Posty

Dzienniki motocyklowe - walka z idiotami...

Jako iż wczoraj nie udało się wykonać planu, dziś miałem do przejechania 40 km wiecej.  Plan był taki by w drodze do Pleiku, zachaczyć o "CAFFE VILAGE" w Buan Ma Thuot. Czyli taki "Showroom" producenta kawy, która stała się dla mnie nr.1. Droga do Buan nienajlepsza, ale w sumie udałeś ie dojechać dość szybko. I na tym konec,,bo znalezienie tej miejscówki graniczyło z cudem. W cafejkach w których serwowano ichniejszą kawę, nikt nic nie wie. Lokalsi tez nie,mtak bardziej ze po Angielski ani w ząb. Udalom mi sie przypadkim trafić do fabryki, a tam znów walka z cięciem. Bo nie wpuści i tylko macha rękoma. Zaparłem się, i tłumaczę że skoro on nie gada,mto niech mnie zaprowadzi do kogoś kto gada. Albo zadzwoni po taką osobę. 20 minut dyskusji, wymachiwania rękoma, i w koncu udało się. Przyszła Pani sekretarka. I tłumaczy mi że to fabryka, i ze wstępu nie ma. Ja jej na to że wszystko rozumiem, ale szukam ich sklepu firmowego, i nie mogę go za cholerę znaleźć. Narysowała mi...

Dzienniki motocyklowe - walka o przeżycie...

Obraz
Decyzja zapadła by ruszyć w drogę. Na mapie znalazłem jakaś lokalną drogę, dzięki czemu przez połowę trasy uniknę głównej drogi.  Pobudka o 7, o 8.30 już w trasie, po śniadaniu i tankowaniu.  Droga prosta, wiec nie powinno byc problemów. Teoretycznie.  Kilka kilometrów za miastem, droga odbija w lewo i prowadzi gruntową wersją... Ale widoki ładne, pola,  góry  i wioski. Wszystko jak należy.  Aż do momentu, gdy droga skończyła sie brodem, ma tyle głębokim że skuter nie da rady.  Chwila konsternacji co dalej. Ale zobaczyłem że druga stroną rzeki lokalsi jeżdżą. Więc gdzieś musi być droga, albo most. Most sie znalazł, chwile pózniej. Przejeżdżałem nawet koło niego, ale był w taki stanie, i tak idealnie zlał się z otoczeniem, że go nie zauważyłem... Chwila zawahania, zebranie w sobie odwagi zeby na niego wjechać, i do przodu... Ciekawe uczucie... Okazało się że to dopiero zapowiedź tego co mnie czeka... Dalej droga prowadziła lenśmym duktem, "przecinką" po...

Dzienniki motocyklowe -2

Rano, po śniadaniu w przyhotelowej "knajpie" ruszyłem do Da Lat. Według GPS 170km... Pogoda piękna, a ja po wcześniejszym doświadczeniu Zw słońcem i wiatrem, ubrałem sobie goretex.. ;) wystarczy opalania.. ;) droga przyjemna, widoki zacne, co chwila wioski w których na słońcu suszy się kawę. Kraina kawy. Czyli prawie jak w raju... W pewnym momencie, nabrałem ochoty na kofeinę, wiec sie zatrzymałem w jednej z tych malowniczych wiosek... Okazało się że trafiłem na miejscowego kolekcjonera wpisów gości  do "księgi pamiątkowej". Bardzo miły człowiek, który obejrzał moj skuter, i zasugerował pewne naprawy. Więc kiedy ja spacerowali po wiosce i piłem pyszną kawę, on dłubał przy moim bajku... Jeszcze tylko tankowanie i w drogę... zastanawia mnie jedno... Kawa to jeden z droższych produktów. A ludzie którzy ja uprawiają żyją bardzo biednie... Cholerne Nestle...  Do dalat trafiłem późnym popołudniem, tuż przed tym, gdy temperatura spadła do jakichś dziwnych wartości... Aż mu...

W krainie ruskich...

