ARGENTYNA - Aconcagua, czyli 6 dni w wersji "k..a nie dam rady", i 2 w wersji "ja pie..czę, jak jak tam wlazłem" #ARGENTYNA #ACONCAGUA #MOUNTAIN #TREKKING #Confluencia #PlazaDelMulas #NidoDelCondor
Dzień pierwszy - DOBRE ZŁEGO POCZĄTKI...
Starujemy. 7 rano wyjazd z Mendozy, prawie cztery godziny jazdy przez winnice, i kręte andyjskie drogi.
Przed 12 jestem w Puenta del Inca. Jeszcze tylko uzupełnić wodę w sklepie, i coś przekąsić. Do pierwszej bazy, mam jakieś 3h drogi.
Plecak na garb, i w drogę. Zobaczymy jak się spiszą buty, których nie miałem okazji "rozchodzić".
Początek nie najgorszy, ale to tak naprawdę dopiero dojście do granic parku. Potem jeszcze kawałek parkiem i dochodzę do "granicznego" mostu. To tu kończy się amatorka, a zaczyna zabawa...
Ale i dramat.. Słońce które do tej pory fajnie grzało, daje się mocno we znaki, plecak niestety zaczyna mocno ciążyć, a droga robi się mocno kamienista i nierówna. powoli też zaczyna działać wysokość. W końcu to prawie 3000m n.p.m A to jeszcze nawet nie połowa. Iść trzeba. Najważniejsze to złapać rytm. Coraz bardziej pod górę, i coraz więcej kamieni... A coraz mniej tlenu, i wody.
W końcu, po 5h, dość zmęczony docieram do Confluencia. Zrzucam plecak, chwila oddechu i konfrontacja ze strażnikiem. Zdziwiony czemu nie mam worka na śmieci, i nie zostałem "odhaczony" za wejście do parku. Jakoś nikt mnie nie zaczepił ;)
Konsultacja przez radio, worek na śmieci i krótka instrukcja korzystania z parku. (za zgubiony worek na śmieci, albo oddanie pustego 100$ kary). Jeszcze tylko obowiązkowe badanie ilości tlenu we krwi i ciśnienia, i mogę iść rozbijać namiot.
Też nie testowany wcześniej, kupiony na allegro 3tyg, przed wyjazdem. Ale był lekki i całkiem tani ;)
Chwila zastanowienia, walki z wiatrem i w końcu się udało. Chyba jako jedyny użyłem śledzi ;) Zresztą po raz ostatni, bo już się do niczego nie nadawały ;)
Niestety, pierwsze rozbicie namiotu oblałem. Do środka wchodziłem przez "otwór wentylacyjny", lub jak ja to nazwałem "spiżarnię" ;) Ale już mi się nie chciało przekładać tropiku. W końcu to tylko jedna noc. Teraz kolejny test, tym razem kuchenki i jedzenia. Dziś dzień "prawiczka". ;)
Kuchenka odpaliła, woda się zagotowała, zjadłem "ryż po meksykańsku" i na dokładkę muesli.
W końcu nie było obiadu.
Mata nadmuchana, śpiwór rozłożony, można iść spać. Buty okazały się łaskawe... ;)
Dzień drugi - 72kg, 23kg, 21km, 11h, 50' 0,7l...
Tak to mniej więcej wygląda.
Dziś droga do Plaza del Mulas.
Najdłuższy odcinek do przejścia na całej trasie.
Wystartowałem o 8. Po śniadaniu, zaopatrzony w wodę (0,7l)
Droga zaczyna się ostrym zejściem w dół, przejściem przez mostek (drugi na całej trasie), potem znów dość ostro w górę i dalej już korytem rzeki. Do przejścia dziś 21km. Według opisu, 8h.
Niestety opis jest dla tych "turystów" którzy korzystają z agencji i cały dobytek mają transportowany od Puenta del Inca do Plaza del Mulas na mułach.
Ja, w ramach wali z systemem idę od początku sam. Bez agencji, przewodników, tragarzy.
Moje 72kg, i 23kg plecak..
I niestety tylko 0,7 wody, która już się kończy. A to dopiero niecała połowa trasy.
Co z tego że rzeka płynie obok, jak woda błotnista...
Doczłapałem się do "Shit Rock", lub też "Skały płaczu". Nie mogę się zdecydować na nazwę.
Pierwsza bo jest to pierwsze miejsce w miarę odsłonięte od ludzkiego widoku. I tym samym wykorzystane jako publiczna toaleta. A druga wersja, to dla tego że od tego miejsca zaczyna się dramat. Do bazy zostało teoretycznie 4h, ale za to cały czas pod górę. Prawie kilometr podejścia.
10km... A za mną już 4h marszu.
Plecak ciąży strasznie, słońce wali okrutnie (jest jakieś 50', bo cienia brak), wody nie ma, a żele energetyczne niewiele pomagają.
Chwila na oddech, i trzeba iść dalej z nadzieją że po drodze znajdę jakaś wodę.
Zaczyna się. Ostro w górę, spore kamienie i brak oddechu. Myślałem że jestem przygotowany kondycyjnie na tę wyprawę. W końcu chodziłem na siłownię. Może niezbyt regularnie, ale jednak. W zeszłym roku przed EBC, nie ćwiczyłem nic. Ale jak widać wiek robi swoje. I dodatkowe 6kg też.
No nic. Jak to mówią "maszeruj albo zdychaj"... Więc maszeruję. Jakoś ta opcja bardziej mi odpowiada. Po 11h, wykończony docieram do bazy. Niestety nie udało się uzupełnić wody po drodze.
Zrzucam plecak, łapię oddech, i rozkładam namiot. Tym razem prawidłowo. ;) Teraz jeszcze trzeba się zameldować u strażnika, i idę szukać wody.
U strażnika dostaję "shit bag", z przykazaniem zwrotu po zejściu z góry, i nakaz wykupienia u dowolnej agencji turystycznej obsługi na śmieci, i dostępu do wody i toalety. Miało być tanio. Przełknąłem przekleństwo i poszedłem szukać "comercial". Okazało się że za wodę i kibel żądają 50$ za dzień. No totalnie ich poj..o. Płacę za pozwolenie wejścia na szczyt jakieś chore pieniądze, a w zamian nie dostaję nic. W bazie nie ma dostępu do wody, do kibla. Nie ma żadnej infrastruktury, jak choćby głupiego stołu, czy ławki żeby można było odpocząć. Wszystko pod komercję.
Powiedziałem żeby się pocałowali w dupę, i poszedłem szukać dalej. Skończyło się tym, że znalazłem strumyczek z czystą wodą, i tym sposobem mogłem zjeść obiado-kolację. Wykończony idę spać. Jutro dzień odpoczynku i aklimatyzacji...
Dzień trzeci - AKLIMATYZACJA JEST DLA MIĘCZAKÓW...
Miałem się aklimatyzować, i odpoczywać, ale wstałem o 8, i czułem się całkiem dobrze. Tak się trochę pokręciłem niezdecydowany, zjadłem śniadanie, i zacząłem kombinować co dziś...
Ale jak tak kombinowałem, to widziałem tych wszystkich ludzi którzy się zbierali, pakowali i szli w górę, lub dół.. No i nie wytrzymałem ;)
Spakowałem dobytek, zrobiłem zapas wody, kupę na złość komercji w ich toalecie i w drogę. Cel baza CANADA.
Jeszcze tylko załatwić gdzieś przechowanie zbędnego jedzenia i statywu. Musiałem z niego zrezygnować, bo to prawie 2kg, a jak się okazało po wieczornym "rachunku sumienia" i doświadczeniach z dwóch dni, jedzenia miałem za dużo przynajmniej o 2/3.
Udało się dogadać z jakąś agencją. A no i jeszcze butla z gazem, bo rano była przykra niespodzianka, i ledwo zagotowałem wodę. Trochę mnie to przeraziło, bo przecież tak naprawdę zagotowałem w sumie może z 1.5l wody. A butla powinna wystarczyć na znacznie więcej. Może to wpływ wysokości..?
Kupione, można iść. Podręcznikowo 3h. Zakładałem 5. Dotarłem w 4. Całkiem nieźle, zważywszy że droga cały czas naprawdę stromo w górę. i to po takim gównianym żwirowym podłożu. No ale prawie 4kg mniej na barkach;)
Plaza Canada, to kawałek płaskiego miejsca na wysokości 5050m n.p.m, osłoniętego z jednej strony skałą. Z pięknym widokiem na ośnieżone Andy, i dolinę Horcones.
