Być jak Phileas Fogg, czyli Argentyna i trochę w 80 dni...
Stało się..
Nie sądziłem że w tym roku będę pisał mojego bloga z podróży.. Ale to był wyjątkowo dobry rok..
Pod wieloma względami... I dzięki temu najbardziej przyziemnemu, czyli prazy wylądowałem w Buenos Aires..
O przygotowaniach pisać nie będę.. Sporo zakupów, szukania informacji. Dzień przed wylotem kupowałem jeszcze plecak, bo nie dałem rady się spakować.. Swoisty progres.. Pierwszy wjazd 35l, drugi 50l, a teraz 75l i w sumie 35kg. Połowa mojej wagi.. Ale ten plan jest najambitniejszy.. Ale o tym w trakcie.. Nie ma co zdradzać..
Na początek Buenos..
Kora śpiewała "Boskie Buenos".. Ale ono wcale takie nie jest.. Nie ma w nim nic szczególnego.. Ani fantastycznych zabytków jak w Rzymie, ani klimatu Sieny.. Jest za to klimat Barcelony. Do niej mogę porównać, bo tylko tam byłem.. ;) Przypomina też trochę Kalkutę..
Jest kolonialne. Takie na wskroś.. Czuć to na każdym kroku. Ta mieszanka wpływów kolonistów, odcisnęła swoje piętno...
Są miejsca, gdzie czas się zatrzymał. To moje ulubione, choć trzeba na naie trafić.
Ogólnie najbardziej podoba mi się klimat BA. Knajpy pełne stolików, gdzie kelner czeka zawsze w gotowości, małe kawiarnie, te nowe i te najstarsze, gdzie obsługa to Panowie 60+, a klientela to znajomi z podwórka.. Architektura, ta stara, z cichymi uliczkami, schowanymi w cieniu drzew, gdzie klatki apartamentów to swoista podróż w czasie i niesłabnący podziw dla kunsztu rzemieślników.. Windy, drzwi, rzeźbione klamki, frezowane szyby... i domofony z przyciskami dla każdego mieszkania osobno... Tablice wielkości 50x50 cm, obowiązkowo z mosiądzu.. Pięknie wypolerowanego przez portiera.
Szyldy.. Utrzymane w klimacie początku XXw.. Te najpiękniejsze są ręcznie malowane.. Bez różnicy czy to pralnia, kawiarnia czy fryzjer...
Zieleń.. Sporo parków, sporo drzew. Specjalnie wydzielone "parki" dla psów, gdzie widać "wprowadzaczy" z kilkoma psinami różnych ras i wielkości.
Jak na taki klimat, bardzo mało rowerzystów, i innych jednośladów... W porównaniu do włoch, a już nie mówiąc o Sajgonie wypadają bardzo blado. Ciekawe czemu, bo wąskie uliczki i brak miejsc do parkowania przy ulicy to spore utrudnienie.. Parkować można praktycznie tylko na dużych parkingach, sprytnie pochowanych między kamienicami, albo poniżej poziomu gruntu nowych apartamentów. Choć wjechanie do większości z nich "resorakiem", wydaje się być niemożliwe, mimo iż część z nich ma windy, albo specjalne platformy obrotowe..
Buenos Aires - miasto tanga.. Tak mówią ;) Przez te cztery dni, widziałem tylko jedną parę.. Akurat nie tańczącą. W La Boca, dzielnicy Diego Maradony.. Tanga też nie słyszałem.. Może dla tego że nie szlajałem się po nocy... Trzeba uważać gdzie się chodzi, nawet w dzień. Jak już policjanci ostrzegają że jest niebezpiecznie, to chyba lepiej odpuścić.. Nie miałem takich obaw, ani w Birmie, ani w Bangladeszu.. Nawet w Indiach, nie było czuć takiej niepewności... Tu jest inaczej...
Sporo ludzi nosi plecaki z przodu, a Panie ściskają torebki pod pachami... Sporo policji, każdy w kamizelce kuloodpornej i z bronią przy pasie. Samochody policyjne mają zderzaki jak przeszczepione z ciężarówek.. Ale i tak największe wrażenie robią samochody do przewozu pieniędzy. Dużo ich bardzo widać na ulicach. Jak prosto z planu filmu "Gorączka"... Wielkie, opancerzone, z otworami strzelniczymi, i szybami grubości kilku centymetrów...
Jedzenie, nie jest złe. W sumie jak na razie nie trafiłem na nic "niezjadliwego..
Mięso, pizze, kanapki. To króluje. I Sałatki.
Najwięcej jest kanapek, bo praktycznie w każdym "kiosku" można kupić kilka wersji.
Mało miejsc, gdzie można zjeść "na ulicy". Prawie wszytko to restauracje, jak już pisałem. Ale udało się znaleźć jedną super miejscówkę.. Gdzie Pan na wielkim grillu smażył wielki kawał krowy.. A w około siedzą lokalsi i popijają w szklankach wino z lodem i wodą sodową... Takie klimaty lubię najbardzej. Żeberka, czy kiełbasa super smaczna. I ceny sensowne..
Jeszcze tylko jeden mit. Yerba Mate. Wszędzie piszą, że Argentyńczycy piją na potęgę. Ale raczej nie Yerbę ;)
Widziałem więcej ludzi pijących kawę, niż chodzących z "bulwami" pełnymi Yerby.
Wyjeżdżam z Buenos. Bez sentymentu. Przede mną 10h nocnej trasy do Cordoby.
