Do trzech razy sztuka...
Jako iż miałem dziś mnóstwo czasu do wyjazdu (autobus rusza o 17.30) poszedłem w okoliczne górki. Jak zawsze sam, i z nazwami kolejnych wiosek zapisanych na kartce... Przed wyjściem po raz pierwszy zjadłem śniadanie w hotelu...;) Do tej pory zawsze wychodziłem zanim było gotowe...
Tak wiec najedzony ruszyłem. Nauczony wcześniejszym doświadczeniem, pytałem o drogę co druga napotkaną osobę... Zgodność kierunków była, więc idę. Do pewnego momentu. Znów trafiłem do wioski której nazwy nie miałem, a w której nikt nie wiedział gdzie jest wioska do której chce iść. Tak jakby znali tylko swoją, i miasto gdzie jeżdżą na zakupy... Nie da się "uprawiać" trekkingu samemu w Birmire. Bez wojskowej mapy, albo przewodnika. Chyba ze ja jestem taki głupi...
Fajnie było zobaczyć kawałek "Toskani" w Birmie. Niestety do samej winiarni nie dało się wejść. Więc wina nie degustowałem. W sklepie butelka Muskat'a kosztuje 20000 kayatów...
Wróciłem do miasta, zjadłem średnio dobry obiad, popatrzyłem sobie na partie warcabów rozgrywaną pomiędzy szewcem, a kaletnikiem (grali o cygara), wróciłem do hotelu, szybki prysznic i zaraz w drogę... Za 10h, bedę w Yangon, a stamtąd chce pojechać do Pathein, i może do Ngwesaung. Zobaczyć plaże w Birmie....;)
Opuszczam Birmańską "Wenecję"...
Komentarze
Prześlij komentarz