Kampot
Tak jak pisałem wcześniej wylądowałem na 3 dni w małym miasteczku, 40km od morza. Przedostatnia miejscówka w Kambodży. Miasteczko małe, pełne francuzów, knajp i guesthous'ów prowadzonych przez Europejczyków. Sporo pozostałości kolonialnej architektury, po wcześniejszych okupantach.
Gdyby o to zadbać i oczyścić ze wszelkiej maści badziewia, mogłoby to byc naprawdę urocze miasteczko. A tak, jest jak zwykle ;) Wypożyczyłem skuter na dwa dni, żeby pozwiedzać okolicę, bo to właśnie okolica jest najważniejsza. Tak więc pierwszego dnia pojechałem do Parku Narodowego, skuszony zdjęciami nieczynnego kasyna, i opuszczonego kosicola. A także wodospadu i ciekawych widoków. Droga do parku genialna. Równy, szeroki asfalt, wijący sie pod górę, przez prawie 30km.. Aż się prawie popłakałem, że zamiast skuterem, nie jadę resorakiem... Idealna droga, by poszaleć... A poza tym, jak to zwykle bywa rozczarowanie. Na górze zimno i mgła taka że nic nie widać, kościół, jak kościół. Dość malowniczo wpisany w krajobraz. Kasyno jakis głupek "odrestaurował", tzn. usunął cała patynę, i otynkował na nowo.
Bo w środku nadal pustak i ruina. Pewnie pomalują go na beznadziejny żółty kolor.
Dzięki temu, cały klimat poszedl w pizdu. Pojechałem dalej, i skuszony kolejnymi atrakcjami zostawiłem skuter, i ruszyłem zwiedzać park z buta. Przeszedł 20km, i nic ciekawego nie zobaczyłem. No może poza formacjami skał, ukształtowanych przez wiatr w przedziwne kształty. Ale do fotografowania słabo... Wrociłem po skuter, i do miasteczka. Dla zabawy, z górki zjechałem na wyłączonym silniku.. ;) a i tak się rozpędziłem do 70km/h. Wróciwszy do miasteczka, pojechałem na solne farmy. Po obejrzeniu w tym roku na Planet DOC, dokumentu o takich farmach w Indiach, bardzo się ucieszyłem że zobaczę to na własne oczy. Niestety trafiłem na początek "sezonu"... Żeby sfotografować cały etap, musiał bym siedzieć w tej mieścinie z pół roku. Umarłbym z nudów...;) ale i tak sie cieszyłem... Udało sie nawet zrobić kilka zdjec... ;)
Dzien drugi, to wyprawa na plantację pieprzu. Bo tylko tu pieprz ma swój certyfikat, tak jak wino we Włoszech, czy sery we Francji. Sama plantacją przypomina trochę winnice. Pieprz tez rośnie jako pnącze, w równych odstępach i rzędach. Tylko że jak juz wyrośnie wystarczajaco duży, to przesadza sie go, i i krzaki rosną wokół ceglanego cylindra. Fajnie to wyglada. I fajnie jest zjeść pieprz prosto z krzaka. Jednak ceny "próbek" zabija... Od 10$ za 100g. Można kupic, klasyczny czarny, ale tez i czerwony, i biały. No i oczywiście swierzy zielony. ;)
Po wizycie w krainie pieprzu, pojechałem pozwiedzać jaskinię. Fajna, duża. Po raz pierwszy w życiu widziałem tyle nietoperzy w jaskini. Zreszta w ogóle taką ilośc.
Potem powrót do miasteczka, jeszcze trochę szlajania się po okolicy, szukając ciekawych kadrów, i do hostelu. Na kolację owoce morza w zielonym pieprzu, od spania.
Trzeci dzien to takie szlajanie bez celu. Wszytko co sie dało to juz widziałem, więc dzień upłynął na czytaniu i łażeniu. Następnego dnia rano, ruszyłem do Kep.
Komentarze
Prześlij komentarz