Posty

Wietnam-4

Rano wstałem niewyspany i dalej wściekły na tych idiotów. Zmarnowałem przez nich ponad 2h dnia.  Poszedłem poszukać czegoś na śniadanie, wrocilem się spakować, wymeldowac i znów w drogę... Płacąc za nocleg, powiedział zeby mnie pocałowali w dupę, jak chcieli kasę za wypitą wodę.  Wyjechałem bez dowidzenia. Po raz pierwszy w mojej podróży.  Plan był zeby dojechać do Vin Long, z małym postojem w Sa Dec. W sumie nie wiem po co chciałem sie tam zatrzymać. Ale postój i tak był wymuszony,mprze dźwignie zmiany biegów. Coś tam sie poluzowano, i generalnie myślałem że nie dam rady juz zjechać z promu, bo jedyny bieg jaki miałem to 4. Cudem udało sie wrzucić na luz, i odpalić mojego "Sokoła Millenium" ;) dojechałem do Sa Dec, bo nie wiedziałem ile naprawa potrwa, wiec chciałem połączyć zwiedzanie, z mechanikiem. Na szczęście mechaników skuterowych w Iwtnamie jest jak "mrówków" ;) zostawiłem dziada, ku uciesze specjalistów, i polazłem. Wrocilem po godzinie i wszystko naprawion...

Wietnam-3

Obraz
No i się udało... ;) Wstałem rano, bo spać nie mogłem przez hałas, poszedlam coś zjeść w okolice targu, powalającej się trochę, wrocilem do Hotelu żeby się spakować, czekając aż wybije 10. O 10 pojawił się właściciel Hondy Wave.. ;) odetchnąłem z ulga. Wypiliśmy kawę, dotarłem dokumenty i papier z oświadczeniem że od teraz ja jestem właścicielem tego pojazdu.. ;) Uścisk dłoni, uśmiech i Good Luck;)  Jeszcze tylko kask, i pasy do mocowania plecaka.  Wymeldowalem się, zapakowalm sprzęt na skuter i w drogę...  Pierwsza stacja i mały zonk.. Zeby zatankować, musiałem odpiąć plecak, bo wlew jest pod siedzeniem... ;) chwila mota ja, i znów ruszyłem. Dzisiejszy cel to Long Xuyen. Jakieś 60 km.. Na miejsce dotarłem ok. 15. Znalazłem jakieś lokum, i polazłem na miasto. Wrocilem pod wieczór, zostawiłem apart w pokoju, i znów w miasto, tym razem coś zjeść.  Jakoś niemotę trafić w Wietnamie na dobre jedzenie... To co jadłem do tej pory nie zachwyca, a kambodza prowadzi w rankingu...

Wietnam-2

Dziś pojechałem z "przewodnikiem" do Tra Su. Teroretycznke jest to rezerwat ptaków, w pięknym lesie przypominającym formacją las mangrowy. Ale ptaków jak na lekarstwo, a moja wielka nadziaj na zobaczenie ogromnego nietoperza spełzła na niczym. Poleciały w cieplejsze rejony, no tu dla nich teraz jest za zimno. Ale sam las robi wrażenie, warto było się przejechać, i opłynąć go łodzią. Mimo iż krótko.  Wracaliśmy przez okoliczne wioski, gdzie udało się zobaczyć walkę kogutów. Wcześniej myślałem że koguty to taka wietnamska forma zwierząt domowych... ;) Niestety kilku właścicieli kogutów, nie było zbyt "życzliwych" i zostałem przegoniony. Ale jeszcze je znajdę. ;) dowiedziałam sie pózniej że istnieje pewien przesąd. Jak sie zrobi zdjecie kogutowi, to ten zdycha. Kiedyś Indianie wierzyli że fotografia zabiera duszę. Jak widać każdy wierzy w to co chce...  Po powrocie do miasta, i obgadywaniu z moim przewodnikiem dalszej trasy po Wietnamie i jego sugesti co warto, a co ni...