Zmęczony, ale zadowolony przytupuję do klasycznych działań ;) Namiot, materac, śpiwór. Jako iż jest dopiero 14, a ja niedawno jadłem śniadanie, i nawet zostało i trochę wody, robię sobie "relaks" z widokiem na Andy. Godzinka, i trzeba iść po wodę. Bo w bazie nie ma, i są dwie opcje. Albo znajdę strumyczek, albo będę topił śnieg. Znalazłem skupisko Penitentes, czyli tzw. milczących pokutników.
To taka wersja sopli. ;) Tylko są śnieżne, wyrastają z ziemi i wszystkie są pochylone w jednym kierunku. Wschód-Zachód.
Obyło się bez topienia śniegu. Słońce zrobiło robotę za mnie, więc mnie pozostało tylko napełnić bidon i termos. Co by dwa razy nie chodzić.
Wracam do namiotu. Dziś na obiad Risotto Bałkańskie. Problemem zaczyna być ból głowy, który robi się coraz bardziej intensywny. Jako iż ja z reguły nie zwracam na coś takiego uwagi, bo też i nie miewam, to znaczy że wysokość daje o sobie znać... Pierwsze objawy.
Biorę na przeczekanie. Trochę drzemki poobiedniej, trochę relaksu z książką. Nie przechodzi.
Wziąłem Duramid. Po raz pierwszy. i poszedłem spać. W nocy myślałem że mnie zwieje razem z namiotem. Wiatr zapieprzał, jakby go diabli gonili.. Na szczęście dobrze się "przywiązałem" do kamieni.
A ból ustąpił. Gdzieś nad ranem chyba ;)
Dzień czwarty - CZYLI DZIEŃ JAK CO DZIEŃ...
Głowa nie boli. Apetyt jest. Słońce świeci. Znaczy się pełen sukces i można iść. ;)
Rano jest zimno. Dopóki słońce nie wylezie, to nie chce się wyłazić z namiotu ;)
Ale jak już zaświeci, to jest fajnie.
Poczekałem i o 10 ruszyłem do Nido del Condor. 500m przewyższenia. Droga trochę po zamarzniętych polach lodowych, trochę po tym cholernym żwirze. A trochę trzeba się przeciskać przez Penitentes'y... Początek mocno stromy, stok bardzo mocno nachylony, a trawersy wcale nie takie gęste.. Dwa kroki w przód, jeden w bok. Noga się uślizguje non-stop.
Problemem jest też wybór "ścieżki". Bo niestety jest ich widocznych kilka, a czasami kilkanaście. Bo każdy idzie jak chce. A są ścieżki "podchodzące" i "schodzące"/ Wybierzesz źle. będziesz przeklinać.
Wybierzesz dobrze, będziesz szedł dłużej. Życie.
Wybrałem pośrednio. Nie że specjalnie, ale tak wyszło. Początek dobrze, a potem trafiłem na lodowe pole. I trzeba się było męczyć, żeby nie wpaść w dziurę, albo nie skręcić nogi w kostce. I tu znów sprawdziły się buty. O ile na lodzie, wiadomo słabo. ale to normalne, na takim zamarzniętym śniegu naprawdę spisały się bez zarzutu..
Dobry zakup.
Po 4h dotarłem do bazy. Niby nie daleko, ale brak tlenu, plecak i zmęczenie robią swoje.
Moje tępo zaczyna wyglądać na zasadzie "dwa kroki, oddech".
Nie jest najlepiej.
To kolejna baza na "aklimatyzację".
Rozbijam namiot, topię śnieg, bo tu już wody nie ma, mimo iż słońce świeci.
Obiad, i relaks. Dziś była Paella. Porcja dla dwóch osób. Nie dałem rady zjeść całej..
Spać. W nocy robi się zimno. Temp. spada do jakichś -10'. No i wieje dość mocno.
Ale śpię całkiem nieźle...
Dzień piąty - NA BERLIN!!!
Nie aklimatyzuję się. Czuję się dobrze, choć trochę zmęczony.
Ale nie zauważam żadnych oznak choroby wysokościowej, apetyt w miarę dopisuje, a do Berlina mam 400m przewyższenia.
Idę. To chyba dobra decyzja była. Do bazy docieram po 4h, mimo iż droga męcząca. To szło się bez większych dramatów. 5930m n.p.m. Robi się wysoko. Tak jeszcze nie byłem. ;)
Po drodze minął mnie przewodnik z klientem. Na oko ok.60l. No cóż. Później się spalę ze wstydu. ;)
Standardowe powitanie, ale spytał czy wszytko ok. jak zobaczył moje częste przystanki na złapanie oddechu i uspokojenie serca.
Pośmiałem się że idę wolno, ale do przodu. Jak 4x4. Nie jak Ferrari. ;)
Oni swoim tempem, ja swoim. Do bazy dotarłem chwilę po nich. ok.15. I rozbiłem się obok. Bo to dobre miejsce było.
W "Berlinie" w sumie spało niewiele osób. Chyba większość wybrała Plaza Colera, który jest wyżej 40m, ale podobno droga ataku jest początkowo łatwiejsza.
No cóż. To już bez znaczenia, bo namiot rozbity, a śnieg się topi.
Przy okazji okazało się, że problem z kuchenką, to kwestia uszczelki. Jest za gruba, i nie otwiera się zawór bezpieczeństwa w butli. Musiałem podziękować uszczelce, i ryzykować gotowanie bez.
Dziś na obiad Risotto Bałkańskie. Nie dałem rady. Nie ma apetytu. a samo jedzenie śmierdzi chemią...
Nie zjadłem. Pogadałem z zaprzyjaźnionym przewodnikiem, dla którego idolem jest Kukuczka, i poszedłem na drzemkę.
W ramach wmuszenia w siebie jedzenia, zrobiłem sobie leguminę ryżową.
I to była dobra decyzja. Dałem radę przełknąć, mimo iż risotto odbijało mi się do rana.
No do 4, bo tak wstałem, nie śpiąc prawie wcale...
Nerwy i wysokość dają się we znaki...
Dzień szósty - GRANICE WYTRZYMAŁOŚCI
Dziś "atak" na szczyt. Do przejścia prawie kilometr w pionie, gdzie tlenu prawie nie ma, do tego temperatura dość minusowa, wiatr, niewyspanie. I problem z wiecznie zatkanym nosem. Nie wiem co się dzieje. Może to przez to powietrze. Suche jak szlag..
Od 3 słychać już ruch w obozie. Gotowanie, gwar, krzątanie. Ludzie się szykują do wymarszu.
Ja miałem plan wyruszyć o 5. Tak zdecydowałem po rozmowie z moim "zaprzyjaźnionym" przewodnikiem... On rusza po 6, bo nie lubi zimna ;)
Wylazłem z namiotu o 4, lekko zaniepokojony gwarem. Myślałem że może zrobił mnie w przysłowiowego "konia". Bo wiadomo że takich jak ja się nie lubi. Nie daję im zarobić.
Na zewnątrz jakieś -30... Nie wieje, więc jest znośnie. Trzeba tylko zagotować wodę, i coś zjeść.
W ramach walki z brakiem apetytu, zaserwowałem sobie Peronin. Czekoladowy.
Niby jedna porcja zapewnia 2/3 zapotrzebowania organizmu na energię. No i dobrze się wchłania. Konsystencja budyniu, ale dość smaczne, i nie było problemu ze zjedzeniem. Woda w bidon, najcieplejsze skarpety, ogrzewacze, łapawice puchowe, do tego bielizna merino, i moja najlepsza kurtka. Yeti Torre.
Mogę iść.
4.30. Ciemno, gdzieś w dali widać światła czołówek. I pierwsze wątpliwości. Którędy iść. Na początku jeszcze odnajdujesz jakiś szlak, ale zaraz potem wchodzisz na skały i dupa. Nic nie widać.
Robi się nie wesoło. Obieram kierunek na "azymut", czyli gdzieś na świecące latarki. I idę. W duchu się modlę, żeby nie wpieprzyć się w jakąś szczelinę, albo nie spaść w przepaść. Na szczęście, szósty zmysł pozwolił mi przejść przez skały, i znów trafić na wydeptany szlak. Udało się nawet kogoś tam wyprzedzić. Po raz pierwszy na całej trasie. Jednak nie jest ze mną tak żle. Idąc na "pusto" jak wszyscy, daję radę utrzymać dobre tempo. Przynajmniej na razie.
