Posty

Dziecko kolejarza...

Czas opisci Bangladesz. Co prawda wiza kończy się za 6 dni, ale wolę mieć zapas, gdyby się okazało że nie ma możliwości przekroczenia granicy, w miejscu które sobie wymyśliłem.. ;) Ale po kolei. ;) Z Jaflong wyjechałem rano lokalnym autobusem, wciśnięty w ostatnim rzędzie, pomiędzy plecaki, a siedzenia ktore mógłby zawstydzić RyanAir. ;) Wytrzęsiony za wsze czasy, z początkami choroby lokomocyjnej, wysiadłem w Sylhet, i na stację kupić bilet do Dhaka na jutro, bo dziś już nic nie jechało. Niestety nie było możliwości przejazdu z Sylhet w poprzek do Rangpur.  W Sylhet nocleg w znanym hotelu, gorący prysznic, i generały luz. Nie miałem siły, ani ochoty łazić po mieści i pstrykać. Zjadłem jakiś makaron w restauracji na dole, kupiłem owoce, ciastko, i colę. I tak zaopatrzony siadłem w pokoju, przeglądając to co udało mi się zrobić prze ostatnie trzy dni. Nie ma tragedi. Jest szansa że coś się uda wybrać. Brardzo bym chciał zrobić wystawę... Wieczorna herbata, która okzala się kolejna b...

Na dobicie.

Dziś dzien ostatni w Jaflong.  Pewnej warto by było zostać jeszcze z jeden, ale wiza się kończy, a ja nie wiem ile mi zajmie wyjazd z kraju, i czy nie będzie problemów. Więc dziś "dociskam". Zalazłem na dół, kombinuje z ustawieniami, żeby niwelować niedoskonałości aparatu, i mieć potem z czego wybrać ostre zdjecia. Pojawiła się wczoraj pewna koncepcja na zdjecia, ale niestety to nie na takie warunki, i czas. Może kiedyś ja wykorzystam. A narazie walczę. I znów to samo. Zapierdol, bieganina, kilogramy na głowie. A jednak jest czas na uśmiech, zdjecie, pogaduchy. Kosztem papierosa, palonego w biegu, albo zmiennika który musi iść kawałek dalej.  Dowiedziałem się że praktycznie wszyscy którzy tu pracują, to przyjezdni. W poszukiwaniu pracy, z innych regionów Kraju. Jaka musi byc bieda i desperacja, by przyjechać do tego piekła.  Niewyobrażalne.  Musiałem zrobić przerwę. Psychika siada, i cieżko się skupić w tym chaosie i hałasie. Obiat we wczorajszej jadłodajni, owoce, h...

"Dzień święty, święcić..."

Dziś piątek, czyli niedziela. Teroretycznie wolne. Ale tu jest jak u nas. Wszyscy wolne, centra handlowe zapieprzaja.  Wrocilem na wczorajszą "miejscówkę". Ale najpierw herbata w znajomej "herbaciarni" i omlet z trzech, w "barze mlecznym" obok. ;) muszę chyba zbadać cholesterol po powrocie. ;) choć i tak nie wiem jaki był przed. ;);) W kazdym razie dziś jest inaczej. Puściej, doły pozalewane wodą (w nocy pompy nie pracowały), więc ludzie albo pracują na obrzeżach, albo tam gdzie nie ma wody, a są kamienie. Koparki wywożą piasek, dzieciaki wybierają z niego drewno i kamienie, kobiety przenoszą kamienie na kopce, a faceci ładują to na ciężarówki. Do tego pogłębiają i poszerzają doły, konserwują pompy, i robią wszystko co niezbędne by jutro znow zacząć od nowa. I wcale nie jest lżej. Przy mnie obsunęło sie pare ton piasku, a facet uskoczył w ostatniej chwili. Łopat nie odzyskali.  Z racji że "niewiele" się działo, poszedłem w głąb piaskowej łachy, d...

Piekło...

