Posty

W krainie torebek Prady...

Dziś na rozgrzewkę, poszedłem poszukać garbarni. Bo gdzieś przeczytałem że są. ;) Tak wiec pobudka, mycie w zimnej wodzie, herbata z mlekiem i bulą, i w droge.  Jest ósma rano, więc miasto dopiero się budzi do życia. Dzieciaki do szkoły, gdzieniegdzie uliczni sprzedawcy, śmieciarze. Sporo "herbaciarni", i kramów z owocami. Ale ulice spokojne, mozna przejść bez trudu. Do czasu aż zza zakrętu nie wyłonił się targ cytrusów. Ja pierniczę...!!! Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Setki tragarzy, rikszy, sprzedawców hurtowych... Wszytko odbywa się namylicy, albo wprost z ciężarówek którymi udało się wcześniej znaleźć miejsce i zaparkować. Licytacja, tragarze wrzucają towar na głowę, i wynoszą poza obręb targu, gdzie przejmują go towarowe, lub osobowe riksze. Niewiarygodny ścisk, hałas, harmider. Schowałem aparat do plecaka, bo szans na dobre zdjecie nie ma w tym ścisku,ma uszkodzić go łatwo. Dystans kilkudziesięciu metrów zajmuje mi wiecej czasu niż przejęcie kilku klolometrow. W k...

Nowy wymiar chaosu...

Wyladowalem a Dhaka. Wysiadam z autobusu, i odrazu wpadam w wir niewyobrażalnego chaosu. Korek na kilka km., riksze, tuk-tutki, tragarze, i piesi. A wszytko to przeciskające pomiędzy autobusami, ciężarówkami, cała masą innych pojazdów. I oczywiście każdy trąbi, i dzwoni. Choć nidczego to nie zmienia... Dochodzi 16, więc na znalezienie hotelu nie mam zbyt wiele czasu. Nie wiem gdzie jestem, nigdzie nie znalazłem informacji gdzie szukać tanich hoteli, dzielnic "backpakerskich" nie ma, więc trzeba się zdać na intuicję i nogi. Kieruje się ku rzece, z nadzieją że tam coś trafię. Mijam stadion, kilka ulic, wielkie "domy towarowe" ktore przypominają bardziej magazyny, niż znane nam centra ze szkła, marmurów, i klimatyzacją. Docieram do ulicy "elektrycznej" tak zakorkowanej, że każdy metr z dwoma plecakami, to jak przecieranie się przez dżungle. Na szczęście jest tu inaczej niż w Indiach, i nikt się nie pcha, nie popycha, nie wciska na siłe. Widzę jakś szyld, więc...

Gwiżdż do trumny...

Wstałem rano, i poszedłem szukać budynku sadu. Mapa pokazuje 7km. Po drodze śniadanie, herbata i ślepiec z kurą... Rozwalił mi dzieñ. Ale jak się okazało, było warto.  I tak sobie lezę przez miasto, odpowiadam na setki pozdrowień, uśmiechów i pytań "skąd jesteś". Miłe to strasznie, ale i męczące okrutnie. Wzrok nie nadąża wyłapywać kadrów. Za dużo, za intensywnie, za  egzotycznie. Obłęd. Dotarłem w końcu na właściwą ulicę, która okazała się być niewłaściwa. Są dwie takie same. No to powrót. Pod koniec złapałem tuk-tuka i pokazałem adres. Nie przeczytał. Pokazałem zdjecie, pokiwał głową, i pojechaliśmy. Oczywiście zawiózł mnie w zupełnie inne miejsce, nabijając przy tym sporo kilometrów. Pod hotelem, który w jego opini był sądem ze zdjecia, jakiś obywatel ze szczyptą angielskiego i umiejętnością czytania, wytłumaczył mu gdzie, co i jak. Pojechaliśmy. Praktycznie do miejsca skąd wyruszyliśmy. Kawałek dalej, na wzgórzu był budynek sadu.  Teraz jeszcze targowanie o cenę, i pr...

Cmentarzysko..