Ale za to pojawia się nowy problem. Stopy. Czuję jak drętwieją mi palce z zimna. Pieprzone skarpetki i jeszcze bardziej posrane ogrzewacze. Kupiłem teoretycznie najcieplejsze i najlepsze skarpetki na rynku. Słynne SmartWool. Z wełny merynosów. Cud i mistrzostwo świata. Gówno prawda. Przy -30, palce zmarzły mi momentalnie. Nic nie pomagało. A już na pewno nie kolejny durny zakup, czyli ocieplacze. A raczej nieocieplacze. Według producenta, wystarczy przykleić do skarpetki na wysokości palców, i po pięciu minutach grzeją przez 7h. Nie grzały nawet przez minutę. Zaczęły grzać, jak je wyjąłem na postoju i wsadziłem do plecaka. Super, tylko po co mi ogrzewany plecak..? Naprawdę niewiele brakło, a byłbym odmroził palce, albo wracał do namiotu.
Na szczęście na postoju, w Independencia (6350m), gdy słońce już trochę wyszło za gór, udało się jakoś przywrócić krążenie. Choć było to ciężkie, gdy na zewnątrz -20... No cóż. Błąd taki, że nie miałem żadnego termosu z gorącą wodą. Pewnie by pomogło znacznie lepiej.
W każdym bądź razie, po 20 min. odpoczynku, idę dalej. Słońce świeci coraz milej, a ja nie zabrałem okularów. Ani kremu, i pomadki do ust. Za duże roztargnienie. Następnym razem zrobię Checklist'ę... ;)
Droga coraz bardziej stroma, znów ten gówniany żwir. Ale idę. Powoli, ale do przodu. Kolejne 2h.
Aż dochodzę do lodowych połaci. Wszyscy grzecznie się zatrzymują, i zakładają raki. Ale nie ja. Jedyna rzecz której nie kupiłem z premedytacją. Szkoda mi było pieniędzy na jednorazowy zakup. No i kolejne kilogramy. No dobra. Pół kilo ;)
Przeczekałem aż przejdzie większa grupa i trochę "rozchodzi" szlak. I ruszyłem za nimi.
Nie było żle. Powolutku, na spokojnie. Zresztą i tak nie byłem w stanie iść szybciej. Kolejne metry, kolejny postój na złapanie oddechu. I przerażenie w oczach, na widok który zobaczyłem. Droga na szczyt. Stroma, kamienista, szutrowa, lodowa. Tuż przed kolejnym "punktem bazowym" Canaleta. Za mną 5h marszu. A ja mam dość. Mimo puchowej kurtki, dwóch warstw bielizny, mam dreszcze. A słońce świeci, i jest raczej w ok. 0', niż na dużym minusie.
GPS pokazuje, że do szczytu mam jakieś 800m, 300m w pionie, i że zajmie mi to 8min. Żartowniś.
Zajęło mi to 5h. Dotarcie do Canaleta, to 1h. A to tylko 150m. Tam chwila oddechu i obserwacje innych. Największy szok, to Rosjanin, który szedł z przewodnikiem. Ogólnie szła ich grupa ok. 8os, Ale ten jeden miał swojego osobistego opiekuna.
Mniej więcej od połowy drogi, obserwowałem jak gość się słania na nogach, co chwilę siada, odpoczywa i ledwo oddycha. Jeszcze gorzej niż ja. I co robi przewodnik.? Faszeruje go jakimiś dragami. Plus Tylenol. Ważne by klient dotarł na szczyt. Jak potem, wracając spotkałem tego przewodnika, już na ostatnim odcinku drogi, tuż przed Confluenci'ą, powiedział że wracali 6h. Czyli byli w bazie ok.23. Ale klient zadowolony. tylko jakim kosztem..?
I tak sobie siedziałem, obserwowałem, i myślałem o nagrodzie jaką sobie fundnę jak mi się uda.
Że pójdę do naprawdę dobrej restauracji w Mendozie, i zjem wielki kawał mięsa, popiję to pysznym winem, i doprawię świeżym sokiem pomarańczowym.. Marzyciel się znalazł...
Po krótkim odpoczynku, zbieram resztki sił, i idę dalej Nie nastraja optymizmem widok ludzi, którzy ruszyli jakieś 20 min. wcześniej, a przeszli raptem 30-40m... Idę. Choćby nie wiem co, trzeba iść. By dotrzeć, by się nie poddać na ostatnich metrach. By zdobyć szczyt. Najwyższy obu Ameryk.
Więc idę. I te ostanie 400m, szedłem 4h. Ledwo. Dwa kroki w górę, jeden w bok, 5min na złapanie oddechu. Ostatnie metry, to już naprawdę chyba tylko siłą woli. Gdy dotarłem na szczyt, nie mogłem uwierzyć że mi się udało. Gdybym za każdym razem, gdy mówiłem "nie dam rady" dostawał 10zł, nie musiał bym grać w totka. Po raz kolejny doświadczyłem co znaczy ludzki umysł, i do czego zdolne jest ludzkie ciało. Nigdy w życiu nie bylem tak wykończony. A czekało mnie jeszcze zejście.
Marzyłem w tym momencie o paralotni. To było by coś pięknego. tylko kto by ją tam wniósł..? ;)
Trochę zdjęć, "hołd" dla Klary, i w dół. Bo już 16, a za chwilę pewnie będzie ciemno.
Droga w dół, wcale nie była łatwiejsza. Bardzo niebezpiecznie, luźne podłoże, trzeba mocno uważać, żeby nie zjechać na plecach w dół. I znów buty sprawdziły się mistrzowsko. Pomogła też mocna asekuracja kijkami.
Mniej więcej po godzinie schodzenia, czyli fragmencie który zajął mi 4h podejścia, zaczęła się psuć pogoda. Momentalnie wróciły wspomnienia z powrotu do Argentyny z Atacamy.
Przyspieszyłem, na tyle ile byłem w stanie. I ścigałem się z chmurami.
Jeszce tylko krótki przystanek w Independencia, gdzie zrobiłem coś bardzo złego. Upiłem dwa łyki z butelki napoju, którąś ktoś zostawił. Zapewne na powrót. Ale uratowało mi to życie, bo moja woda dawno się skończyła, a witamina C i glukoza zdziałały cuda. Usprawiedliwiam się tym, że napój już prawie zamarzł. i upiłem naprawdę tylko dwa łyki. Ale zachowanie i tak chujowe.
Burza mnie goni, robi się zimno, ciemno i nieprzyjemnie. Ale malowniczo. Więc trzeba jeszcze chwilę poświecić na fotki. Bo przecież to jeden z celów podróży.
Mam dwa aparaty. Canona 5DSR (dzięki uprzejmości Canon Polska) i Sigmę Merrill DP1...
Maluch na wszelki wypadek, jako podręczny i Canon jako ten do zadań specjalnych. Niestety noszenie go na szyi w takich warunkach jest bardzo niewygodne. Dla tego każde zdjęcie warte zachodu, to zdejmowanie plecaka, i wyciąganie aparatu. I utrata nie tyle cennych minut, co rytmu...
Ale warto zawsze ;) Są pewne priorytety.. ;)
Jeszcze tylko godzina z grado-śniegiem na "plecach" i docieram do bazy. Po drodze wskazując drogę, zbłądzonemu turyście..
I tu najprzyjemniejsza rzecz jaka mi się przytrafiła. Gdy przechodziłem obok namiotu Mr.Kukuczki, odsunął się zamek, i wychyliła się ręka z kanapką. Krakers z Chorizo.
Jak w "Helikopterze w Ogniu". Gdy hindusi witali Amerykanów w bazie ONZ szklankami zmrożonej wody. Dla takich chwil warto żyć i podróżować. A takich ludzi szanować.
Wczołgałem się do namiotu, zrzuciłem plecak, i kurtkę. Niestety mój namiot nie jest dostosowany do przechowywania tak dużego plecaka. Więc musiałem go schować do szałasu, bo pogoda się psuła strasznie, a nie chciałem by zamókł. Przy okazji znalazłem saszetkę rozpuszczanej oranżady. To to samo co wypiłem chwilę wcześniej. "Wymieniłem" się na dwie paczki moich energetyków. Choć nie sądzę żeby to ktoś zostawił na "później".
W każdym razie zagotowałem wodę, wlałem do termosu, i wsypałem pół torebki. Bo cała to na litr.
I takie gorące wypiłem. Witamina C i glukoza. A za "oknem" zamieć.
