Posty

Być jak Phileas Fogg, czyli Argentyna i trochę w 80 dni...

Obraz
Stało się.. Nie sądziłem że w tym roku będę pisał mojego bloga z podróży.. Ale to był wyjątkowo dobry rok.. Pod wieloma względami... I dzięki temu najbardziej przyziemnemu, czyli prazy wylądowałem w Buenos Aires.. O przygotowaniach pisać nie będę.. Sporo zakupów, szukania informacji. Dzień przed wylotem kupowałem jeszcze plecak, bo nie dałem rady się spakować.. Swoisty progres.. Pierwszy wjazd 35l, drugi 50l, a teraz 75l i w sumie 35kg. Połowa mojej wagi.. Ale ten plan jest najambitniejszy.. Ale o tym w trakcie.. Nie ma co zdradzać.. Na początek Buenos.. Kora śpiewała "Boskie Buenos".. Ale ono wcale takie nie jest.. Nie ma w nim nic szczególnego.. Ani fantastycznych zabytków jak w Rzymie, ani klimatu Sieny.. Jest za to klimat Barcelony. Do niej mogę porównać, bo tylko tam byłem.. ;) Przypomina też trochę Kalkutę.. Jest kolonialne. Takie na wskroś.. Czuć to na każdym kroku. Ta mieszanka wpływów kolonistów, odcisnęła swoje piętno... Są miejsca, gdzie czas się zatrzymał....

LABUCHE

Obraz
Ruszam jak zwykle ok.8. Po śniadaniu. Słońce już wzeszło, ale oświetla niewłaściwą stronę doliny. W cieniu zimno, łapy marzną, więc wyciągam moje rękawiczki specjalnego przeznaczenia. ;) kupione w ostatniej chwili puchowe łapawice. Na moje przemarznięte ręce idealne ;)  Idzie się dobrze, mimo wysokości. Bo po płaskim. No może lekko pod górkę. Wychodzi na to że jestem mistrzem płaskiego. Taki nizinny typ. Trochę zdjec po drodze, i zaczyna sie podejście. Na szczęście niezbyt strome, i o dziwo nawet przerwy robię nie co trzy, a co 15 kroków.  Dochodzę do mostu, i bazy noclegowej po drugiej stronie. Teoretycznie tu miałem nocować, jak bysię  okazało ze te 200m w pionie mnie wykończy. Ale nie ma dramatu. I czas dobry. Posiłek regeneracyjny, odpoczynek i obawa przed tym co widzę. Kolejne 200m w pionie, prawie pionowo. Ścieżka wije sie pomzboczu, ktore mam jakieś 70^ nachylenia. Masakra... 1,5h pod górę. Co chwila przerwa na oddech, i uspokojenie serca. Ale prę dalej. W koncu je...

Dzień czwarty.

Dziś droga krótka, bo tylko do Pheriche.  Wystartowałem o 8, po mocno obfitym śniadaniu.  Początek nawet nienajgorzej. To pewnie sprawa owsianki i naleśnika z miodem.  Docieram do mostu, po jakiejś 1,5h. Przerwa na zupę (pyszna pomidorowa z czosnkiem), chwila na oddech i ruszam dalej. Nie jest już tak łatwo, ale bez dramatu. Kilka podejście, trochę po płaskim, i w końcu z za "zakrętu"'wyłania się dolina, a w niej zabudowania Pheriche. Zejście, mostek i ostatnia prosta. W sumie 3,5h. Niezłe tempo jak na emeryta i wysokość.  Ładuje się do rekomendowanego hotelu, próbuje negocjować cenę, ale obsługa niezbyt miła. Oprócz mnie nikogo nie ma. Zostawiam graty, i idę na rekonesans. Jedna strona,mruga strona i leżakowanie na słońcu. Relaks pełną gębą. Wytrzymałem do 13. ;) wziąłem aparat, i wydrapałem się na górkę, poszukać kadrów. Z górki piękny widok na dwie doliny, i dwie "osady". Jedna 4200, druga 4400. Jedna w słońcu, druga w cieniu. No i panorama obłędna. Tylko ...

TENGBOCHE i jeszcze kawałek...

