Posty

Od zmierzchu do świtu i kawałek dalej...

Ta Birma mnie wykończy... 12h w nocnej "lodowce"... Czuję że mój organizm walczy ze "złem"... Mam nadzieję że da radę, bo nie mam ochoty łykać birmańskich specyfików. Choć po raz pierwszy w całej tej mojej Birmańskiej przygodzie, widziałem dziś szpital. Taki na wypasie, nowoczesny budynek z betonu i szkła... Aż miałem ochotę wejść do środka i zobaczyć co i jak...  Ogólnie po 18h jazdy, z jedną masakryczną przesiadką w Yangon, wylądowałem w obskurnym pokoju w Pathein. Mieście na uboczu, w którym wytwarza się Birmańskie parasole. Przez cała drogę nic nie jadłem, tak na wszelki wypadek żeby nie trzeba było korzystać z przydrożnego kibla. Strach tam nawet wejść, a co dopiero korzystać. Pozycja na narciarza, a "spłukiwanie" odbywa się za pomocą rondelka i wody zaczerpniętej z kanału, który płynie prze cały rząd kabin. Po wyjściu z takiego "przybytku" obmywasz elegancko nogi do kolan, szorujesz klapki i jest ok. Ręce płuczą nieliczni, choć papieru tam ...

Do trzech razy sztuka...

Jako iż miałem dziś mnóstwo czasu do wyjazdu (autobus rusza o 17.30) poszedłem w okoliczne górki. Jak zawsze sam, i z nazwami kolejnych wiosek zapisanych na kartce... Przed wyjściem po raz pierwszy zjadłem śniadanie w hotelu...;) Do tej pory zawsze wychodziłem zanim było gotowe...  Tak wiec najedzony ruszyłem. Nauczony wcześniejszym doświadczeniem, pytałem o drogę co druga napotkaną osobę... Zgodność kierunków była, więc idę. Do pewnego momentu. Znów trafiłem do wioski której nazwy nie miałem, a w której nikt nie wiedział gdzie jest wioska do której chce iść. Tak jakby znali tylko swoją, i miasto gdzie jeżdżą na zakupy... Nie da się "uprawiać" trekkingu samemu w Birmire. Bez wojskowej mapy, albo przewodnika. Chyba ze ja jestem taki głupi...  Fajnie było zobaczyć kawałek "Toskani" w Birmie. Niestety do samej winiarni nie dało się wejść. Więc wina nie degustowałem. W sklepie butelka Muskat'a kosztuje 20000 kayatów...  Wróciłem do miasta, zjadłem średnio dobry obia...

Dzień w którym stałem się turystą...

Niestety... Nie dało sie inaczej, bo żeby zwiedzić Inle Lake, trzeba wynająć łódź.  Nie można samemu, jakiegoś kajaka, czynów w tym stylu. No więc wynająłem... Jako że to moja samotna wyprawa, koszty takich przyjemności są dużo większe niż w podróżowaniu w grupie. Ale to jedyny minus ;). Tak wiec wsiadłem łodzi, uzbrojony w aparat, puchówkę i kapelusz wielkości felgi w moim Fiacie.  Na nie wiele sie to zdało. Zmarzłem jak szlag, ale cóż zdobić. Plan był taki, żeby popłynąć do Sangan, po drodze odwiedzić pływający targ, który odbywa się raz w tygodniu, i omijać wszelkie turystyczne zoo, typu " mnisi i ich skaczące koty" czy tez odwrotnie. Nie była to moja najlepsza wycieczka. Fotografowanie z płynącej łodzi, daje tyle samo przyjemności co sex z brzydką kobietą... Czyli niewiele... Sangan rozczarował, wizyta w "stoczni" ciekawa pod względem informacji ( łódka turystyczna, robiona jest przez pięciu ludzi w miesiąc. Na gotowo. Kosztuje 2000$. Normalnego Birmanczyka nie ...