Idę spać. Szczęśliwy, ale nieziemsko zmęczony. Dziś spałem wyjątkowo dobrze, mimo zawiei, wiatru , zimna i wysokości. Udało się.
Miałem ogromne szczęście do pogody. Świeciło słońce, w dniu ataku było tylko -30, a nie -60 jak mogło. I nie wiało bardzo mocno.
Los się do mnie uśmiechnął.
Jutro zejście.
Dzień siódmy - BYLE NIŻEJ...
Wstałem ok.8. Dość późno jak na mnie i warunki. Ale wczorajsza walka, zrobiła swoje.
Na spokojnie pakowanie, i zwijanie obozu. Na śniadanie legumina ryżowa, i w drogę. Do Plaza del Mulas jak się uda. Plecak dużo cięższy niż wczoraj, ale idę. Nogi trochę dają znać o sobie, stopy niestety też. Przez te kretyńskie "nieocieplacze" czuję że odgniotłem śródstopie.
Droga znów męcząca, mimo iż cały czas w dół. Ale najpierw kamienie, potem lodowe pole, a na końcu to cholerne strome zejście po żwirze do Plaza del Mulas. Wcale nie jest łatwiej. Ale po 6h, udaje się dotrzeć do bazy. Już z góry upatrzyłem sobie miejsce na namiot, więc rozbicie go to tylko formalność. Ale nie spieszy mi się. Choć mój zaprzyjaźniony przewodnik, śmiejąc się pogania. I poleca Lomo de Biff w barze. Skusiłem się, mimo ceny. I na Colę. Najdroższa Cola w moim życiu.
Ale dobrze mi zrobiła. Kanapka super, A litr Coli to zawsze "napój bogów" ;)
Wracam do namiotu, uzupełniam zapasy wody na jutro, odbieram po drodze zostawione jedzenie i statyw.
Przeraża mnie wizja targania tego z powrotem. Zostawiam 6 paczek jedzenia, tego które mi już obrzydło, czyli risotto i paella. Przepakowuję plecak, tak by rano być gotowym do drogi.
Książka, relaks.. Jeszce tylko badanie, i oddać "shit-bag". Do lekarza kolejka. Ale stojąc w niej, znów obserwuję sobie ludzi. Tych "komercyjnych" klientów. Wśród nich i polaków... Łatwo ich rozpoznać. Niestety.
Ale tym razem przebili ich inni. Okazuje się że najważniejszą rzeczą na wysokości ponad 4000m, to idealne rzęsy i wyskubane "wąsy". O makijażu nie wspomnę (Rosjanka). Natomiast dla Azjatki (chyba Japonka) najważniejsza jest maseczka na twarzy...
A poza tym standard. W pełni wyposażona kuchnia, zawodowy kucharz, zimna Cola i inne napoje, owoce, przekąski, kelnerzy... A gdzie satysfakcja z wyzwania..? Z poświecenia i wysiłku.? Jakoś nie umiem tego zaakceptować. Zapewne za kilka lat, dla tych którzy zapłacą będzie opcja na helikopter. Na sam szczyt. By mogli wysiąść z butlą tlenową pod pachą, zrobić sobie selfie i podpisać "Zdobyłem najwyższy szczyt ameryk"... Smutne.
Na szczęście kolejka przeszła i Pani doktor zaprasza. ;) Teraz jeszcze "gównoworek". Niestety pół godzinne czekanie na nic się nie zdaje. Nie ma strażników. Spróbuję jutro. Jak się nie uda, zostawię pod drzwiami.
Wracam do namiotu, spotykam "kumpla", oddaję mu nadwyżki jedzenia i idę spać.
Ciężko zasnąć. A niebo nade mną piękne. Próbuję uwiecznić, ale nad astrofotografią muszę jeszcze popracować. ;)
W ramach walki z bezsennością - lektura. Kindle to jednak super wynalazek ;)
Dzień ósmy - NAJCIĘŻSZY POWRÓT W ŻYCIU
Ostatni odcinek. Powrót do Puenta del Inka. Przynajmniej spróbuję. Bo wiem co mnie czeka. To ten najdłuższy fragment trasy. Nie udało się zastać strażników, więc zostawiam "Shit-Bag" pod drzwiami i ruszam w drogę. Jest 9. O 16.45 mam autobus do Mendozy. Dobrze by było na niego zdążyć.
Ale po pierwszych kilometrach wiem że nie dam rady. Idzie się źle, plecak znów ciąży, mam wrażenie że wchodzę, a nie schodzę. A w głowie myśl, jakim cudem ja tam wlazłem..
To co było "dobiciem" na końcu trasy, a jest teraz "wykończeniem" na początku. Góra, dół, góra, dół.
Kamienie, piasek, żwir. Ciężkie buty, słońce. Chciało by się już być na końcu. Ale tu jeszcze spory kawałek. Docieram po 3h do "skały płaczu". Odpoczynek. Po chwili słyszę "Mr. Kukuczka".. ;)
Uśmiech na twarzy. to moi starzy znajomi. Wracają, ale na lekko, w lekkich butach. No cóż. Chciałem przygody, to mam. Nie ma co narzekać. Dosiedli się, poczęstowali racjami żywnościowymi. Zaproponowali podwiezienie do Mendozy. Powiedziałem że nie ma sensu, bo oni za szybko idą. Ale zobaczymy. Ja ruszam, oni jeszcze odpoczywają.
teraz już po płaskim. Dobre tempo. To chyba ta wizja podwózki. I teoretycznie 2h. do celu.
Niestety tempo siada, buty po przeprawie przez rzekę, dają o sobie znać, nogi i plecy bolą coraz bardziej. A słońce nie przestaje palić.
Po 7h, docieram do bazy Confluencia. Moi znajomi już tam są, i za chwilę ruszają dalej.
Ja mam dylemat. Iść, czy zostać. Naprawdę mam dość. Ale posiłek regeneracyjny (bułka z tuńczykiem) robią swoje. Zbieram się w sobie, i ruszam dalej. Zapomniałem że ten odcinek wcale nie jest taki łatwy.. Ale już teraz nie ma odwrotu. Wlekę się jak żółw. Ledwo łapiąc oddech. Przed samym mostem "granicznym" znajduję pod krzakiem pozostawioną dla mnie "paczkę regeneracyjną". Owoce. Banany, jabłka pomarańcze.
Naprawdę nie pamiętam kiedy doświadczyłem tak bezinteresownej życzliwości.
Najgorsze jest to ze nie mam na nich żadnego namiaru... Trzeba będzie spróbować pobawić się w detektywa. Może się uda ich jakoś namierzyć...
Zjadam łapczywie jabłko i banany, popijam resztką wody i idę dalej. Został już "tylko" park do przejścia, a potem ostatnie 4km do Puenta del Inka.
Po kolejnej godzinie, docieram do budki strażniczej. Mógłbym ją minąć, ale nie chciałem żeby mnie szukali. Odmeldowuję się, oddaję śmieci i tłumaczę historię z gówno-workiem. Udaje się przejść bez kary ;)
Ale teraz jeszcze te cholerne 4km, asfaltem. A stóp nie czuję. Buty na asfalt nadają się słabo..
Wlekę się, co chwila przerwa. 1km przed PdI, zatrzymuje się bus, a w nim uśmiechnięte znajome twarze. Weszliśmy razem przedwczoraj na szczyt. Podrzucają mnie do miasteczka.
Miałem już szukać hostelu, ale zobaczyłem autobus do Mendozy. Odjeżdża za 25min. Szybka decyzja, cy ryzykować przyjazd do miasta o 24, i liczyć na to że w hostelu będzie miejsce...
Jest ryzyko, jest zabawa. Kupuję bilet, siadam w fotelu i prawie zasypiam.
Niestety klima nie pozwala. Jak w Azji. I do tego zmęczenie. Na pierwszym postoju wyciągam sweter puchowy i jakoś daję radę dotrwać do Mendozy.
Teraz jeszcze złapać taksówkę. Nie jest to takie proste. Na terminalu kolejka na 40 min. czekania, a próba złapania taksówki przed, spełzła na niczym..
Idę. Powoli, człapiąc rozwiązanymi butami przechodzę kilka przecznic i w końcu łapię taxi.
W hostelu jest miejsce, moje pozostawione rzeczy udało się odzyskać. Pełnia szczęścia.
Upragniony prysznic po 8 dniach, pomarańcze na kolację i tonik który na mnie czekał w lodówce.
Spać.