Obraz
Dziś wielki dzień. Jadę znaleźć "Ship Broken". Wstałem rano podekscytowany, bo tak naprawdę to glowny cel mojej wyprawy do Bangladeszu. Zrobić wymarzony reportaż. Mam zamiar poświecić temu cztery, pięć dni. Jak bedzie potrzeba, nawet i wiecej. Tak więc pobudka, autobus, bo tuk-tuk nie jedzie, i w droge. Pół godziny pózniej wysiadam na jakimś skrzyżowaniu i gość mówi ze tą drogą 10. Zrozumiałem minut, ale mapa pokazuje 10km.. ;)  Idę. Zawsze to lepiej, bo można na coś ciekawego trafić. W oddali widać kominy cegielni, wiec wrzucam do pamięci, by wrócić następnego dnia. Po trzech kilometrach, widzę z daleka wojskowy punkt kontrolny. Mijam go i twardo idę dalej. 20 metrów i słyszę że ktoś krzyczy. Żeby nie zmuszać ich do strzelania, wracam. Seria pytań, skąd, co, kto, i informacja że nie mogę iść dalej, bo tereny wojskowe, a ja mam apart. No to tłumaczę, że aparat chowam, obiekty wojskowe mam w dupie, bo będąc w wojsku się naoglądałem, i że bardzo proszę by mnie puścili. Dra...

Czeski błąd...

Człowiek to jednak stary, a głupi. Wstałem rano na autobus do Cottogram. Pobudka o 6.45, autobus o  9.00. Do przystanku 2 km, więc z zakładką na jedzenie wyszedłem wcześnie. Jak się okazało na miejscu za wcześnie. O 12h. ;) Moj autobus to nocna opcja, i innej nie ma. Mogłem pojechać do Dhaka, a tam nie mam ochoty jechać wcale. I czasu też. Zły na siebie, ale jednocześnie rozbawiony, wrocilem do hotelu. Chciałem sie dogadać, i za połowę stawki wynająć pokój do 18. Zeby nie łazić z plecakiem. Nie dało się dogadać. Nie to nie. Wyszedłem i zacząłem kombinować. Poszedłem do biura sprzedaży biletów, i przebukowalem bilet na najwcześniejszą możliwą godzinę. 17.30. Pasuje. Spytałem o plecak, i nie było žadnych obiekcji. Naprawde niewiarygodnie życzliwi ludzie. Zadowolony z plecaka i biletu, ruszyłem do cegielni, które widziałem wczoraj po drodze. Droge na stacje autobusowa znałem, wiec nie błądziłem. Potem juz tylko odpowiedni autobus, 15 minut jazdy i jestem.  Ciekawe miejsca. I jak ...

Bangladesz... #Bangladesz #Azja

Wystartowałem o 5.30... Autobus jak autobus. Jakaś stara Scania, ale jedzie, ciastka i woda podana. I tylko za zapach postanowili użyć kostki toaletowej... Więc całą drogę do granicy miałem wrażenie że jadę w Toi-Toju. Dojechaliśmy do granicy, tam wyładunek, i przejście przez samą granice z buta. Hinduscy celnicy, mają wyjebane na wszytko, i jak wszyscy mundurowi niezby uprzejme podejście. Pieczątka, i w droge. Wychodzę  budynku, a tam kolejka na 2h stania. Przeraziłem się. Na szczęście to nie moja. Przeszedłem na stronę Bangladeska, tam znow celnicy biegali z moim paszportem dobre 20 min. Chyba dawno nie widzieli Polaka. Udało sie dostać pieczątkę, jeszcze tyko miła pogawędka i witamy w Bangladeszu. Tu oczywiście pierwsz niespodzianka. Mój opłacony transport, obowiązywał tyko do granicy. Mimo iż pytałem palanta w biurze czy bilet jest do Jassore. Jako iż mam juz dość hindusów i ich oszustw, olałem sprawę, wymieniłem dolary w kantorze, i wsiadłem w lokalny autobus. Godzinę pózniej...

Po Indiach...

Miesiąc minął... Więc parę słów podsumowania... Nie lubię Indii... Nie wiem czym się ludzie zachwycają w tym kraju. Może rzeczywiście, gdy zostajesz w tydzień wożony z punktu "A" do punktu "B", klimatyzowanym busem, wysiadasz tylko wtedy kiedy musisz, czyli pod hotelem, i pod "atrakcjami", to może się podobać... Jadasz w restauracjach, robisz zakupy dla rodziny i wracasz. I nic nie widzisz.. ;) Indie są kolorowe. Bez dwóch zdań. Są wielo kulturowe i egzotyczne. To prawda. Ale oprócz tego są niewiarygodnie wprost brudne. Myślałem że Birma to wysypisko. Ale Indie je przebijają, kilka razy. To jeden wielki syf i ściek. I do tego to sranie i sikanie na ulicy. Nigdzie tego nie widziałem wcześniej. Jak ktoś kuca, to nigdy nie wiesz czy akuratnie sika, czy rzeczywiście kuca. Bez względu na płeć i miejsce.  O chałasie i smogu nawet nie ma co mowić...  "Zabytki". Nikgdy mnie szczególnie nie interesowały na takich wyprawach. Tzn. Zobaczyć mogę, ale nie jes...