Niestety taka smutna prawda... Wszystko pod nich. Menu pisane cyrylicą, wszelkie informacje, drogowskazy, nazwy... Panoszą się obwieszeni złotem, zachowując się jak by byli panami świata...  Ale, trzeba było zagryźć zęby, i robić swoje... Rano z hotelu, ruszyłem skuterem do Mui Ne... pierwotnie było to moje docelowe miejsce, ale wczoraj nie miałem już siły, i ochoty na kolejne 20lm, bez gwarancji na tani nocleg. W kazdym razie poranne widoki były na "poziomie" ;) trafiłem na surferów, potem do rybackiej wioski, i zatoki, gdzie ilośc "zaparkowanych" łodzi powala na kolana...  Potem szlajalem się, w poszukiwaniu słynnych wydam i czerwonego kanionu. W międzyczasie jakis wietnamski wiesniak, ukradł mi ciastka, ktore mialm powieszone na haczyku skutera... Żeby gnój miał sraczkę przez tydzień... Wydmy znaleIone, ale światło, słabe, więc odpuściłem, i wrocilem późnym popołudniem. Kanionu nie znalazłem... Ale nie szkodzi... Coś tam się w sumie udało pstryknąć w ciagu dnia, ...

Dzienniki motocyklowe... ;)

Obraz
Opuściłem Sajgon. Udało sie nawet wyjechać bez większych problemów, (pomijając przekładnię biegów) i do tego w jednym kawałku... Generalnie o 8 rano, wszyscy mechanicy jeszcze śpią, wiec do promu dojechałem na "trójce". Przypomniała mi się historia z wyjazdu do Turynu, gdzie miałem problm ze skrzynia,mi przez pół miasta przejechałem tylko na trzecim biegu. Ale tam sprzęgło,dostało mocno w kość.   Tuż prze samą przystanią udało sie w koncu trafić jakis"zakład" i za pomocą młotka poprawić skrzynię. Jak się pózniej okazało nie na długo. W kazdym razie mogłem spokojnie wjechać na prom, bez obawy Że nie bede miał "luzu" i problemu z odpaleniem...  Dalej droga wiodła przez małe miasteczka, niestety w połowie trasa szybkiego ruchu...  Jak juz sie udało zjechać z "głównej" drogi, zatrzymałem się na jakieś jedzenie, i nawet przez chwilę pomyślałem o kawie. Ale po wczorajszej "poezji"... Nic juz nie bedzie takie jak kiedyś... Tak jak pisałem prze...

Ale Sajgon...

Obraz
To powiedzenie ma odzwierciedlenie w realiach. Przynajmniej jeżeli chodzi o ruch uliczny... Masakra. Przejść przez jezdnie,mto jak prosić się o smierć. A każde udane, to jak wygrana na loterii;) Co z tego że pasy, że światło zielone. I co z tego że winny jest zawsze większy, w przypadku "kolizji". Wiadomo że w starciu z metalem, pieszy ma najmniejsze szanse... Po śniadaniu, w jakimś chodnikowymi "barze" poszedłem w stronę Continentala, by spełnić wczorajszą obietnicę. Jak namta,i prestiż kawa nawet nie była droga, ale za to niedobra... Jak widać nie można mieć wszystkiego. Musiał mim wystarczyć klimat. ;) naładowany pozytywnie, poszedłem na Szlajanie. Szukałem kadrów, które bedą choć trochę inne od tego co zrobiłem do tej pory, i zupełnie inne niż te w internecie.. I tak łażąc po tym mieście, co jakoś czas igrając śmiercią, zrobiłem prawie 40km... Trafiając w rożne dziwne miejsca, cały czas z zachwianym poczuciem bezpieczeństwa... Ale za to nam koniec trafiła mi się...

Dzień w którym przestałem się uśmiechać...

Obraz
... Ale po kolei... Wyjechałem jakoś o 8 rano, po śniadaniu,mi nieudolnej próbie znalezienia pływającego marketu. Ale jakoś sie tym za bardzo nie zmartwiłem. ;) Do przejechania jakieś 150 km. Licząc wszelkie "wycieczki" poza trasę. Cel - Ho Hi Minh. To był dobry pomysł na podróż.. W sensie zakup tego skutera. O ile wytrzyma. ;) Dojechałem do Sajgonu, ok. 12, ale jeszcze godzinę zajęło mi dotarcie do hostelu. Ogromne miasto, pełne skuterów, samochodów, rykszy i wszelkiej maści pojazdów transportowych. Co dziwne, nie zauważyłem jakichś szczególnych korków. Glowne ulice szerokie, dobrze oznaczone i połączone. Przyjemnie sie jeździ. Łatwiej się poruszać skuterem niż, przejść przez trzy pasy jezdni ;)  Wjazd do miasta prowadził w załóż kanału, jednego z kilu jakie są w Sajgonie. Kanał wyglądał jak by ktoś wypompował z niego wodę, i wpuścił mazut. Czarna, gęsta i śmierdząca woda, a w niej kapiący sie ludzie, rybacy którzy siedzą na brzegu próbując coś złowić na obiad, a tuż obok sk...