Starujemy. 7 rano wyjazd z Mendozy, prawie cztery godziny jazdy przez winnice, i kręte andyjskie drogi.
Przed 12 jestem w Puenta del Inca. Jeszcze tylko uzupełnić wodę w sklepie, i coś przekąsić. Do pierwszej bazy, mam jakieś 3h drogi.
Plecak na garb, i w drogę. Zobaczymy jak się spiszą buty, których nie miałem okazji "rozchodzić".
Początek nie najgorszy, ale to tak naprawdę dopiero dojście do granic parku. Potem jeszcze kawałek parkiem i dochodzę do "granicznego" mostu. To tu kończy się amatorka, a zaczyna zabawa...
Ale i dramat.. Słońce które do tej pory fajnie grzało, daje się mocno we znaki, plecak niestety zaczyna mocno ciążyć, a droga robi się mocno kamienista i nierówna. powoli też zaczyna działać wysokość. W końcu to prawie 3000m n.p.m A to jeszcze nawet nie połowa. Iść trzeba. Najważniejsze to złapać rytm. Coraz bardziej pod górę, i coraz więcej kamieni... A coraz mniej tlenu, i wody.
W końcu, po 5h, dość zmęczony docieram do Confluencia. Zrzucam plecak, chwila oddechu i konfrontacja ze strażnikiem. Zdziwiony czemu nie mam worka na śmieci, i nie zostałem "odhaczony" za wejście do parku. Jakoś nikt mnie nie zaczepił ;)
Konsultacja przez radio, worek na śmieci i krótka instrukcja korzystania z parku. (za zgubiony worek na śmieci, albo oddanie pustego 100$ kary). Jeszcze tylko obowiązkowe badanie ilości tlenu we krwi i ciśnienia, i mogę iść rozbijać namiot.
Też nie testowany wcześniej, kupiony na allegro 3tyg, przed wyjazdem. Ale był lekki i całkiem tani ;)
Chwila zastanowienia, walki z wiatrem i w końcu się udało. Chyba jako jedyny użyłem śledzi ;) Zresztą po raz ostatni, bo już się do niczego nie nadawały ;)
Niestety, pierwsze rozbicie namiotu oblałem. Do środka wchodziłem przez "otwór wentylacyjny", lub jak ja to nazwałem "spiżarnię" ;) Ale już mi się nie chciało przekładać tropiku. W końcu to tylko jedna noc. Teraz kolejny test, tym razem kuchenki i jedzenia. Dziś dzień "prawiczka". ;)
Kuchenka odpaliła, woda się zagotowała, zjadłem "ryż po meksykańsku" i na dokładkę muesli.
W końcu nie było obiadu.
Mata nadmuchana, śpiwór rozłożony, można iść spać. Buty okazały się łaskawe... ;)
Dzień drugi - 72kg, 23kg, 21km, 11h, 50' 0,7l...
Tak to mniej więcej wygląda.
Dziś droga do Plaza del Mulas.
Najdłuższy odcinek do przejścia na całej trasie.
Wystartowałem o 8. Po śniadaniu, zaopatrzony w wodę (0,7l)
Droga zaczyna się ostrym zejściem w dół, przejściem przez mostek (drugi na całej trasie), potem znów dość ostro w górę i dalej już korytem rzeki. Do przejścia dziś 21km. Według opisu, 8h.
Niestety opis jest dla tych "turystów" którzy korzystają z agencji i cały dobytek mają transportowany od Puenta del Inca do Plaza del Mulas na mułach.
Ja, w ramach wali z systemem idę od początku sam. Bez agencji, przewodników, tragarzy.
Moje 72kg, i 23kg plecak..
I niestety tylko 0,7 wody, która już się kończy. A to dopiero niecała połowa trasy.
Co z tego że rzeka płynie obok, jak woda błotnista...
Doczłapałem się do "Shit Rock", lub też "Skały płaczu". Nie mogę się zdecydować na nazwę.
Pierwsza bo jest to pierwsze miejsce w miarę odsłonięte od ludzkiego widoku. I tym samym wykorzystane jako publiczna toaleta. A druga wersja, to dla tego że od tego miejsca zaczyna się dramat. Do bazy zostało teoretycznie 4h, ale za to cały czas pod górę. Prawie kilometr podejścia.
10km... A za mną już 4h marszu.
Plecak ciąży strasznie, słońce wali okrutnie (jest jakieś 50', bo cienia brak), wody nie ma, a żele energetyczne niewiele pomagają.
Chwila na oddech, i trzeba iść dalej z nadzieją że po drodze znajdę jakaś wodę.
Zaczyna się. Ostro w górę, spore kamienie i brak oddechu. Myślałem że jestem przygotowany kondycyjnie na tę wyprawę. W końcu chodziłem na siłownię. Może niezbyt regularnie, ale jednak. W zeszłym roku przed EBC, nie ćwiczyłem nic. Ale jak widać wiek robi swoje. I dodatkowe 6kg też.
No nic. Jak to mówią "maszeruj albo zdychaj"... Więc maszeruję. Jakoś ta opcja bardziej mi odpowiada. Po 11h, wykończony docieram do bazy. Niestety nie udało się uzupełnić wody po drodze.
Zrzucam plecak, łapię oddech, i rozkładam namiot. Tym razem prawidłowo. ;) Teraz jeszcze trzeba się zameldować u strażnika, i idę szukać wody.
U strażnika dostaję "shit bag", z przykazaniem zwrotu po zejściu z góry, i nakaz wykupienia u dowolnej agencji turystycznej obsługi na śmieci, i dostępu do wody i toalety. Miało być tanio. Przełknąłem przekleństwo i poszedłem szukać "comercial". Okazało się że za wodę i kibel żądają 50$ za dzień. No totalnie ich poj..o. Płacę za pozwolenie wejścia na szczyt jakieś chore pieniądze, a w zamian nie dostaję nic. W bazie nie ma dostępu do wody, do kibla. Nie ma żadnej infrastruktury, jak choćby głupiego stołu, czy ławki żeby można było odpocząć. Wszystko pod komercję.
Powiedziałem żeby się pocałowali w dupę, i poszedłem szukać dalej. Skończyło się tym, że znalazłem strumyczek z czystą wodą, i tym sposobem mogłem zjeść obiado-kolację. Wykończony idę spać. Jutro dzień odpoczynku i aklimatyzacji...
Dzień trzeci - AKLIMATYZACJA JEST DLA MIĘCZAKÓW...
Miałem się aklimatyzować, i odpoczywać, ale wstałem o 8, i czułem się całkiem dobrze. Tak się trochę pokręciłem niezdecydowany, zjadłem śniadanie, i zacząłem kombinować co dziś...
Ale jak tak kombinowałem, to widziałem tych wszystkich ludzi którzy się zbierali, pakowali i szli w górę, lub dół.. No i nie wytrzymałem ;)
Spakowałem dobytek, zrobiłem zapas wody, kupę na złość komercji w ich toalecie i w drogę. Cel baza CANADA.
Jeszcze tylko załatwić gdzieś przechowanie zbędnego jedzenia i statywu. Musiałem z niego zrezygnować, bo to prawie 2kg, a jak się okazało po wieczornym "rachunku sumienia" i doświadczeniach z dwóch dni, jedzenia miałem za dużo przynajmniej o 2/3.
Udało się dogadać z jakąś agencją. A no i jeszcze butla z gazem, bo rano była przykra niespodzianka, i ledwo zagotowałem wodę. Trochę mnie to przeraziło, bo przecież tak naprawdę zagotowałem w sumie może z 1.5l wody. A butla powinna wystarczyć na znacznie więcej. Może to wpływ wysokości..?
Kupione, można iść. Podręcznikowo 3h. Zakładałem 5. Dotarłem w 4. Całkiem nieźle, zważywszy że droga cały czas naprawdę stromo w górę. i to po takim gównianym żwirowym podłożu. No ale prawie 4kg mniej na barkach;)
Plaza Canada, to kawałek płaskiego miejsca na wysokości 5050m n.p.m, osłoniętego z jednej strony skałą. Z pięknym widokiem na ośnieżone Andy, i dolinę Horcones.
Zmęczony, ale zadowolony przytupuję do klasycznych działań ;) Namiot, materac, śpiwór. Jako iż jest dopiero 14, a ja niedawno jadłem śniadanie, i nawet zostało i trochę wody, robię sobie "relaks" z widokiem na Andy. Godzinka, i trzeba iść po wodę. Bo w bazie nie ma, i są dwie opcje. Albo znajdę strumyczek, albo będę topił śnieg. Znalazłem skupisko Penitentes, czyli tzw. milczących pokutników.
