Dzienniki motocyklowe - walka o przeżycie...
Decyzja zapadła by ruszyć w drogę. Na mapie znalazłem jakaś lokalną drogę, dzięki czemu przez połowę trasy uniknę głównej drogi.
Pobudka o 7, o 8.30 już w trasie, po śniadaniu i tankowaniu.
Droga prosta, wiec nie powinno byc problemów. Teoretycznie.
Kilka kilometrów za miastem, droga odbija w lewo i prowadzi gruntową wersją... Ale widoki ładne, pola, góry i wioski. Wszystko jak należy. Aż do momentu, gdy droga skończyła sie brodem, ma tyle głębokim że skuter nie da rady.
Chwila konsternacji co dalej. Ale zobaczyłem że druga stroną rzeki lokalsi jeżdżą. Więc gdzieś musi być droga, albo most. Most sie znalazł, chwile pózniej. Przejeżdżałem nawet koło niego, ale był w taki stanie, i tak idealnie zlał się z otoczeniem, że go nie zauważyłem... Chwila zawahania, zebranie w sobie odwagi zeby na niego wjechać, i do przodu... Ciekawe uczucie... Okazało się że to dopiero zapowiedź tego co mnie czeka... Dalej droga prowadziła lenśmym duktem, "przecinką" pod trakcję, stokami tak stromymi że miałem wrażenie że nie podjadę, i ścieżkami ktore składały się głownie z kolein... Ale to i tak był tylko przedsmak tego co mnie czekło pózniej.
Po przedarcia się przez ten specjalny odcinek, wyjechałem na elegancki asfalt, świerzo położony, tuż przy robotach drogowych. Panowie musieli mieć niezłe miny, jak im tak nagle wyskoczyłem niewiadomo skąd. Szczęśliwy że przetrwałem skrót, odkręciłem manetkę gazu do oporu i w długą. Droga pusta, asfalt gładki, wije się mocno po stoku. Słońce swieci, kawowe plantacje wokół, jest fajnie... I tak sobie jadę przed siebie, szukając jakiejś wioski i mechanika. Bo tradycyjnie problem z dźwignia.
Mechanik się znalazł w uroczo położonej wiosce plantatorów kawy. Konsultacje po obraniu "problemy" i w koncu pierwszy który zaproponował wymianę części na nową. Cena niestety niezbyt fajna, ale miałem juz dość problemów z tą przekładnia, i wizytu u mechaników co 100 km...
Pan powidzial, a raczej pokazał 2h, więc ja aparat, i w wioskę. Miałem nadzieję że znajdę jakieś miejsce gdzie wypiję kawę, ale sie nie udało. Więc skończyło sie tylko na zdjęciach... Po jakieś godzinie wrocilem do "Warsztatu", gdzie czekał na mnie zrobiony "motór"
Zadowolony ruszyłem dalej. Świeży asfalt, czasem beton, droga miła i przyjemna. Do czasu, aż przed oczyma ukazała mi sie ściana skał. I koniec drogi. Wrocilem 20km, do mijanek wioski, i z tej strony był drogowskaz. Z tej właściwej nie było, bo i po co. Zatankowałem, wypiłem kawę i ruszyłem dalej. I tu zacżela się "przygoda". A rączej walka o przeżycie, dojechanie w jednym kawałku, i nie rozwaleniu skutera, bo nie pozostało by mi nic innego jak zostawiać go w dżungli... To był chyba najgorszy "hardcore" mojego życia.
Szlaki w Tarach są bardziej przejezdne niż "droga" którą jechałem. Bardziej przypominało to "kozią" ścieżkę. Wąska, momentami tak stromo, że bałem się iż fiknę przewrót w tył. Błoto, brody z wodą do połowy łydek, koleiny, głazy i kamienie. I dżungla, która Cię atakuje z każdej strony. Niewiele brakło, a stracił bym oko, a bambus przebiłby mi tchawicę. Dwa razy mało co się nie wywaliłem tak na poważnie, bo i tak prawie całą drogę jechałem ratując się nogami... Kilka razy zahaczyłem jakimiś elementami skutera o kamienie, prawie urwałem tylny hamulec, a przedni ledwo źipał. Pod koniec, błagałem żeby się już skończyło. Naprawdę miałem dość. I do tego jeszcze stres czy wystarczy paliwa.
Zachciało się przygody. Gdybym miał jakiekolwiek doświadczenie w crossie, i do tego odpowiedni motor, pewnie było by ciekawiej. A raczej mniej stresująco. Żałowałem że nie mam kamery (choć pewnie bym ja zaraz stracił) i kompletu ochraniaczy pełnym kaskiem.
Ostatni fragment jechałem ścieżką tak wąską i zarośnięta, że ocierałem się prawie o drzewa, a bambusy atakowały z każdej strony. W sumie odcinek 20 km, jechałem ponad 4h. W ciagu 10h, przejechałem niecałe 100km... A w planie miałem 160... Jak już wyjechałem w jakiejś wiosce, mało nie skakałem z radości. Zatankowałem, i dalej. Tym razem droga kończyła sie przeprawą promem. Pewnie gdybym przyjechał z dwie godziny pózniej, było by po przeprawie. A tak miałem piękny zachód słońca nad rzeką. ;) zaczął się wyścig z czasem... Pierwsza większa wioska, do której dojechałem już po ciemku, i przerwa na jedzenie... Zupa, i dalej w drogę, po noclegu żadnego. Zostało mi 35km. 35 km, pokrętnej górskiej drodze, pełnej dziur, kamieni i idiotów za kierownica. A zamiast lampy, świeczka. Bo w skuterze nie ma alternatora, i lampa działa jak w maluchu. Zamontowałem latarkę jako dodatkowe oświetlenie, chwilę po tym, jak zgasły mi światła i nie widziałem gdzie jadę, gdzie jest droga, a gdzie przepaść. To było bardzo gwałtowne hamowanie. A niedługo pózniej, latarka uratowała mnie od wjechania do rzeki. Bo droga kończyła się przeprawą promem, ale tym razem przyjechałem za późno. Po kolejnych 25km, i godzinie jazdy, zmarznięty, mega zmęczony dotarłem do jakiejś mieściny gdzie był hotel. Ku mojej wielkiej radości, bo w perspektywie miałem dwie opcje. Jazdę kolejne 50km po nocy, albo spanie gdzieś w krzakach. Żadna nie napawała optymizmem. Zameldowanie, kawa, jedzenie i spać. Jutro dalej. Cała ta przygoda zakończyła się tylko zadrapaniami, oparzeniem, połamanym płatnikiem i przebitą oponą. Bardzo niewiele jak na to co przeżyłem... ;)













Komentarze
Prześlij komentarz