Nie sądziłem że w tym roku będę pisał mojego bloga z podróży.. Ale to był wyjątkowo dobry rok..
Pod wieloma względami... I dzięki temu najbardziej przyziemnemu, czyli prazy wylądowałem w Buenos Aires..
O przygotowaniach pisać nie będę.. Sporo zakupów, szukania informacji. Dzień przed wylotem kupowałem jeszcze plecak, bo nie dałem rady się spakować.. Swoisty progres.. Pierwszy wjazd 35l, drugi 50l, a teraz 75l i w sumie 35kg. Połowa mojej wagi.. Ale ten plan jest najambitniejszy.. Ale o tym w trakcie.. Nie ma co zdradzać..
Na początek Buenos..
Kora śpiewała "Boskie Buenos".. Ale ono wcale takie nie jest.. Nie ma w nim nic szczególnego.. Ani fantastycznych zabytków jak w Rzymie, ani klimatu Sieny.. Jest za to klimat Barcelony. Do niej mogę porównać, bo tylko tam byłem.. ;) Przypomina też trochę Kalkutę..
Jest kolonialne. Takie na wskroś.. Czuć to na każdym kroku. Ta mieszanka wpływów kolonistów, odcisnęła swoje piętno...
Są miejsca, gdzie czas się zatrzymał. To moje ulubione, choć trzeba na naie trafić.
Ogólnie najbardziej podoba mi się klimat BA. Knajpy pełne stolików, gdzie kelner czeka zawsze w gotowości, małe kawiarnie, te nowe i te najstarsze, gdzie obsługa to Panowie 60+, a klientela to znajomi z podwórka.. Architektura, ta stara, z cichymi uliczkami, schowanymi w cieniu drzew, gdzie klatki apartamentów to swoista podróż w czasie i niesłabnący podziw dla kunsztu rzemieślników.. Windy, drzwi, rzeźbione klamki, frezowane szyby... i domofony z przyciskami dla każdego mieszkania osobno... Tablice wielkości 50x50 cm, obowiązkowo z mosiądzu.. Pięknie wypolerowanego przez portiera.
Szyldy.. Utrzymane w klimacie początku XXw.. Te najpiękniejsze są ręcznie malowane.. Bez różnicy czy to pralnia, kawiarnia czy fryzjer...
Zieleń.. Sporo parków, sporo drzew. Specjalnie wydzielone "parki" dla psów, gdzie widać "wprowadzaczy" z kilkoma psinami różnych ras i wielkości.
Jak na taki klimat, bardzo mało rowerzystów, i innych jednośladów... W porównaniu do włoch, a już nie mówiąc o Sajgonie wypadają bardzo blado. Ciekawe czemu, bo wąskie uliczki i brak miejsc do parkowania przy ulicy to spore utrudnienie.. Parkować można praktycznie tylko na dużych parkingach, sprytnie pochowanych między kamienicami, albo poniżej poziomu gruntu nowych apartamentów. Choć wjechanie do większości z nich "resorakiem", wydaje się być niemożliwe, mimo iż część z nich ma windy, albo specjalne platformy obrotowe..
Buenos Aires - miasto tanga.. Tak mówią ;) Przez te cztery dni, widziałem tylko jedną parę.. Akurat nie tańczącą. W La Boca, dzielnicy Diego Maradony.. Tanga też nie słyszałem.. Może dla tego że nie szlajałem się po nocy... Trzeba uważać gdzie się chodzi, nawet w dzień. Jak już policjanci ostrzegają że jest niebezpiecznie, to chyba lepiej odpuścić.. Nie miałem takich obaw, ani w Birmie, ani w Bangladeszu.. Nawet w Indiach, nie było czuć takiej niepewności... Tu jest inaczej...
Sporo ludzi nosi plecaki z przodu, a Panie ściskają torebki pod pachami... Sporo policji, każdy w kamizelce kuloodpornej i z bronią przy pasie. Samochody policyjne mają zderzaki jak przeszczepione z ciężarówek.. Ale i tak największe wrażenie robią samochody do przewozu pieniędzy. Dużo ich bardzo widać na ulicach. Jak prosto z planu filmu "Gorączka"... Wielkie, opancerzone, z otworami strzelniczymi, i szybami grubości kilku centymetrów...
Jedzenie, nie jest złe. W sumie jak na razie nie trafiłem na nic "niezjadliwego..
Mięso, pizze, kanapki. To króluje. I Sałatki.
Najwięcej jest kanapek, bo praktycznie w każdym "kiosku" można kupić kilka wersji.
Mało miejsc, gdzie można zjeść "na ulicy". Prawie wszytko to restauracje, jak już pisałem. Ale udało się znaleźć jedną super miejscówkę.. Gdzie Pan na wielkim grillu smażył wielki kawał krowy.. A w około siedzą lokalsi i popijają w szklankach wino z lodem i wodą sodową... Takie klimaty lubię najbardzej. Żeberka, czy kiełbasa super smaczna. I ceny sensowne..
Jeszcze tylko jeden mit. Yerba Mate. Wszędzie piszą, że Argentyńczycy piją na potęgę. Ale raczej nie Yerbę ;)
Widziałem więcej ludzi pijących kawę, niż chodzących z "bulwami" pełnymi Yerby.
Wyjeżdżam z Buenos. Bez sentymentu. Przede mną 10h nocnej trasy do Cordoby.
Księgarnia w BA. El Ateneo Grand Splendid
Santiago Calatrava

Komentarze
Prześlij komentarz