To taka wersja sopli. ;) Tylko są śnieżne, wyrastają z ziemi i wszystkie są pochylone w jednym kierunku. Wschód-Zachód.
Obyło się bez topienia śniegu. Słońce zrobiło robotę za mnie, więc mnie pozostało tylko napełnić bidon i termos. Co by dwa razy nie chodzić.
Wracam do namiotu. Dziś na obiad Risotto Bałkańskie. Problemem zaczyna być ból głowy, który robi się coraz bardziej intensywny. Jako iż ja z reguły nie zwracam na coś takiego uwagi, bo też i nie miewam, to znaczy że wysokość daje o sobie znać... Pierwsze objawy.
Biorę na przeczekanie. Trochę drzemki poobiedniej, trochę relaksu z książką. Nie przechodzi.
Wziąłem Duramid. Po raz pierwszy. i poszedłem spać. W nocy myślałem że mnie zwieje razem z namiotem. Wiatr zapieprzał, jakby go diabli gonili.. Na szczęście dobrze się "przywiązałem" do kamieni.
A ból ustąpił. Gdzieś nad ranem chyba ;)
Dzień czwarty - CZYLI DZIEŃ JAK CO DZIEŃ...
Głowa nie boli. Apetyt jest. Słońce świeci. Znaczy się pełen sukces i można iść. ;)
Rano jest zimno. Dopóki słońce nie wylezie, to nie chce się wyłazić z namiotu ;)
Ale jak już zaświeci, to jest fajnie.
Poczekałem i o 10 ruszyłem do Nido del Condor. 500m przewyższenia. Droga trochę po zamarzniętych polach lodowych, trochę po tym cholernym żwirze. A trochę trzeba się przeciskać przez Penitentes'y... Początek mocno stromy, stok bardzo mocno nachylony, a trawersy wcale nie takie gęste.. Dwa kroki w przód, jeden w bok. Noga się uślizguje non-stop.
Problemem jest też wybór "ścieżki". Bo niestety jest ich widocznych kilka, a czasami kilkanaście. Bo każdy idzie jak chce. A są ścieżki "podchodzące" i "schodzące"/ Wybierzesz źle. będziesz przeklinać.
Wybierzesz dobrze, będziesz szedł dłużej. Życie.
Wybrałem pośrednio. Nie że specjalnie, ale tak wyszło. Początek dobrze, a potem trafiłem na lodowe pole. I trzeba się było męczyć, żeby nie wpaść w dziurę, albo nie skręcić nogi w kostce. I tu znów sprawdziły się buty. O ile na lodzie, wiadomo słabo. ale to normalne, na takim zamarzniętym śniegu naprawdę spisały się bez zarzutu..
Dobry zakup.
Po 4h dotarłem do bazy. Niby nie daleko, ale brak tlenu, plecak i zmęczenie robią swoje.
Moje tępo zaczyna wyglądać na zasadzie "dwa kroki, oddech".
Nie jest najlepiej.
To kolejna baza na "aklimatyzację".
Rozbijam namiot, topię śnieg, bo tu już wody nie ma, mimo iż słońce świeci.
Obiad, i relaks. Dziś była Paella. Porcja dla dwóch osób. Nie dałem rady zjeść całej..
Spać. W nocy robi się zimno. Temp. spada do jakichś -10'. No i wieje dość mocno.
Ale śpię całkiem nieźle...
Dzień piąty - NA BERLIN!!!
Nie aklimatyzuję się. Czuję się dobrze, choć trochę zmęczony.
Ale nie zauważam żadnych oznak choroby wysokościowej, apetyt w miarę dopisuje, a do Berlina mam 400m przewyższenia.
Idę. To chyba dobra decyzja była. Do bazy docieram po 4h, mimo iż droga męcząca. To szło się bez większych dramatów. 5930m n.p.m. Robi się wysoko. Tak jeszcze nie byłem. ;)
Po drodze minął mnie przewodnik z klientem. Na oko ok.60l. No cóż. Później się spalę ze wstydu. ;)
Standardowe powitanie, ale spytał czy wszytko ok. jak zobaczył moje częste przystanki na złapanie oddechu i uspokojenie serca.
Pośmiałem się że idę wolno, ale do przodu. Jak 4x4. Nie jak Ferrari. ;)
Oni swoim tempem, ja swoim. Do bazy dotarłem chwilę po nich. ok.15. I rozbiłem się obok. Bo to dobre miejsce było.
W "Berlinie" w sumie spało niewiele osób. Chyba większość wybrała Plaza Colera, który jest wyżej 40m, ale podobno droga ataku jest początkowo łatwiejsza.
No cóż. To już bez znaczenia, bo namiot rozbity, a śnieg się topi.
Przy okazji okazało się, że problem z kuchenką, to kwestia uszczelki. Jest za gruba, i nie otwiera się zawór bezpieczeństwa w butli. Musiałem podziękować uszczelce, i ryzykować gotowanie bez.
Dziś na obiad Risotto Bałkańskie. Nie dałem rady. Nie ma apetytu. a samo jedzenie śmierdzi chemią...
Nie zjadłem. Pogadałem z zaprzyjaźnionym przewodnikiem, dla którego idolem jest Kukuczka, i poszedłem na drzemkę.
W ramach wmuszenia w siebie jedzenia, zrobiłem sobie leguminę ryżową.
I to była dobra decyzja. Dałem radę przełknąć, mimo iż risotto odbijało mi się do rana.
No do 4, bo tak wstałem, nie śpiąc prawie wcale...
Nerwy i wysokość dają się we znaki...
Dzień szósty - GRANICE WYTRZYMAŁOŚCI
Dziś "atak" na szczyt. Do przejścia prawie kilometr w pionie, gdzie tlenu prawie nie ma, do tego temperatura dość minusowa, wiatr, niewyspanie. I problem z wiecznie zatkanym nosem. Nie wiem co się dzieje. Może to przez to powietrze. Suche jak szlag..
Od 3 słychać już ruch w obozie. Gotowanie, gwar, krzątanie. Ludzie się szykują do wymarszu.
Ja miałem plan wyruszyć o 5. Tak zdecydowałem po rozmowie z moim "zaprzyjaźnionym" przewodnikiem... On rusza po 6, bo nie lubi zimna ;)
Wylazłem z namiotu o 4, lekko zaniepokojony gwarem. Myślałem że może zrobił mnie w przysłowiowego "konia". Bo wiadomo że takich jak ja się nie lubi. Nie daję im zarobić.
Na zewnątrz jakieś -30... Nie wieje, więc jest znośnie. Trzeba tylko zagotować wodę, i coś zjeść.
W ramach walki z brakiem apetytu, zaserwowałem sobie Peronin. Czekoladowy.
Niby jedna porcja zapewnia 2/3 zapotrzebowania organizmu na energię. No i dobrze się wchłania. Konsystencja budyniu, ale dość smaczne, i nie było problemu ze zjedzeniem. Woda w bidon, najcieplejsze skarpety, ogrzewacze, łapawice puchowe, do tego bielizna merino, i moja najlepsza kurtka. Yeti Torre.
Mogę iść.
4.30. Ciemno, gdzieś w dali widać światła czołówek. I pierwsze wątpliwości. Którędy iść. Na początku jeszcze odnajdujesz jakiś szlak, ale zaraz potem wchodzisz na skały i dupa. Nic nie widać.
Robi się nie wesoło. Obieram kierunek na "azymut", czyli gdzieś na świecące latarki. I idę. W duchu się modlę, żeby nie wpieprzyć się w jakąś szczelinę, albo nie spaść w przepaść. Na szczęście, szósty zmysł pozwolił mi przejść przez skały, i znów trafić na wydeptany szlak. Udało się nawet kogoś tam wyprzedzić. Po raz pierwszy na całej trasie. Jednak nie jest ze mną tak żle. Idąc na "pusto" jak wszyscy, daję radę utrzymać dobre tempo. Przynajmniej na razie.
