ARGENTYNA - Z duszą na ramieniu... #ARGENTYNA #CHILE #SALTA
Dziś końcówka. 150 km, i Salta.
Jadę. Na śniadanie suchary. Po wczorajszy dnu bez obiadu i kolacji (też tylko paczka sucharów), nie jest dobrze. Ale wszytko pozamykane. Kolejny minus.. W Azji potykałbym się o "jedzenie". Trudno.
Zaraz na rogatkach policja. Myślałem że rutynowa kontrola. ale nie. Coś tam gadają po hiszpańsku. Jedyne co zrozumiałem to że ostrzegają. Diabli wiedzą przed czym.
Początek jak wczoraj. Ale po jakichś 10km, moim oczom ukazuje się piękna, równa asfaltowa serpentyna.. Radość ogromna, i wizja dojechania do Salty w trybie szybszym niż 10h..
Niestety radość przedwczesna. Po 300m, objazd. Znów moja ulubiona nawierzchnia. Niestety tym razem sporo kałuży na niej. A każda kałuża, to wiązka przekleństw.. Bo cały czas pamiętam co się stało jak przejechałem przez błoto w Chile.. Ale jechać trzeba. Jest co prawda inna trasa, ale to 100km więcej. Więc zaciskam zęby, nie zmieniam biegów, klnę i jadę. Ja po gruntowej tarce pełnej dziur, a obok błyszczy równiutki asfalt.. I tak przez 20km. Godzinę później objazd się skończył, i znów można się cieszyć jazdą. I znów w głowie myśl. Szkoda że nie ma resoraka..
Radość, jak to ma w zwyczaju, nie trwa długo. Wczorajsza burza, spowodowała lawinę błotną.. Pierwszy raz coś takiego widziałem z bliska. A potem nawet prawie ugrzęzłem. Ale po kolei. Wyjeżdżam z za zakrętu, a tam spychacz i koparka na drodze. A drogi nie ma.. Wszędzie błoto i kamienie.. Powyginana i połamana barierka, zniszczona nawierzchnia, i jedynie wąski fragment zdatny do jazdy. Tak sobie przypomniałem o wczorajszej chęci jechania do Salty.. Głupi ma jednak szczęście. Opcja łagodna, dojeżdżam do zablokowanej dogi, i śpię w aucie. Wersja "The End". Lawina zabiera mnie z drogi... Może by ktoś się dokopał do zdjęć, i zrobił wystawę pośmiertną ;)
Przejechałem, zostawiłem auto na poboczu, i wracam zrobić foty. Niestety dojść się nie da, bo błoto po kostki. Szukam obejścia, i walę przez lawinę ;) Po kamieniach. Do momentu jak jeden się nie "schował", a moja noga nie zapadła do pół łydki.. Próba oswobodzenia skończyła się na utopieniu drugiej nogi. Na szczęście udało się wyrwać z błocka, i cały uwalony wróciłem do samochodu. Tam przy pomocy wody mineralnej jako tako obmyłem buty, i w drogę. 80km, bez wody. ;) A słońce grzeje. Auto się zresztą też.. Nie wiem co z tym złomem. Może go przegrzałem, albo to efekt 5l ropy którą go zatankowałem na granicy Argentyńsko-Chilijskiej. Bo jakiś mądrala benzynę nazwał nafta. I jak się pytam o naftę, to koleś i mi pokazuje diesla.
W każdym razie jadę dalej, co chwila zwalniając i klnąc, bo kałużą, bo lawina, bo błoto..
A ja mam sprzęgło, które zaczyna się coraz głośniej odzywać.
W końcu koniec, ale za to droga tak wąska że jeden samochód mieści się z niewielkim zapasem. No i skończył się asfalt. Za to dla uzupełnienia wrażeń, pojawiają się ciężarówki. Które zapieprzają, wzbijając tumany kurzu. Po przejeździe takiego molocha, przez minutę/dwie nic nie widać. A czasami za nią jedzie zaraz druga, albo inne auto. Dbają o poziom adrenaliny..
