CHILE - RUTA 51 #CHILE #ARGENTYNA #RUTA51 #DESERT #ANDY
Wyruszyłem o 9. Trochę później, ale trzeba było jeszcze zatankować.
Pierwsze 100km, ok. Droga ładna, słońce świeci... Dojechałem do skrzyżowania i skręciłem na opcjonalną trasę. Zrezygnowałem po 20km.. Droga dramat, a ja muszę oszczędzać auto. A sporo drogi przede mną..
Zawróciłem, i już bez "zbaczania" dojechałem do Laguny Miscanti. Piękne.. Widoki zapierają dech w piersi.. Zaraz obok jest druga. Szkoda tylko że nie ma Flamingów, mimo iż to niby ich laguna i rezerwat. W każdym razie warto było przyjechać. Co ciekawe, bilet wstępu kosztował "tylko" 3000peso, a nie 20000 jak do Laguny Chaxa. A ta dużo ładniejsza.. ;) Po sesji, powrót na główną trasę, i jazda do granicy.. Jeszcze 50 km, i kończy się asfalt. Niestety zaczyna się gruntówka.. Tempo jazdy spada, ale za to widoki zachwycają. I zmieniają się z każdym zakrętem, z każdą minutą. Pogoda znów "fotogeniczna". To co się wyprawia na niebie, przechodzi wszelkie wyobrażenie... Jeszcze tylko dłuższy przystanek przy Piedras Rojas, i jazda dalej. Niestety sprzęgło zaczęło mnie niepokoić.. Do tego auto się grzeje jak cholera. Decyzja. Jechać do granicy 50km, czy wracać 200 do mechaników. Opcja pierwsza wygrała, bo przecież i tak nic nie zrobią patałachy. I nawet jak bym stracił czas na ponowną naprawę, to zero gwarancji że tym razem zamontują właściwe sprzęgło, a nie znów od czegoś co może pasować. Więc jadę z duszą na ramieniu, ogrzewanie włączone na full, okna otwarte. Piekarnik. Ale trzeba jechać Droga słaba, 50-60km, to max. Ilość postojów na zdjęcia spada z każdym wciśnięciem sprzęgła. Doszło do tego że wbijałem 1, a potem od razu 4, albo 5. I jechałem jak automatem.. Byle dojechać, byle oddać auto. Dotarłem do granicy. Tam miła niespodzianka, bo spotkałem celnika, którego rodzice byli Polakami. I on się też tak poczuwa. Więc pogadaliśmy, zmarnowaliśmy czas, i pojechałem dalej. Droga niestety dramatyczna.. Tarka, dziury. 20km/h to max., a czasem i za dużo.. A pogoda.. Ołowiane chmury na widnokręgu. Zaraz siadzie mi bateria, a zasilacz się zesrał. Nie będzie nowych wpisów. A ten uzupełnię.
I stał się cud.. ;) "Naprawiłem" zasilacz przy pomocy otwieracza do konserw i noża. ;)
Bo jedyna szansa gdzie ewentualnie można takowy kupić, to Buenos Aires. Kolejna przewaga podróżowania po Azji. Tam bym kupił na każdym rogu. i to jeszcze pewnie w kolorze do wyboru ;)
Uzupełniam więc...
Po drodze mijam jeszcze gościa z urwanym kołem. Widać może być jeszcze gorzej...
Naprawdę mu współczuję. Do najbliższej wiochy 100 km. Czyli jakieś 4h jazdy osobówką. Przy dobrych "wiatrach" będzie czekał 7-10h. O ile jego żona znajdzie lawetę.
to zdarzenie jeszcze bardziej mnie dobiło. I przyprawiło o kilka nowych siwych włosów..
Zapomniałem jeszcze napisać o Japończyku, który jechał na rowerze, a który odprawiał się przede mną. Skubany przejechał całą Amerykę. A zaczął w Meksyku. I kończy w Ushuaia. Nie wiem ile mu to zajęło. Szacun. Ale lekko nie będzie miał, bo droga naprawdę masakryczna, a pogoda zaczyna być coraz ciekawsza. Widać jak wszędzie wkoło zbierają się czarne chmury. Takie naprawdę ołowiane. I zaczyna się błyskać.. A ja jadę w to "oko cyklonu".. No i widoki.. Znów obłęd. Kolory, kształty.
