CHILE - Zmarnowany czas #ATACAMA #CHILE #DESERT
Niedziela.. Dzień bez auta, gdzieś na pustyni, gdzie to co miałem zobaczyć, zobaczyłem...
Czyli śmierć aktywności. Dobrze że przynajmniej hostel ok, i udało się przedłużyć pobyt o kolejne dwie noce..
szlag mnie trafia, bo pogoda fajna (ta w górach), a ja siedzę na dupie..
Jedyny pożytek, to uzupełnienie bloga, przejrzenie zdjęć (co jeszcze bardziej wkurza, bo mam świadomość co mi umyka), i czytanie... Czyli robię to, co każdy rasowy turysta na plaży.. Albo na wakacjach typu Egipt/Tunezja...
Brakuje jeszcze wycieczek fakultatywnych i drinków z palemką..
Kusił mnie przez chwilę, żeby pojechać do Boliwi.. Bo stąd blisko.. Ale to minimum 3 dni, a cna kosmos. Mając na uwadze koszty naprawy cheviego, odpuściłem.. I tak przepuszczam czas i pieniądze bezproduktywnie.. Nie lubię... Najlepsze jest to, że Atacama uchodzi za najsuchszą pustynię świata. A ja już drugi raz zaliczyłem deszcz. W sumie trzeci, ale raz burza przeszła bokiem...
Do dupy...
Poniedziałek..
Kolejny dzień z dupy.. Znów to samo, śniadanie, czekanie na sensowną porę, by odwiedzić mechanika... Idę do niego o 10. Oczywiście nic nie zrobione, bo po części maił jechać. Myślałem że pojedzie o 8-9. Jak przyszedłem, to dopiero się zbierał.. W teorii i według zapewnień, miał wrócić o. 15.. Wróciłem do hostelu, znów zdjęcia, książka, coś do jedzenia. Zostały mi puszki tuńczyka z zapasów kupionych w Argentynie.. Jak zjadłem jedną z sucharami, to mało co nie biłem rekordów w pluciu na odległość. Więc dziś wpadłem na pomysł sałatki z tuńczykiem.. Nigdy takowej nie robiłem, więc eksperyment. Pomidor, cebula, papryka i limonka. Miałem nadzieję że będzie smaczne. i było by, gdyby nie tuńczyk. Nie wiem co ludzie widzą w tym czymś ;)
W każdym razie zjedzone, znów trochę czasu "zabite". 16. Idę do mechanika.
I znów klasyka.. Czyli bez zmian.. Pytam co jest. Chwila czekania na telefon, i dostaję informacje że cześć kupiona. Przynajmniej tyle.. Wracam znów do hostelu, coraz bardziej zrezygnowany...
Tu znów walka z "prozą życia" i wątpliwościami natury egzystencjalnej.. ;)
Ehhh. Jak nie urok to sraczka..
Przetrwałem do 18. Wracam do warsztatu. Nic. Ale jest gość z dociskiem i sprzęgłem... Musiał kupić komplet, bo inaczej się podobno nie dało. Trudno, byle tylko auto zrobione... Pytam o której skończą..
Jutro. No szlag mnie trafi. Zachowałem zimną krew i tłumaczę jak komu mądremu, że muszę auto oddać i nie mam czasu na pierdoły Przecież to dwie godziny roboty. Wystarczy chcieć... Ale miałem ochotę komuś przy.. Albo przynajmniej porządnie zjeb...
Powiedziałem że pomogę, i nie odejdę bez samochodu. Wzięli się do roboty... Chyba w życiu tak szybko nie pracowali... A ja nie widziałem takiej amatorki...
Gorzej jak w Azji.. Tam przynajmniej można naprawić skuter na każdym rogu, i nie kosztuje to majątku.. Tu niestety jest inaczej. 2.5h później skończone.. Oczywiście nie obyło się bez problemów.. Bo niestety łożysko dociskowe było z innego samochodu. Kupił zestaw do Corsy. Bo miał pasować.
Gówno prawda. Coś tam porzeźbili i wpasowali. Mam nadzieję że wytrzyma.
Cena szok.
To będzie drogi wyjazd...