Jadę, klnę, a widoki za oknem piękne.. Tylko zatrzymać się nie ma jak.. Nawet na chwilę, by zrobić zdjęcie mostu kolejki wąskotorowej, przyklejonego do zbocza góry.. Piękny widok. Sporo takich zostanie tylko dla mnie. Bo zdjęcia albo nie odzwierciedlają tego co widać, albo nie dało się zrobić.
W końcu masakra się kończy, a zaczyna droga. Teraz już prosto do Salty. Jeszcze tylko myjnia, bo jak oddam takie auto, to mnie wyrzucą. Znalazłem gdzieś w centrum handlowym. Tym sposobem zwiedziłem kompleks handlowy, bo trzeba było poczekać 1.5h na "komplet".
Auto czyściutkie, pachnące. Można oddawać. Niestety jest po 13. Sjesta. Próbuję się dodzwonić. Nic. Zostawiam auto, idę zjeść. Wracam i jest Pani. Zdziwiona że dwa dni przed czasem.
Mówi że nie ma problemu, oddadzą kasę. Super. 40$ w kieszeni. Idziemy oglądać auto. Ja spokojny, bo z zewnątrz luz. Gorzej jak podniesie maskę ;) Albo przyczepi się do sprzęgła. Jednak Pani coś znalazła. Jakieś porysowania na klapie (to pewnie Ci cholerni mechanicy), i jakąś ryskę przy klamce. trudno. Reszta ok. Zostawiam na chwilę plecak, i lecę kupić bilet do Mendozy.
Niestety znów niefart. Na dziś już nie ma. Najwcześniej jutro na 15.30 i to ostatni w pierwszej klasie.
Biorę, i biegiem szukać hostelu, bo mam 15min, zanim pani zamknie wypożyczalnię, i mój plecak.
Udało się. Co prawda w innym niż ostatnio, ale też jest ok. Choć bez basenu. ;)
Wracam po plecak, kwity i pytam o kasę. Nie dostanę. Bo rysy. Chrzanić to. Ważne że auto oddane..
Znów dzień pełen wrażeń i improwizacji. A na koniec zepsuł się zasilacz do laptopa. Szlag by to trafił. Poleciałem czegoś poszukać, ale szans żadnych. Może jutro.. Albo w Mendozie...
Jadę. Na śniadanie suchary. Po wczorajszy dnu bez obiadu i kolacji (też tylko paczka sucharów), nie jest dobrze. Ale wszytko pozamykane. Kolejny minus.. W Azji potykałbym się o "jedzenie". Trudno.
Zaraz na rogatkach policja. Myślałem że rutynowa kontrola. ale nie. Coś tam gadają po hiszpańsku. Jedyne co zrozumiałem to że ostrzegają. Diabli wiedzą przed czym.
Początek jak wczoraj. Ale po jakichś 10km, moim oczom ukazuje się piękna, równa asfaltowa serpentyna.. Radość ogromna, i wizja dojechania do Salty w trybie szybszym niż 10h..
Niestety radość przedwczesna. Po 300m, objazd. Znów moja ulubiona nawierzchnia. Niestety tym razem sporo kałuży na niej. A każda kałuża, to wiązka przekleństw.. Bo cały czas pamiętam co się stało jak przejechałem przez błoto w Chile.. Ale jechać trzeba. Jest co prawda inna trasa, ale to 100km więcej. Więc zaciskam zęby, nie zmieniam biegów, klnę i jadę. Ja po gruntowej tarce pełnej dziur, a obok błyszczy równiutki asfalt.. I tak przez 20km. Godzinę później objazd się skończył, i znów można się cieszyć jazdą. I znów w głowie myśl. Szkoda że nie ma resoraka..