Ale za to pojawia się nowy problem. Stopy. Czuję jak drętwieją mi palce z zimna. Pieprzone skarpetki i jeszcze bardziej posrane ogrzewacze. Kupiłem teoretycznie najcieplejsze i najlepsze skarpetki na rynku. Słynne SmartWool. Z wełny merynosów. Cud i mistrzostwo świata. Gówno prawda. Przy -30, palce zmarzły mi momentalnie. Nic nie pomagało. A już na pewno nie kolejny durny zakup, czyli ocieplacze. A raczej nieocieplacze. Według producenta, wystarczy przykleić do skarpetki na wysokości palców, i po pięciu minutach grzeją przez 7h. Nie grzały nawet przez minutę. Zaczęły grzać, jak je wyjąłem na postoju i wsadziłem do plecaka. Super, tylko po co mi ogrzewany plecak..? Naprawdę niewiele brakło, a byłbym odmroził palce, albo wracał do namiotu.
Na szczęście na postoju, w Independencia (6350m), gdy słońce już trochę wyszło za gór, udało się jakoś przywrócić krążenie. Choć było to ciężkie, gdy na zewnątrz -20... No cóż. Błąd taki, że nie miałem żadnego termosu z gorącą wodą. Pewnie by pomogło znacznie lepiej.
W każdym bądź razie, po 20 min. odpoczynku, idę dalej. Słońce świeci coraz milej, a ja nie zabrałem okularów. Ani kremu, i pomadki do ust. Za duże roztargnienie. Następnym razem zrobię Checklist'ę... ;)
Droga coraz bardziej stroma, znów ten gówniany żwir. Ale idę. Powoli, ale do przodu. Kolejne 2h.
Aż dochodzę do lodowych połaci. Wszyscy grzecznie się zatrzymują, i zakładają raki. Ale nie ja. Jedyna rzecz której nie kupiłem z premedytacją. Szkoda mi było pieniędzy na jednorazowy zakup. No i kolejne kilogramy. No dobra. Pół kilo ;)
Przeczekałem aż przejdzie większa grupa i trochę "rozchodzi" szlak. I ruszyłem za nimi.
Nie było żle. Powolutku, na spokojnie. Zresztą i tak nie byłem w stanie iść szybciej. Kolejne metry, kolejny postój na złapanie oddechu. I przerażenie w oczach, na widok który zobaczyłem. Droga na szczyt. Stroma, kamienista, szutrowa, lodowa. Tuż przed kolejnym "punktem bazowym" Canaleta. Za mną 5h marszu. A ja mam dość. Mimo puchowej kurtki, dwóch warstw bielizny, mam dreszcze. A słońce świeci, i jest raczej w ok. 0', niż na dużym minusie.
GPS pokazuje, że do szczytu mam jakieś 800m, 300m w pionie, i że zajmie mi to 8min. Żartowniś.
Zajęło mi to 5h. Dotarcie do Canaleta, to 1h. A to tylko 150m. Tam chwila oddechu i obserwacje innych. Największy szok, to Rosjanin, który szedł z przewodnikiem. Ogólnie szła ich grupa ok. 8os, Ale ten jeden miał swojego osobistego opiekuna.
Mniej więcej od połowy drogi, obserwowałem jak gość się słania na nogach, co chwilę siada, odpoczywa i ledwo oddycha. Jeszcze gorzej niż ja. I co robi przewodnik.? Faszeruje go jakimiś dragami. Plus Tylenol. Ważne by klient dotarł na szczyt. Jak potem, wracając spotkałem tego przewodnika, już na ostatnim odcinku drogi, tuż przed Confluenci'ą, powiedział że wracali 6h. Czyli byli w bazie ok.23. Ale klient zadowolony. tylko jakim kosztem..?
I tak sobie siedziałem, obserwowałem, i myślałem o nagrodzie jaką sobie fundnę jak mi się uda.
Że pójdę do naprawdę dobrej restauracji w Mendozie, i zjem wielki kawał mięsa, popiję to pysznym winem, i doprawię świeżym sokiem pomarańczowym.. Marzyciel się znalazł...
Po krótkim odpoczynku, zbieram resztki sił, i idę dalej Nie nastraja optymizmem widok ludzi, którzy ruszyli jakieś 20 min. wcześniej, a przeszli raptem 30-40m... Idę. Choćby nie wiem co, trzeba iść. By dotrzeć, by się nie poddać na ostatnich metrach. By zdobyć szczyt. Najwyższy obu Ameryk.
Więc idę. I te ostanie 400m, szedłem 4h. Ledwo. Dwa kroki w górę, jeden w bok, 5min na złapanie oddechu. Ostatnie metry, to już naprawdę chyba tylko siłą woli. Gdy dotarłem na szczyt, nie mogłem uwierzyć że mi się udało. Gdybym za każdym razem, gdy mówiłem "nie dam rady" dostawał 10zł, nie musiał bym grać w totka. Po raz kolejny doświadczyłem co znaczy ludzki umysł, i do czego zdolne jest ludzkie ciało. Nigdy w życiu nie bylem tak wykończony. A czekało mnie jeszcze zejście.
Marzyłem w tym momencie o paralotni. To było by coś pięknego. tylko kto by ją tam wniósł..? ;)
Trochę zdjęć, "hołd" dla Klary, i w dół. Bo już 16, a za chwilę pewnie będzie ciemno.
Droga w dół, wcale nie była łatwiejsza. Bardzo niebezpiecznie, luźne podłoże, trzeba mocno uważać, żeby nie zjechać na plecach w dół. I znów buty sprawdziły się mistrzowsko. Pomogła też mocna asekuracja kijkami.
Mniej więcej po godzinie schodzenia, czyli fragmencie który zajął mi 4h podejścia, zaczęła się psuć pogoda. Momentalnie wróciły wspomnienia z powrotu do Argentyny z Atacamy.
Przyspieszyłem, na tyle ile byłem w stanie. I ścigałem się z chmurami.
Jeszce tylko krótki przystanek w Independencia, gdzie zrobiłem coś bardzo złego. Upiłem dwa łyki z butelki napoju, którąś ktoś zostawił. Zapewne na powrót. Ale uratowało mi to życie, bo moja woda dawno się skończyła, a witamina C i glukoza zdziałały cuda. Usprawiedliwiam się tym, że napój już prawie zamarzł. i upiłem naprawdę tylko dwa łyki. Ale zachowanie i tak chujowe.
Burza mnie goni, robi się zimno, ciemno i nieprzyjemnie. Ale malowniczo. Więc trzeba jeszcze chwilę poświecić na fotki. Bo przecież to jeden z celów podróży.
Mam dwa aparaty. Canona 5DSR (dzięki uprzejmości Canon Polska) i Sigmę Merrill DP1...
Maluch na wszelki wypadek, jako podręczny i Canon jako ten do zadań specjalnych. Niestety noszenie go na szyi w takich warunkach jest bardzo niewygodne. Dla tego każde zdjęcie warte zachodu, to zdejmowanie plecaka, i wyciąganie aparatu. I utrata nie tyle cennych minut, co rytmu...
Ale warto zawsze ;) Są pewne priorytety.. ;)
Jeszcze tylko godzina z grado-śniegiem na "plecach" i docieram do bazy. Po drodze wskazując drogę, zbłądzonemu turyście..
I tu najprzyjemniejsza rzecz jaka mi się przytrafiła. Gdy przechodziłem obok namiotu Mr.Kukuczki, odsunął się zamek, i wychyliła się ręka z kanapką. Krakers z Chorizo.
Jak w "Helikopterze w Ogniu". Gdy hindusi witali Amerykanów w bazie ONZ szklankami zmrożonej wody. Dla takich chwil warto żyć i podróżować. A takich ludzi szanować.
Wczołgałem się do namiotu, zrzuciłem plecak, i kurtkę. Niestety mój namiot nie jest dostosowany do przechowywania tak dużego plecaka. Więc musiałem go schować do szałasu, bo pogoda się psuła strasznie, a nie chciałem by zamókł. Przy okazji znalazłem saszetkę rozpuszczanej oranżady. To to samo co wypiłem chwilę wcześniej. "Wymieniłem" się na dwie paczki moich energetyków. Choć nie sądzę żeby to ktoś zostawił na "później".
W każdym razie zagotowałem wodę, wlałem do termosu, i wsypałem pół torebki. Bo cała to na litr.
I takie gorące wypiłem. Witamina C i glukoza. A za "oknem" zamieć.
Idę spać. Szczęśliwy, ale nieziemsko zmęczony. Dziś spałem wyjątkowo dobrze, mimo zawiei, wiatru , zimna i wysokości. Udało się.
Miałem ogromne szczęście do pogody. Świeciło słońce, w dniu ataku było tylko -30, a nie -60 jak mogło. I nie wiało bardzo mocno.
Los się do mnie uśmiechnął.
Jutro zejście.
Dzień siódmy - BYLE NIŻEJ...