Nie wysłałem się. Budziłem się co chwile. Nie wiem czy to z emocji, czy z powodu wysokości. W kazdym razie o 7 na śniadanie (naleśnik i owsianka, z dodatkowa porcja orzechów z plecaka) obficie, żeby siły były. Pakowanie, i w droge.. Pogoda bez szału. Niebo zachmurzone, choć momentami przebija się słońce. No i pada zmarznięty deszcz. Na szczęście delikatnie, wiec na razie nie wyciągam gore-texu. Początek na luzie, bo droga z górki. Potem lekko pod, ale nie ma dramatu. I znow w dół. Na 3250mnpm. A wiadomo ze jak dół, to zaraz będzie ostro w górę.  Wiec na dole, w ramach zebrania sił, posiłek regeneracyjny. Zupa pomidorowa-czosnkowa, bo tylko taka nie była z torebki. I snikers...  Jesze tylko most linowy, i zaczyna sie dramat. 2h non stop pod górę. Powtórka z rozrywki, kilka kroków i moment na złapanie oddechu. I tak całą drogę. Pierwsza próba Issostara, i jeszcze snikers. Myślałem że idę bardzo wolno, ale mialem tylko 20 min. opoźnienia według wytycznych. Nie jest źle. Na górze ...

NAMCHE BAZAR

Dziś dzien na aklimatyzację. Wiec po porannej owsiance z jabłkiem (niezbyt obfitej) polazłem z aparatem w koncu porobić jakieś foty. 400 metrów w gore... A miał być odpoczynek. Na podejściu spora zadyszka, znów kilka kroków i przerwa. A idę na "pusto".. Boję się jutra, po takim poranku.. Ale widoki wynagradzają wszytko. Pogoda łaskawa, więc widać Mount Everest, Lhotse, Nuptse, Ama Dablam, i jeszcze parę szczytów o których nie mam pojecia. ;)  Ale jest pięknie. Tylko ja i góry. I głos orła który kołuje gdzieś nade mną...  Posiedziałem tak sobie trochę, ucieszyłem oczy. Takie widoki dodają Ci siły. Zajebiscie mobilizują. Zalazłem do hotelu, zjadłem stek z Yaka, (który był chyba wielkości kota), i przeorganizowałem plan zajęć. Bo chyba trzeba wrócić wcześniej do Polski. Chwila relaksu na słońcu, szaleństwo w postaci Coli i decyzja by wejść jeszcze raz na zachód słońca. Znow zadyszka, znow chwila zwątpienia. Że może nie iść tak wysoko, żeby sobie odpuści Everest, a zostać na tych...

Maszeruj albo zdychaj...

Dzien powrwszy.  Wyladowalem w Lukla, podobno na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk świata. Jakoś mnie nie przestraszyło. Widoki o poranki, niewiarygodne. Słońce  które wstaje, i powoli rozświetla  doliny, a w tle białe szczyty wysokich gór, zwala z nóg. A to dopiero przdsmak.. Mam nadzieje.  Na ulicy pusto, Lukla  powoli budzi się do życia. Mijam kolejne "restauracje", Guest Haus'y, i Starbucks'a. Szczyt hipserstwa. ;) Zatrzymuję się w pierwszym otwartym barze, i zamawiam zupę... Przegryzam bułką którą przytargałem  z Kathmandu, i konsternacja. Nie ma mojej pięknej niebieskiej butelki z wodą... Albo wypadła w luku, albo ukradli. A była pełna wody... Szlag. Ruszam na szlak. Jeszcze tylko kontrola pozwolenia, i w długą.. Nie jest źle, ale to pewnie dla tego że z górki, i początek.  Mam dotrzeć do Phakding, i tam nocować... To pierwsza baza, i aklimatyzacja. Dotarłem tam o 10, z zapasem sił. I tak mnie pokusiło żeby iść dalej.  No i posżedlem....

Lęki...

Pominę kilka dni, ale uzupełnień je w wolnej chwili, jak bede miał prąd, i WiFi.  Dziś jest ostatni dzień przed...  Jutro o 6.15 mam samolot do Lukla, gdzie zaczynam "spacer" po himalajach.  Plan jest ambitny, nie wiem czy nawet nie "za"... Chcę dojść do Eberest BC, potem przez przełęcz CHO ŁA do GOYKO. Po drodze jeszcze kilka punktów widokowych, i w sumie trzy razy ponad 5.400 mnpm. Chciałem wejść na 6000, ale to się raczej nie uda samemu. Tu już trzeba mieć specjalistyczny sprzęt, i asekuracje., W kazdym razie po 4 dniach w Kathmandu, gdzie zbierałem informacje, i kompletowałem sprzęt, mam coraz wiszeksze obawy, czy dam radę. Czy kondycja pozwoli, czy jednak zmęczenie 2 miesiącami szlajania się po Indiach i Bangladeszu, walka z angina, i przeziębieniem nie odbije się teraz czkawką.  Czy pogoda nie zawodzie, i czy nie zgubie szlaku. Czy wystarczy kasy, zapasów, i czy plecak mnie nie wykończy, bo mimo przeparkowania, i zabrania absolutnego minimum, to i tak wazy pew...