Radość, jak to ma w zwyczaju, nie trwa długo. Wczorajsza burza, spowodowała lawinę błotną.. Pierwszy raz coś takiego widziałem z bliska. A potem nawet prawie ugrzęzłem. Ale po kolei. Wyjeżdżam z za zakrętu, a tam spychacz i koparka na drodze. A drogi nie ma.. Wszędzie błoto i kamienie.. Powyginana i połamana barierka, zniszczona nawierzchnia, i jedynie wąski fragment zdatny do jazdy. Tak sobie przypomniałem o wczorajszej chęci jechania do Salty.. Głupi ma jednak szczęście. Opcja łagodna, dojeżdżam do zablokowanej dogi, i śpię w aucie. Wersja "The End". Lawina zabiera mnie z drogi... Może by ktoś się dokopał do zdjęć, i zrobił wystawę pośmiertną ;)
Przejechałem, zostawiłem auto na poboczu, i wracam zrobić foty. Niestety dojść się nie da, bo błoto po kostki. Szukam obejścia, i walę przez lawinę ;) Po kamieniach. Do momentu jak jeden się nie "schował", a moja noga nie zapadła do pół łydki.. Próba oswobodzenia skończyła się na utopieniu drugiej nogi. Na szczęście udało się wyrwać z błocka, i cały uwalony wróciłem do samochodu. Tam przy pomocy wody mineralnej jako tako obmyłem buty, i w drogę. 80km, bez wody. ;) A słońce grzeje. Auto się zresztą też.. Nie wiem co z tym złomem. Może go przegrzałem, albo to efekt 5l ropy którą go zatankowałem na granicy Argentyńsko-Chilijskiej. Bo jakiś mądrala benzynę nazwał nafta. I jak się pytam o naftę, to koleś i mi pokazuje diesla.
W każdym razie jadę dalej, co chwila zwalniając i klnąc, bo kałużą, bo lawina, bo błoto..
A ja mam sprzęgło, które zaczyna się coraz głośniej odzywać.
W końcu koniec, ale za to droga tak wąska że jeden samochód mieści się z niewielkim zapasem. No i skończył się asfalt. Za to dla uzupełnienia wrażeń, pojawiają się ciężarówki. Które zapieprzają, wzbijając tumany kurzu. Po przejeździe takiego molocha, przez minutę/dwie nic nie widać. A czasami za nią jedzie zaraz druga, albo inne auto. Dbają o poziom adrenaliny..
Jadę, klnę, a widoki za oknem piękne.. Tylko zatrzymać się nie ma jak.. Nawet na chwilę, by zrobić zdjęcie mostu kolejki wąskotorowej, przyklejonego do zbocza góry.. Piękny widok. Sporo takich zostanie tylko dla mnie. Bo zdjęcia albo nie odzwierciedlają tego co widać, albo nie dało się zrobić.
W końcu masakra się kończy, a zaczyna droga. Teraz już prosto do Salty. Jeszcze tylko myjnia, bo jak oddam takie auto, to mnie wyrzucą. Znalazłem gdzieś w centrum handlowym. Tym sposobem zwiedziłem kompleks handlowy, bo trzeba było poczekać 1.5h na "komplet".
Auto czyściutkie, pachnące. Można oddawać. Niestety jest po 13. Sjesta. Próbuję się dodzwonić. Nic. Zostawiam auto, idę zjeść. Wracam i jest Pani. Zdziwiona że dwa dni przed czasem.
Mówi że nie ma problemu, oddadzą kasę. Super. 40$ w kieszeni. Idziemy oglądać auto. Ja spokojny, bo z zewnątrz luz. Gorzej jak podniesie maskę ;) Albo przyczepi się do sprzęgła. Jednak Pani coś znalazła. Jakieś porysowania na klapie (to pewnie Ci cholerni mechanicy), i jakąś ryskę przy klamce. trudno. Reszta ok. Zostawiam na chwilę plecak, i lecę kupić bilet do Mendozy.
Niestety znów niefart. Na dziś już nie ma. Najwcześniej jutro na 15.30 i to ostatni w pierwszej klasie.
Biorę, i biegiem szukać hostelu, bo mam 15min, zanim pani zamknie wypożyczalnię, i mój plecak.
Udało się. Co prawda w innym niż ostatnio, ale też jest ok. Choć bez basenu. ;)
Wracam po plecak, kwity i pytam o kasę. Nie dostanę. Bo rysy. Chrzanić to. Ważne że auto oddane..
Znów dzień pełen wrażeń i improwizacji. A na koniec zepsuł się zasilacz do laptopa. Szlag by to trafił. Poleciałem czegoś poszukać, ale szans żadnych. Może jutro.. Albo w Mendozie...
Komentarze
Prześlij komentarz