Wstałem ok.8. Dość późno jak na mnie i warunki. Ale wczorajsza walka, zrobiła swoje.
Na spokojnie pakowanie, i zwijanie obozu. Na śniadanie legumina ryżowa, i w drogę. Do Plaza del Mulas jak się uda. Plecak dużo cięższy niż wczoraj, ale idę. Nogi trochę dają znać o sobie, stopy niestety też. Przez te kretyńskie "nieocieplacze" czuję że odgniotłem śródstopie.
Droga znów męcząca, mimo iż cały czas w dół. Ale najpierw kamienie, potem lodowe pole, a na końcu to cholerne strome zejście po żwirze do Plaza del Mulas. Wcale nie jest łatwiej. Ale po 6h, udaje się dotrzeć do bazy. Już z góry upatrzyłem sobie miejsce na namiot, więc rozbicie go to tylko formalność. Ale nie spieszy mi się. Choć mój zaprzyjaźniony przewodnik, śmiejąc się pogania. I poleca Lomo de Biff w barze. Skusiłem się, mimo ceny. I na Colę. Najdroższa Cola w moim życiu.
Ale dobrze mi zrobiła. Kanapka super, A litr Coli to zawsze "napój bogów" ;)
Wracam do namiotu, uzupełniam zapasy wody na jutro, odbieram po drodze zostawione jedzenie i statyw.
Przeraża mnie wizja targania tego z powrotem. Zostawiam 6 paczek jedzenia, tego które mi już obrzydło, czyli risotto i paella. Przepakowuję plecak, tak by rano być gotowym do drogi.
Książka, relaks.. Jeszce tylko badanie, i oddać "shit-bag". Do lekarza kolejka. Ale stojąc w niej, znów obserwuję sobie ludzi. Tych "komercyjnych" klientów. Wśród nich i polaków... Łatwo ich rozpoznać. Niestety.
Ale tym razem przebili ich inni. Okazuje się że najważniejszą rzeczą na wysokości ponad 4000m, to idealne rzęsy i wyskubane "wąsy". O makijażu nie wspomnę (Rosjanka). Natomiast dla Azjatki (chyba Japonka) najważniejsza jest maseczka na twarzy...
A poza tym standard. W pełni wyposażona kuchnia, zawodowy kucharz, zimna Cola i inne napoje, owoce, przekąski, kelnerzy... A gdzie satysfakcja z wyzwania..? Z poświecenia i wysiłku.? Jakoś nie umiem tego zaakceptować. Zapewne za kilka lat, dla tych którzy zapłacą będzie opcja na helikopter. Na sam szczyt. By mogli wysiąść z butlą tlenową pod pachą, zrobić sobie selfie i podpisać "Zdobyłem najwyższy szczyt ameryk"... Smutne.
Na szczęście kolejka przeszła i Pani doktor zaprasza. ;) Teraz jeszcze "gównoworek". Niestety pół godzinne czekanie na nic się nie zdaje. Nie ma strażników. Spróbuję jutro. Jak się nie uda, zostawię pod drzwiami.
Wracam do namiotu, spotykam "kumpla", oddaję mu nadwyżki jedzenia i idę spać.
Ciężko zasnąć. A niebo nade mną piękne. Próbuję uwiecznić, ale nad astrofotografią muszę jeszcze popracować. ;)
W ramach walki z bezsennością - lektura. Kindle to jednak super wynalazek ;)
Dzień ósmy - NAJCIĘŻSZY POWRÓT W ŻYCIU
Ostatni odcinek. Powrót do Puenta del Inka. Przynajmniej spróbuję. Bo wiem co mnie czeka. To ten najdłuższy fragment trasy. Nie udało się zastać strażników, więc zostawiam "Shit-Bag" pod drzwiami i ruszam w drogę. Jest 9. O 16.45 mam autobus do Mendozy. Dobrze by było na niego zdążyć.
Ale po pierwszych kilometrach wiem że nie dam rady. Idzie się źle, plecak znów ciąży, mam wrażenie że wchodzę, a nie schodzę. A w głowie myśl, jakim cudem ja tam wlazłem..
To co było "dobiciem" na końcu trasy, a jest teraz "wykończeniem" na początku. Góra, dół, góra, dół.
Kamienie, piasek, żwir. Ciężkie buty, słońce. Chciało by się już być na końcu. Ale tu jeszcze spory kawałek. Docieram po 3h do "skały płaczu". Odpoczynek. Po chwili słyszę "Mr. Kukuczka".. ;)
Uśmiech na twarzy. to moi starzy znajomi. Wracają, ale na lekko, w lekkich butach. No cóż. Chciałem przygody, to mam. Nie ma co narzekać. Dosiedli się, poczęstowali racjami żywnościowymi. Zaproponowali podwiezienie do Mendozy. Powiedziałem że nie ma sensu, bo oni za szybko idą. Ale zobaczymy. Ja ruszam, oni jeszcze odpoczywają.
teraz już po płaskim. Dobre tempo. To chyba ta wizja podwózki. I teoretycznie 2h. do celu.
Niestety tempo siada, buty po przeprawie przez rzekę, dają o sobie znać, nogi i plecy bolą coraz bardziej. A słońce nie przestaje palić.
Po 7h, docieram do bazy Confluencia. Moi znajomi już tam są, i za chwilę ruszają dalej.
Ja mam dylemat. Iść, czy zostać. Naprawdę mam dość. Ale posiłek regeneracyjny (bułka z tuńczykiem) robią swoje. Zbieram się w sobie, i ruszam dalej. Zapomniałem że ten odcinek wcale nie jest taki łatwy.. Ale już teraz nie ma odwrotu. Wlekę się jak żółw. Ledwo łapiąc oddech. Przed samym mostem "granicznym" znajduję pod krzakiem pozostawioną dla mnie "paczkę regeneracyjną". Owoce. Banany, jabłka pomarańcze.
Naprawdę nie pamiętam kiedy doświadczyłem tak bezinteresownej życzliwości.
Najgorsze jest to ze nie mam na nich żadnego namiaru... Trzeba będzie spróbować pobawić się w detektywa. Może się uda ich jakoś namierzyć...
Zjadam łapczywie jabłko i banany, popijam resztką wody i idę dalej. Został już "tylko" park do przejścia, a potem ostatnie 4km do Puenta del Inka.
Po kolejnej godzinie, docieram do budki strażniczej. Mógłbym ją minąć, ale nie chciałem żeby mnie szukali. Odmeldowuję się, oddaję śmieci i tłumaczę historię z gówno-workiem. Udaje się przejść bez kary ;)
Ale teraz jeszcze te cholerne 4km, asfaltem. A stóp nie czuję. Buty na asfalt nadają się słabo..
Wlekę się, co chwila przerwa. 1km przed PdI, zatrzymuje się bus, a w nim uśmiechnięte znajome twarze. Weszliśmy razem przedwczoraj na szczyt. Podrzucają mnie do miasteczka.
Miałem już szukać hostelu, ale zobaczyłem autobus do Mendozy. Odjeżdża za 25min. Szybka decyzja, cy ryzykować przyjazd do miasta o 24, i liczyć na to że w hostelu będzie miejsce...
Jest ryzyko, jest zabawa. Kupuję bilet, siadam w fotelu i prawie zasypiam.
Niestety klima nie pozwala. Jak w Azji. I do tego zmęczenie. Na pierwszym postoju wyciągam sweter puchowy i jakoś daję radę dotrwać do Mendozy.
Teraz jeszcze złapać taksówkę. Nie jest to takie proste. Na terminalu kolejka na 40 min. czekania, a próba złapania taksówki przed, spełzła na niczym..
Idę. Powoli, człapiąc rozwiązanymi butami przechodzę kilka przecznic i w końcu łapię taxi.
W hostelu jest miejsce, moje pozostawione rzeczy udało się odzyskać. Pełnia szczęścia.
Upragniony prysznic po 8 dniach, pomarańcze na kolację i tonik który na mnie czekał w lodówce.
Spać.
Przygoda była, dobrze że Ci się udało ale lepiej żeby Cie nikt nie naśladował - korzystanie z niesprawdzonego szpeju w wysokich górach to proszenie się o wypadek.
OdpowiedzUsuń28 year-old Nuclear Power Engineer Mordecai Shadfourth, hailing from Dolbeau-Mistassini enjoys watching movies like "Charlie, the Lonesome Cougar" and Foraging. Took a trip to Historic Centre of Sighisoara and drives a DeVille. moj blog
OdpowiedzUsuń