Obraz
Ja pie...lę. Mógłbym napisać tylko tylę. Może nie wyraża w pełni tego co czułem, jak zobaczyłem "obraz" w Jaflong, ale w dość znaczyć stopniu odzwierciedla moją pierwsza reakcje. Było jeszcz słowo na "K"... Na początku. Ale po kolei.  Do Jaflong dojechalem z wycieczką studentów, która mnie zgarnęła w Sylhet, gdy szukałem właściwego autobusu. Dojechałem z nimi prawie do końca. Tuż przed przesiadłem się do rozklekotanego transportu międzymiastowego, i ostatnie kilometry walczyłem by nie odgryźć sobie języka, i nie stracic wszystkich pląb. ;) Masakryczne wertepy, autobus w stanie agonalnym, to zbyt dużo. Dojechałem, i lezę szukać hotelu.  Trafiam na jeden, który widać z daleka. 1000 Taka z noc. I nie ma dyskusji. Uparł się i co zrobisz. Idę szukać dalej, bo gdzieś doczytałem że jest coś tańszego w oklicy. Trafiam z pomocą lokalsa na przeciwko. Normalnie w życiu bym nie wiedział że to hotel, bo oczywiście nic po angielsku.  Pytam o cenę. To samo. Uśmiałem się, i negocju...

Ja cię kręcę. Oparzyłem się... ;)

Dziś dzień w pociągu. W drodze do Jaflong. Miały być herbaciane plantacje, ale widoków jakoś nie zachwycał. Więc decyzja że zostaję tylko na jedną noc. Wysiadam na stacji, oczywiście nic po angielsku, wszystko szlaczkami.. ;) Kieruję się na drugą stronę rzeki w poszukiwaniu hotelu. Bo przy stacji pusto. Jakaś taka dziwna polityka. Na moście ciekawa obserwacja. Most tylko dla pieszych, i rikszy. Ale żeby nie było łatwo, to jest pod górkę. I ci biedni rikszarzy muszą pchać te swoje pojazdy, z tym całym towarem, czasem grubym, czasem chudym lub mieszanym. A czasem wyładowane do granic ładowności workami z produktami. A że cieżko, to korzystają z usług "pchaczy". Za 10 taka, taki pan pomoże wepchnąć rikszę na górkę, a z górki to już wiadomo. ;)  Idę dalej, bo z założenia nie korzystam z rikszy. Mam z tym niezły dylemat, bo z jednej strony wiem że to przeważnie jedyne źródło utrzymania rodziny, a z drugiej nie mogę sobie wyobrazic że się rozsiądę jak panisko, a biedny człowiek bed...

Ognioodporni...

Zgodnie z planem, dziś polazłem znow do stoczni... Bo co tak będę w hotelu siedział... I zgodnie z poleceniem mojego kolegi, zacząłem "dociskać" ;) kupiłem nawet fajki za całe 200 taka, czyli tyle ile "dobre" jedzenie w restauracji. Poszedłem w koszta. ;) Miejscówka znana, niektórzy mnie już rozpoznawali, więc łażę, kręcę się, szukam. Czasem ktoś zagada, czadem tylko krzyknie. A czasem tylko podchodzą w milczeniu jak zombie, i stoją patrząc co robisz.  Wracając trafiłem na wciąganie statku na brzeg. Trochę to trwało, ale przecież nie mam nic innego do roboty. Więc przystawałem i czekam. Do wciągnięcia używa sie jednej wyciągarki, stalowej liny, kilku konopnych, czy też kokosowych, trzech sprawnych jednostek pływających, dwóch łódek drewnianych i ok. 30, 40 ludzi... Niestety nie doczekałem końca procesu, ani tak naprawdę początku, bo pękła lina (konopna) i przerwali zabawę. Więc odwróciłem się na pięcie, i zobaczyłem czarny dym. A jak jest dym, to jest i coś ciekaweg...

Baloniki..

Dziś była koncepcja na balony. Bo gdzieś doczytałem że Dhace robią balony. No i polazłem szukać. Kolejne kilometry.  Droga trochę znana, bo kierunek jak garbarni. Ale tym razem zagłębiłem się po drodze w świat recyklingu. W ruderach, domach, fabryczkach, w hałasie, w ciemnościach, przerabiają odzyskany plastik na wszelkiemu maści produkty. I tak powstają klapki, węże ogrodowe, oprawki,mi diabli wiedz co jeszcze. Praca głownie w malutkich manufakturach, ale widziałem też duże linie produkcyjne. Niestety do sfotografowania słabe. Ciemno i ciasno.  Idę dalej. Przechodzę przez most nad czymś co kiedyś było rzeką, a teraz jest wysypiskiem śmieci. Idę na "czuja" bo nie mam pojecia gdzie dokładnie są te fabryki. Google Maps nie pomogło ;) Mijam jakąś jedna niewielka, mało fotogeniczną, ale za chwile trafiam na produkcje "garnków" z amelinium. Znów całe rodziny, i wszystko ręcznie. Ehhh.  I tak sobie chodzę, szukam, żar z nieba, setki pytań, krzyków i dziwnych odgłosów (mia...