Jest jeszcze jeden problem.. Podobno przejście graniczne które sobie wymyśliłem, jest zamknięte... Ale pewności nie ma. Wiec jutro rozpoznanie bojem. Albo się uda, albo będę wracał 250km. Bo drodze gruntowej.. Ale mam niedosyt widoków... ;) Można trzymać kciuki ;)
Czyli śmierć aktywności. Dobrze że przynajmniej hostel ok, i udało się przedłużyć pobyt o kolejne dwie noce..
szlag mnie trafia, bo pogoda fajna (ta w górach), a ja siedzę na dupie..
Jedyny pożytek, to uzupełnienie bloga, przejrzenie zdjęć (co jeszcze bardziej wkurza, bo mam świadomość co mi umyka), i czytanie... Czyli robię to, co każdy rasowy turysta na plaży.. Albo na wakacjach typu Egipt/Tunezja...
Brakuje jeszcze wycieczek fakultatywnych i drinków z palemką..
Kusił mnie przez chwilę, żeby pojechać do Boliwi.. Bo stąd blisko.. Ale to minimum 3 dni, a cna kosmos. Mając na uwadze koszty naprawy cheviego, odpuściłem.. I tak przepuszczam czas i pieniądze bezproduktywnie.. Nie lubię... Najlepsze jest to, że Atacama uchodzi za najsuchszą pustynię świata. A ja już drugi raz zaliczyłem deszcz. W sumie trzeci, ale raz burza przeszła bokiem...
Do dupy...
Poniedziałek..
Kolejny dzień z dupy.. Znów to samo, śniadanie, czekanie na sensowną porę, by odwiedzić mechanika... Idę do niego o 10. Oczywiście nic nie zrobione, bo po części maił jechać. Myślałem że pojedzie o 8-9. Jak przyszedłem, to dopiero się zbierał.. W teorii i według zapewnień, miał wrócić o. 15.. Wróciłem do hostelu, znów zdjęcia, książka, coś do jedzenia. Zostały mi puszki tuńczyka z zapasów kupionych w Argentynie.. Jak zjadłem jedną z sucharami, to mało co nie biłem rekordów w pluciu na odległość. Więc dziś wpadłem na pomysł sałatki z tuńczykiem.. Nigdy takowej nie robiłem, więc eksperyment. Pomidor, cebula, papryka i limonka. Miałem nadzieję że będzie smaczne. i było by, gdyby nie tuńczyk. Nie wiem co ludzie widzą w tym czymś ;)
W każdym razie zjedzone, znów trochę czasu "zabite". 16. Idę do mechanika.
I znów klasyka.. Czyli bez zmian.. Pytam co jest. Chwila czekania na telefon, i dostaję informacje że cześć kupiona. Przynajmniej tyle.. Wracam znów do hostelu, coraz bardziej zrezygnowany...
Tu znów walka z "prozą życia" i wątpliwościami natury egzystencjalnej.. ;)
Ehhh. Jak nie urok to sraczka..
Przetrwałem do 18. Wracam do warsztatu. Nic. Ale jest gość z dociskiem i sprzęgłem... Musiał kupić komplet, bo inaczej się podobno nie dało. Trudno, byle tylko auto zrobione... Pytam o której skończą..
Jutro. No szlag mnie trafi. Zachowałem zimną krew i tłumaczę jak komu mądremu, że muszę auto oddać i nie mam czasu na pierdoły Przecież to dwie godziny roboty. Wystarczy chcieć... Ale miałem ochotę komuś przy.. Albo przynajmniej porządnie zjeb...
Powiedziałem że pomogę, i nie odejdę bez samochodu. Wzięli się do roboty... Chyba w życiu tak szybko nie pracowali... A ja nie widziałem takiej amatorki...
Gorzej jak w Azji.. Tam przynajmniej można naprawić skuter na każdym rogu, i nie kosztuje to majątku.. Tu niestety jest inaczej. 2.5h później skończone.. Oczywiście nie obyło się bez problemów.. Bo niestety łożysko dociskowe było z innego samochodu. Kupił zestaw do Corsy. Bo miał pasować.
Gówno prawda. Coś tam porzeźbili i wpasowali. Mam nadzieję że wytrzyma.
Cena szok.
To będzie drogi wyjazd...
Jest jeszcze jeden problem.. Podobno przejście graniczne które sobie wymyśliłem, jest zamknięte... Ale pewności nie ma. Wiec jutro rozpoznanie bojem. Albo się uda, albo będę wracał 250km. Bo drodze gruntowej.. Ale mam niedosyt widoków... ;) Można trzymać kciuki ;)
:) zdjęcia chce...
OdpowiedzUsuń