Robi się ciemno, a jest dopiero 19. i zaczyna się armagedon. Czegoś takiego nie przeżyłem nigdy. Takiej ilości błyskawic, w tak bliskiej odległości.. Do tego wiatr, grad, deszcz.. Temp. na zewnątrz spadła do 5'. Aż się prosi wysiąść, i zrobić zdjęcie, albo nakręcić film. Niestety było by to mega głupie, i mogła by to być ostatnia rzecz jaką zrobiłem w życiu. W samochodzie przynajmniej jest bezpiecznie, nawet jak piorun trafi. Wyłączyłem radio, telefony, i jadę dalej, próbując przejechać przez tę apokalipsę.. ;) Niestety burza postanowiła mi "potowarzyszyć". Więc przez dwie godziny jechałem 20m/h w ciemności, modląc się by nie zesrała się skrzynia, a pioruny waliły w trakcję, albo wszędzie indziej, tylko nie w auto..
Ale widowisko przednie. ;)
W końcu udało się wyjechać z burzy. Przynajmniej z epicentrum, bo waliło dalej, na szczęście już tylko gdzieś z tyłu i z boku.
Teraz decyzja. Spać gdzieś po drodze w aucie, czy jechać dalej. Do Salty raczej szans nie ma po tej drodze, bo to jeszcze 250km, ale do San Antonio mam 100.. Jadę. Serpentyny, jazda w dól i w górę. I tylko błyskawice rozświetlają kontury gór, i przez chwilę widzę co tracę. Choć może to i lepiej, bo przynajmniej serce nie boli, że trzeba jechać bo sprzęgło..
Wróciłbym do Chile, i nakopał mechanikom..
Dotarłem do SA, tuż przed 22. Teraz znaleźć jakieś spanie, bo naprawdę nie mam ochoty spać w samochodzie. Marzy mi się prysznic.. Cały w kurzu jetem przez tę jazdę z otwartymi oknami..
Pierwszy full. Albo Panie mają w dupie obcokrajowców.
Szukam dalej. Jest następny. 300 peso. Szlag. Ale nie ma prysznica, śniadania. Targuję. Stanęło na 200. Szkoda prysznica, ale jest późno, i szanse na znalezienie czegoś innego nikłe. Umyłem się w umywalce, i do spania.. Ulga. Jutro już "tylko" 150km... A jedna z najniebezpieczniejszych dróg Ameryki za mną ;)
Pierwsze 100km, ok. Droga ładna, słońce świeci... Dojechałem do skrzyżowania i skręciłem na opcjonalną trasę. Zrezygnowałem po 20km.. Droga dramat, a ja muszę oszczędzać auto. A sporo drogi przede mną..
Zawróciłem, i już bez "zbaczania" dojechałem do Laguny Miscanti. Piękne.. Widoki zapierają dech w piersi.. Zaraz obok jest druga. Szkoda tylko że nie ma Flamingów, mimo iż to niby ich laguna i rezerwat. W każdym razie warto było przyjechać. Co ciekawe, bilet wstępu kosztował "tylko" 3000peso, a nie 20000 jak do Laguny Chaxa. A ta dużo ładniejsza.. ;) Po sesji, powrót na główną trasę, i jazda do granicy.. Jeszcze 50 km, i kończy się asfalt. Niestety zaczyna się gruntówka.. Tempo jazdy spada, ale za to widoki zachwycają. I zmieniają się z każdym zakrętem, z każdą minutą. Pogoda znów "fotogeniczna". To co się wyprawia na niebie, przechodzi wszelkie wyobrażenie... Jeszcze tylko dłuższy przystanek przy Piedras Rojas, i jazda dalej. Niestety sprzęgło zaczęło mnie niepokoić.. Do tego auto się grzeje jak cholera. Decyzja. Jechać do granicy 50km, czy wracać 200 do mechaników. Opcja pierwsza wygrała, bo przecież i tak nic nie zrobią patałachy. I nawet jak bym stracił czas na ponowną naprawę, to zero gwarancji że tym razem zamontują właściwe sprzęgło, a nie znów od czegoś co może pasować. Więc jadę z duszą na ramieniu, ogrzewanie włączone na full, okna otwarte. Piekarnik. Ale trzeba jechać Droga słaba, 50-60km, to max. Ilość postojów na zdjęcia spada z każdym wciśnięciem sprzęgła. Doszło do tego że wbijałem 1, a potem od razu 4, albo 5. I jechałem jak automatem.. Byle dojechać, byle oddać auto. Dotarłem do granicy. Tam miła niespodzianka, bo spotkałem celnika, którego rodzice byli Polakami. I on się też tak poczuwa. Więc pogadaliśmy, zmarnowaliśmy czas, i pojechałem dalej. Droga niestety dramatyczna.. Tarka, dziury. 20km/h to max., a czasem i za dużo.. A pogoda.. Ołowiane chmury na widnokręgu. Zaraz siadzie mi bateria, a zasilacz się zesrał. Nie będzie nowych wpisów. A ten uzupełnię.
