nie udało się wykonać planu, dziś miałem do przejechania 40 km wiecej. 
Plan był taki by w drodze do Pleiku, zachaczyć o "CAFFE VILAGE" w Buan Ma Thuot. Czyli taki "Showroom" producenta kawy, która stała się dla mnie nr.1. Droga do Buan nienajlepsza, ale w sumie udałeś ie dojechać dość szybko. I na tym konec,,bo znalezienie tej miejscówki graniczyło z cudem. W cafejkach w których serwowano ichniejszą kawę, nikt nic nie wie. Lokalsi tez nie,mtak bardziej ze po Angielski ani w ząb. Udalom mi sie przypadkim trafić do fabryki, a tam znów walka z cięciem. Bo nie wpuści i tylko macha rękoma. Zaparłem się, i tłumaczę że skoro on nie gada,mto niech mnie zaprowadzi do kogoś kto gada. Albo zadzwoni po taką osobę. 20 minut dyskusji, wymachiwania rękoma, i w koncu udało się. Przyszła Pani sekretarka. I tłumaczy mi że to fabryka, i ze wstępu nie ma.
Ja jej na to że wszystko rozumiem, ale szukam ich sklepu firmowego, i nie mogę go za cholerę znaleźć. Narysowała mi mapę, bo jak się okazało, adres który dostałem z oficjalnej strony na FB, był błędny. Udało się w końcu trafić. Miejsce przyjemne, idealne do delektowania sié kawą, czy tez herbata. Niestety muzeum kawy było nieczynne, na temat produkcji ich kawy nikt mi nie był w stanie nic powiedzieć, a na domiar złego, zamiast kawy którą zamówiłem, Pani mi przyniosła icecoffe. Normalnie wsystko mi opadło. Nie da sie normalnie. Zawsze coś nie tak. Wypiłem, bo i tak była dobra, wsiadłem na "ścigacza" i w drogę. W sumie straciłem jakieś cztery godziny, a zadowolenie nikłe. I teraz zaczęła sié walka. Wczoraj droga przez dżunglę, dziś dżungla na drodze. Jak na złość cała trasa w remoncie. Głownie dziury, przetykane asfaltem, do tego odcinki szutru, po którym sie jeździ masakrycznie, i jeszcze stara gliniana droga. Czasem zdążał się asfalt, nowiutki świeżutki, ale za chwile się kończył nieoznakowanym uskokiem, i zmianą nawierzchni na szutr, albo ser szwajcarski. 
Generalnie chwila nieuwagi, i pewne jest, że wpadniesz w dziurę, albo ktoś w ciebie wjedzie. Raz juz myślałem że po mnie, albo w najlepszym razie po kole. Za czymś się obejrzałem, i jak Niw spojrzałem na drogę, idealnie przecena była wielka dziura. Przygrzmociłem okrutnie... Cud, że niczego nie rozwaliłem, i że udało się nie wywalić. To penie zasługa wczorajszej szkoły. A do tego wszystkiego idioci w ciężarówkach autobusach, i autokarach. Robią sobie wyścigi, zapieprzaja ja popaprani po tych drogach,mwszystko w pyle i kurzu. Nic wtedy nie widać, a przez takich debil trzeba się ratować poboczem, ktore jest masakrą jakąś. Znów sie nie udało dojechać na miejsce. Zabrakło 40km.male miałem dość. Temperatura wieczorem spada do jakichś 12", a do tego pizdzi jak w kieleckim. No i jazda po ciemku, po takiej drodze,mto za duże ryzyko. Udało sie znaleźć jedyny hotel w mieścinie, z ceną dość wysoką, ale stargowalem trochę, zreszta i tak nie było wyjścia. 
Zrzuciłem rzeczy, zobaczyłem się w lustrze i wybuchałem simiechem. Jak bym wyszedł z kopalni. Opłukałam sié, i polazłem poszukać czegoś do jedzenia... Szału nie było, wiec skończyło się na wietnamskich naleśnikami, a poprawiłem jakimś badziewiem z grilla. Kupiłem jeszcze jakieš ciastka, wypiłem kawę o do hotelu. Trzeba było uskutecznić plan na jutro. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27