13'tego w piątek...
Jak na razie najlepszy nocleg z dotychczasowych. Mimo iż w baraku dla kierowców.. ;)
Nie miałem siły wstać o 6… Udało się wyjechać dopiero tuż przed 8. Już wyjeżdżając z parkingu, prawie nie przywaliłem w murek z wrażenia.. Między autobusami, pod ogrodzeniem leżała maska z Fiata Coupe… Szok..!!! Na końcu świata ktoś miał „resoraka”… Po bliższej penetracji, znalazłem jeszcze drzwi, zbiornik i pas przedni i dach. Ciekawe co z resztą…
Wracam do SP de Atacama.. Jak na razie trochę lepiej, bo chłodniej. Po drodze mnóstwo kapliczek, tak jak u nas krzyży. Albo się tak zabijają, albo to w podziękowaniu za przeżycie pękniętej opony.. Tego się trochę boję.. Albo że mi silnik się zagotuje.. Bo na zewnątrz masakra, a temperatura niebezpiecznie rośnie..
W każdym razie jadę.. Do momentu, aż moim oczom ukazuje się ogromna kałuża na środku pustyni. Policja zatrzymuje samochody, i po udzieleniu informacji „jedź środkiem” puszcza dalej wahadłowo. Miałem obawy by to przejechać. (okazało się że słuszne). Nie była to kałuża wody, tylko błota z pustyni. Jechałem jak amfibią.. Z błotem powyżej progów.
Udało się przejechać, wiec cisnę dalej, pilnując temperatury. 250 km, prostej drogi przez pustynię. Chilijska RUTA 5. Panameryka.. Od 11 patelnia. Myślę że spokojnie mógłbym upiec stek na masce. Bo jajecznica by się spaliła..
Pojechałem jakoś inaczej, i nie trafiłem na żadną stację, aż do Atacamy. Po drodze przeżyłem chwilę grozy, gdy po krótkim postoju, auto nie chciało zapalić.. Za gorąco. Musiały się najpierw uruchomić wiatraki.. Jadę.. Przed Atacamą postój na zdjęcia, i znów problem. Tym razem rozrusznik.. Nie działa. Momentalnie człowiek przypomina sobie wszytko co wie o mechanice. (dobrze jest czasem mieć resoraka). Diagnostyka - zawieszony bendiks. No to próbujemy na „pych”. Odpalił ;)
Zadowolony zjeżdżam do miasteczka. parkuję gdzieś w cieniu (jedyne drzewo jakie znalazłem) i idę szukać noclegu. I tu dramat.. Wszytko pełne, albo ceny z kosmosu. Po 40 min pukania do różnych drzwi, znalazłem hostel. Fart. I to z pojedynczym pokojem ;) Prysznic, i jedzenie.. W między czasie zebrało się na burzę.. I to taką na poważnie. Waliło i błyskało widowiskowo. Po każdym błysku, w całym miasteczku słychać było okrzyki i brawa.. ;) Piękny spektakl. Więc ja za aparat i w auto, spróbować złapać to widowisko.. Nie udało się, ale za to rozpieprzyłem sprzęgło. Już wcześniej wydawało niezbyt ciekawe dźwięki, ale miałem nadzieję że to tylko błoto, i mu przejdzie. Nie przeszło. Doturlałem się jakoś do miasta na jedynce. Ale na skrzyżowaniu zgasł, i już nie pojechał. Nie dało się wbić żadnego biegu. Zostawiłem na poboczu, i poszedłem znaleźć mechanika.. Pewnie łatwiej bym znalazł burdel.. Ogólnie nikt nic nie wie, nie rozumie i maniana.. Bo piątek wieczór. Jakimś cudem trafiam na „warsztat”. Rozsypująca się buda z blachy i dachem z porwanej plandeki. Zero podnośników, kanałów, nic.. Ale powiedział że da radę. Zresztą nie mam wyjścia. Umówiłem się o 9 rano przy samochodzie.. Do hostelu spać.. Choć nie wiem czy zasnę.
Złe myśli krążą. A 13 w piątek zbiera żniwo..
Komentarze
Prześlij komentarz