I stał się cud.. ;) "Naprawiłem" zasilacz przy pomocy otwieracza do konserw i noża. ;)
Bo jedyna szansa gdzie ewentualnie można takowy kupić, to Buenos Aires. Kolejna przewaga podróżowania po Azji. Tam bym kupił na każdym rogu. i to jeszcze pewnie w kolorze do wyboru ;)
Uzupełniam więc...
Po drodze mijam jeszcze gościa z urwanym kołem. Widać może być jeszcze gorzej...
Naprawdę mu współczuję. Do najbliższej wiochy 100 km. Czyli jakieś 4h jazdy osobówką. Przy dobrych "wiatrach" będzie czekał 7-10h. O ile jego żona znajdzie lawetę.
to zdarzenie jeszcze bardziej mnie dobiło. I przyprawiło o kilka nowych siwych włosów..
Zapomniałem jeszcze napisać o Japończyku, który jechał na rowerze, a który odprawiał się przede mną. Skubany przejechał całą Amerykę. A zaczął w Meksyku. I kończy w Ushuaia. Nie wiem ile mu to zajęło. Szacun. Ale lekko nie będzie miał, bo droga naprawdę masakryczna, a pogoda zaczyna być coraz ciekawsza. Widać jak wszędzie wkoło zbierają się czarne chmury. Takie naprawdę ołowiane. I zaczyna się błyskać.. A ja jadę w to "oko cyklonu".. No i widoki.. Znów obłęd. Kolory, kształty.
Robi się ciemno, a jest dopiero 19. i zaczyna się armagedon. Czegoś takiego nie przeżyłem nigdy. Takiej ilości błyskawic, w tak bliskiej odległości.. Do tego wiatr, grad, deszcz.. Temp. na zewnątrz spadła do 5'. Aż się prosi wysiąść, i zrobić zdjęcie, albo nakręcić film. Niestety było by to mega głupie, i mogła by to być ostatnia rzecz jaką zrobiłem w życiu. W samochodzie przynajmniej jest bezpiecznie, nawet jak piorun trafi. Wyłączyłem radio, telefony, i jadę dalej, próbując przejechać przez tę apokalipsę.. ;) Niestety burza postanowiła mi "potowarzyszyć". Więc przez dwie godziny jechałem 20m/h w ciemności, modląc się by nie zesrała się skrzynia, a pioruny waliły w trakcję, albo wszędzie indziej, tylko nie w auto..
Ale widowisko przednie. ;)
W końcu udało się wyjechać z burzy. Przynajmniej z epicentrum, bo waliło dalej, na szczęście już tylko gdzieś z tyłu i z boku.
Teraz decyzja. Spać gdzieś po drodze w aucie, czy jechać dalej. Do Salty raczej szans nie ma po tej drodze, bo to jeszcze 250km, ale do San Antonio mam 100.. Jadę. Serpentyny, jazda w dól i w górę. I tylko błyskawice rozświetlają kontury gór, i przez chwilę widzę co tracę. Choć może to i lepiej, bo przynajmniej serce nie boli, że trzeba jechać bo sprzęgło..
Wróciłbym do Chile, i nakopał mechanikom..
Dotarłem do SA, tuż przed 22. Teraz znaleźć jakieś spanie, bo naprawdę nie mam ochoty spać w samochodzie. Marzy mi się prysznic.. Cały w kurzu jetem przez tę jazdę z otwartymi oknami..
Pierwszy full. Albo Panie mają w dupie obcokrajowców.
Szukam dalej. Jest następny. 300 peso. Szlag. Ale nie ma prysznica, śniadania. Targuję. Stanęło na 200. Szkoda prysznica, ale jest późno, i szanse na znalezienie czegoś innego nikłe. Umyłem się w umywalce, i do spania.. Ulga. Jutro już "tylko" 150km... A jedna z najniebezpieczniejszych dróg Ameryki za mną ;)
Komentarze
Prześlij komentarz