16

O drugiej w nocy dotarłem do Kalaw... Zmarznięty, niewyspany. Na szczęście udało się od razu znaleść  nocleg, wiec tylko zęby i spać... W życiu nie przypuszczałem że w Birmie będę spał pod kocem i kołdrą... A i tak mnie telepało. O 7 pobudka, bo jest plan ruszyć na szlak, i w trzy dni przejść prze górki do Inle Lake. Taki więc pełen optymizmu, i lekkiego niepokoju (bo nie ma szlaków i mapy) ruszam w trasę. Łapie "MotoTaxi" pokazuje gdzie chcę dojechać, ustalamy cenę i jedziemy. Po 5 km, pan sie zatrzymuje i pokazuje ze to tu. No to ruszam. Droga jak to w Birmie;) Na początku widoki żadne, ale postanowiłem nie tracić wiary. Po jakiejś godzinie, pytam się napotkanego lokalsa o wiochę do której powinienem dotrzeć. Śmieje się, i pokazuje że dalej prosto... Ni to idę... Po kolejnych dwóch godzinach marszu docieram do jakiejś wioski. W lokalnym sklepiku kupuje coś do picia i herbatniki, co by zabić lekko głód. Pytam o drogę. Nikt nie wie, a siedziało tama 10 osób. W końcu zawołali ...

17

Niestety poranek nie przyniósł oczekiwanej poprawy... Na dzień dobry błądziłem 40 min, szukając nowego lokum, bo Pani narysowała zła mapę, a oczywiście każdy kogo pytałem pokazywał inny kierunek... Masakra. Potem szukałem transportu (łodzi) żeby sie dostać do Sankar. Ciężko im wytłumaczyć że nie chcę oglądać "turystycznego zoo", mnichami i ich skaczących kotów, i tym podobnych atrakcji. Dobił mnie gość który mnie wyprosił z baru, odmawiają podania jedzenia... WTF!!! Poszedłem na targ, bo tam zawsze można "dobrze" (no może tanio) zjeść. Trafiłem na pyszną zupę...;) najedzony, poszedłem szukać ciekawych kadrów, czyli powalając się po okolicy, unikając turystów.  Na kolacje moje ulubione mandarynki, i książka na dobranoc...

15

Drugi dzień w Bagan. Wczoraj podjąłem decyzje że nie ma sensu tu siedzieć trzy dni. Szkoda kasy i czasu. Wykupiłem bilet na nocny autobus do Kalaw. I tak trochę bez pomysłu na dzisiejszy dzień, znów poszedłem na "spektakl". Skoro już tak rano wstałem... ;) potem pare kilometrów spaceru, śniadanie (najdroższe jakie jadłem, ale wybaczam im za pomidory i ogórki). Wróciłem do hotelu o 11, aby zwolnić pokój, posiedziałem trochę walcząc z internetem, żeby zabukować bilet do Bangkoku, i znów ruszyłem na "dzielnie"... To jak Ci ludzie mieszkają, nie przestanie mnie dziwić... Można powiedzieć ze żyją na jednym wielkim wysypisku śmieci... A w tym wszystkim dzieci, świnie, psy i kury... Niby większość "obejść" pozamiatana, ale co z tego jak za płotem gnój... Widać też od razu różnicę w "szczeblu" społecznym. Niektóre domy murowane, inne drewniane. Najwiecej oczywiście jest tych z mat bambusowych, ale tu tez jest różnica. W wielkości, wykończeniu, ilości zab...

Bagan, gdzie słońce wstaje najpiękniej...

Wstałem... Wszystko mnie boli. Kręgosłup, nogi, "siedzenie". No ale "spektakl" czeka... Prysznic, plecak z aparatem na plecy i w drogę... Po 5 km, znalazłem "stupę" na która dało się wejść, o się zaczęło... To rzeczywiście magiczne miejsce... Wschodzące słońce, poranna mgła i tysiące "kolczyków" w rożnych formach i rozmiarach... Zdjęcia tego nie oddają... Po raz pierwszy żałowałem, ze nie mam kasy... Na lot balonem... To dopiero musi być przeżycie... Ale jak sie nie ma co by sie chciało, to szuka się czegoś innego... Tak więc opuściłem pogodę, i polazłem się "zgubić"... Moje główne zadanie polegało na unikaniu wszelkich miejsc, gdzie jeździli turyści w swoich klimatyzowanych autokarach, małych busikach, i na elektrycznych skuterach... Tak naprawdę dzisiaj (czyli jutro) zdałem sobie sprawę że podczas tych dwóch dni w Bagan, i przejściu prawie 80km, nie widziałem ani jednego białego, który by chodził. Nie mowię oczywiście o zwiedzaniu skl...