Good Morning Wietnam... ;)

Stało się... Ostatni etap podróży. W sumie zaczął sie juz wczoraj, gdy po 8h jazdy busem, i przejechaniu w tym czasie 150km wylądowałem w Chau Doc. Ale relacje zacznę od dzisiaj. Chau Doc, to miasteczko położone niedaleko granicy z Kambodżą, nad Mekkongiem. I to jest właśnie najlepsze.. ;) Mekkong. Wioski na rzece, "mieszkania" w łodziach, sympatyczni ludzie i jedzenie. Jedzą wszystko. Nic się nie marnuje. Kości, skóry, wnętrzności. Masakra. Do tego dużo różnej maści zielenina, wodorosty i diabli wiedza co jeszcze. Trochę przypomina to co jadłem w Kambodży.  Dzieñ zacząłem od porannej zupy, i buły z jakimś dziwnym nadzieniem... Przypominało to trochę rybną pastę. Potem "spacer" wzdłuż rzeki, szukając dojścia do domów nad rzeką. Niestety okazało się to dość trudne. Wsiadłem wiec na prom,mi popłynąłem na wyspę. Tam tez się nie udalo znaleźć kadrów których szukałem. Wiec wrocilem na ląd, i zrobiłem sobie południową przerwę. Zeby odespać noc, bo jakoś słabo spałem. Troc...

HAPY NEW YEAR

No i stało się. Sylwester na plaży, w krótkich spodenkach, w chaosie, chałasie i ogólnej radości.  Na plażę wylegli wszyscy. Rozłożyli maty na bulwarze, poblokowali ulice, bo kady musi zaparkować tuż przy swojej macie, a do tego każdy piszczą inna muzykę ze swojego "car audio". Zupełnie jak w Polsce. ;) na plaży grille, lampiony, i strzelające fajerwerki, mnóstwo piwa i innego alkoholu. No i oczywiście setki muzycznych utworów w lokalnym wydaniu. ;) O północy nie wydarzyło się nic spektakularnego. Żadnego pokazu sztucznych ogni, żadnego odliczania, wielkiej radości, czy huku strzelających korków szampana... Tak jak się impreza zaczęła, tak  skończyła. Część z ludzi, pewnie nawet przespała północ, upojona alkoholem ;) Leko rozczarowany, po dwukilometrowym spacerze wrocilem do hostelu... ;) Rano na targ, zeby w koncu zjesc wymarzone kraby w pieprzu... ;) dobre śniadanie. ;) potem książka, popołudniu owoce morza z warzywami, kąpiel w morzu, pierwsza kawa (lokalna kambodżańska) o...

Kep

O ile Kampot był nieciekawym małym miasteczkiem, to Kep jest mega dziurą. I ja w niej ugrzęzłem na prawie cztery dni... Pierwszego dnia, po przyjeździe i znalezieniu noclegu, w cztery godziny obszedłem wszystko co było do obejścia. Najwieksza atrakcja to oczywiście targ krabów. Można je kupic na miejscu świeżutkie, prosto z morza, i odrazu ugotować, i zjeść. Albo same, albo odkupując ryż i sos u miejscowych handlarek. Ale najwięcej ludzi kupuje kraby na "wynos". Pakują wszystko w siaty, razem z ryżem, sosem i dodatkami w postaci wszelkiej maści ryb, kalmarów i krewetek z grilla, i jadą na bulwar urządzić sobie ucztę. Parkują auta na drodze, zajmując jeden z dwóch pasów, rozsiadają sie na chodniku na trzcinowych matach, blokując go całkowicie, wyciągają jedzenie i sześciopak piwa i jest fajnie. ;). Jest tez opcja bardziej luksusowa, ale już wtedy płatna. Można skorzystać ze specjalnych zadaszonych  platform z hamakami. No i wtedy piwo można kupic zimne na miejscu.  Ogólnie w K...

Kampot

Tak jak pisałem wcześniej wylądowałem na 3 dni w małym miasteczku, 40km od morza. Przedostatnia miejscówka w Kambodży. Miasteczko małe, pełne francuzów, knajp i guesthous'ów prowadzonych przez Europejczyków. Sporo pozostałości kolonialnej architektury, po wcześniejszych okupantach.  Gdyby o to zadbać i oczyścić ze wszelkiej maści badziewia, mogłoby to byc naprawdę urocze miasteczko. A tak, jest jak zwykle ;) Wypożyczyłem skuter na dwa dni, żeby pozwiedzać okolicę, bo to właśnie okolica jest najważniejsza. Tak więc pierwszego dnia pojechałem do Parku Narodowego, skuszony zdjęciami nieczynnego kasyna, i opuszczonego kosicola. A także wodospadu i ciekawych widoków. Droga do parku genialna. Równy, szeroki asfalt, wijący sie pod górę, przez prawie 30km.. Aż się prawie popłakałem, że zamiast skuterem, nie jadę resorakiem... Idealna droga, by poszaleć... A poza tym, jak to zwykle bywa rozczarowanie. Na górze zimno i mgła taka że nic nie widać, kościół, jak kościół. Dość malowniczo wpisany...