Posty

Wietnam-2

Dziś pojechałem z "przewodnikiem" do Tra Su. Teroretycznke jest to rezerwat ptaków, w pięknym lesie przypominającym formacją las mangrowy. Ale ptaków jak na lekarstwo, a moja wielka nadziaj na zobaczenie ogromnego nietoperza spełzła na niczym. Poleciały w cieplejsze rejony, no tu dla nich teraz jest za zimno. Ale sam las robi wrażenie, warto było się przejechać, i opłynąć go łodzią. Mimo iż krótko.  Wracaliśmy przez okoliczne wioski, gdzie udało się zobaczyć walkę kogutów. Wcześniej myślałem że koguty to taka wietnamska forma zwierząt domowych... ;) Niestety kilku właścicieli kogutów, nie było zbyt "życzliwych" i zostałem przegoniony. Ale jeszcze je znajdę. ;) dowiedziałam sie pózniej że istnieje pewien przesąd. Jak sie zrobi zdjecie kogutowi, to ten zdycha. Kiedyś Indianie wierzyli że fotografia zabiera duszę. Jak widać każdy wierzy w to co chce...  Po powrocie do miasta, i obgadywaniu z moim przewodnikiem dalszej trasy po Wietnamie i jego sugesti co warto, a co ni...

Good Morning Wietnam... ;)

Stało się... Ostatni etap podróży. W sumie zaczął sie juz wczoraj, gdy po 8h jazdy busem, i przejechaniu w tym czasie 150km wylądowałem w Chau Doc. Ale relacje zacznę od dzisiaj. Chau Doc, to miasteczko położone niedaleko granicy z Kambodżą, nad Mekkongiem. I to jest właśnie najlepsze.. ;) Mekkong. Wioski na rzece, "mieszkania" w łodziach, sympatyczni ludzie i jedzenie. Jedzą wszystko. Nic się nie marnuje. Kości, skóry, wnętrzności. Masakra. Do tego dużo różnej maści zielenina, wodorosty i diabli wiedza co jeszcze. Trochę przypomina to co jadłem w Kambodży.  Dzieñ zacząłem od porannej zupy, i buły z jakimś dziwnym nadzieniem... Przypominało to trochę rybną pastę. Potem "spacer" wzdłuż rzeki, szukając dojścia do domów nad rzeką. Niestety okazało się to dość trudne. Wsiadłem wiec na prom,mi popłynąłem na wyspę. Tam tez się nie udalo znaleźć kadrów których szukałem. Wiec wrocilem na ląd, i zrobiłem sobie południową przerwę. Zeby odespać noc, bo jakoś słabo spałem. Troc...

HAPY NEW YEAR

No i stało się. Sylwester na plaży, w krótkich spodenkach, w chaosie, chałasie i ogólnej radości.  Na plażę wylegli wszyscy. Rozłożyli maty na bulwarze, poblokowali ulice, bo kady musi zaparkować tuż przy swojej macie, a do tego każdy piszczą inna muzykę ze swojego "car audio". Zupełnie jak w Polsce. ;) na plaży grille, lampiony, i strzelające fajerwerki, mnóstwo piwa i innego alkoholu. No i oczywiście setki muzycznych utworów w lokalnym wydaniu. ;) O północy nie wydarzyło się nic spektakularnego. Żadnego pokazu sztucznych ogni, żadnego odliczania, wielkiej radości, czy huku strzelających korków szampana... Tak jak się impreza zaczęła, tak  skończyła. Część z ludzi, pewnie nawet przespała północ, upojona alkoholem ;) Leko rozczarowany, po dwukilometrowym spacerze wrocilem do hostelu... ;) Rano na targ, zeby w koncu zjesc wymarzone kraby w pieprzu... ;) dobre śniadanie. ;) potem książka, popołudniu owoce morza z warzywami, kąpiel w morzu, pierwsza kawa (lokalna kambodżańska) o...

Kep

O ile Kampot był nieciekawym małym miasteczkiem, to Kep jest mega dziurą. I ja w niej ugrzęzłem na prawie cztery dni... Pierwszego dnia, po przyjeździe i znalezieniu noclegu, w cztery godziny obszedłem wszystko co było do obejścia. Najwieksza atrakcja to oczywiście targ krabów. Można je kupic na miejscu świeżutkie, prosto z morza, i odrazu ugotować, i zjeść. Albo same, albo odkupując ryż i sos u miejscowych handlarek. Ale najwięcej ludzi kupuje kraby na "wynos". Pakują wszystko w siaty, razem z ryżem, sosem i dodatkami w postaci wszelkiej maści ryb, kalmarów i krewetek z grilla, i jadą na bulwar urządzić sobie ucztę. Parkują auta na drodze, zajmując jeden z dwóch pasów, rozsiadają sie na chodniku na trzcinowych matach, blokując go całkowicie, wyciągają jedzenie i sześciopak piwa i jest fajnie. ;). Jest tez opcja bardziej luksusowa, ale już wtedy płatna. Można skorzystać ze specjalnych zadaszonych  platform z hamakami. No i wtedy piwo można kupic zimne na miejscu.  Ogólnie w K...

Kampot

Tak jak pisałem wcześniej wylądowałem na 3 dni w małym miasteczku, 40km od morza. Przedostatnia miejscówka w Kambodży. Miasteczko małe, pełne francuzów, knajp i guesthous'ów prowadzonych przez Europejczyków. Sporo pozostałości kolonialnej architektury, po wcześniejszych okupantach.  Gdyby o to zadbać i oczyścić ze wszelkiej maści badziewia, mogłoby to byc naprawdę urocze miasteczko. A tak, jest jak zwykle ;) Wypożyczyłem skuter na dwa dni, żeby pozwiedzać okolicę, bo to właśnie okolica jest najważniejsza. Tak więc pierwszego dnia pojechałem do Parku Narodowego, skuszony zdjęciami nieczynnego kasyna, i opuszczonego kosicola. A także wodospadu i ciekawych widoków. Droga do parku genialna. Równy, szeroki asfalt, wijący sie pod górę, przez prawie 30km.. Aż się prawie popłakałem, że zamiast skuterem, nie jadę resorakiem... Idealna droga, by poszaleć... A poza tym, jak to zwykle bywa rozczarowanie. Na górze zimno i mgła taka że nic nie widać, kościół, jak kościół. Dość malowniczo wpisany...

Jakoś tak...

Obraz
Dawno nic nie pisałem... Powody są trzy. 1- trochę mi się nie chciało.;) 2- nie było netu 3- nic ciekawego się w sumie nie dzieje...  W kazdym razie, z Birmy przyleciałem do Bangkoku... Na dwa dni, żeby się ogarnąć, i dowiedzieć jak dotrzeć do Kambodży.  Wylądowałem na najbardziej backpacerskiej ulicy miasta, pełnej turystów, restauracji, barów, itp.  To pewnie za karę... ;)  Przez te dwa dni, szlajalem się bez celu po mieście, nie napotykając na nic ciekawego,mszczegolnie w niedzielę. Ale w sobotę trafiłem na największy targ w Bangkoku- Chatuchak Market. Obłęd. Ilość wszelkiej maści towarów przerasta możliwości percepcji... ;) mógłby,mtak sobie kupic t-shirt'y na każdy dzień roku, i każdy byłby zajebisty. Idealne miejsce dla tych, którzy wracają z Bangkoku do polski, a nie tak jak ja, włuczą się bez sensu po dziwnych miejscach... ;) Z Bangkoku do Kambodży, pojechałem pociągiem. Bo najtaniej, i w sumie niewiele dłużej niż busem. A granice trzeba i tak przejść pieszo....

Birma-Podsumowanie

Siedzę sobie na lotnisku, czekając na samolot. Już mi sie nie chce pisać, o kolejnych absurdach jakie mnie dziś "trafiły"...  Więc napiszę jakieś takie podsumowanie tych moich trzech miesięcy w Birmie.  Dziwny kraj. Pełen absurdów, z hotelami drogimi jak szlag, a jedzeniem tanim, że aż wstyd.  Gdyby się człowiek uparł, byłby w stanie przeżyć dzien za 1$... 3 posiłki, i butelka wody. Za 5$ to już nie trzeba sie starać. Owoce, cola, itd. Ceny hoteli wąchają sie w granicach od 7$ (Kalaw) do 20$ w Yangon i Ngwe Saung... Ale trzeba poszukać i sie potargować.  Transport. Oficjalny publiczny nie istnieje. Do wszystkich turystycznych miast, i miasteczek można sie dostać bezproblemowo. Są autobusy w klasie VIP, i takie trochę gorsze. Można pojechać jak normalni ludzie na pace ciężarówki, autobusem który pamięta jeszcze czasy Gierka, MotoTaxi, klasyczną taksówka, i wszystkim innym. Ze stopem może byc cieżko, ale jak ktoś sie uprze..  Jadąc w długa trasę, autobus zatrzymuj...