Jakoś tak...

Dawno nic nie pisałem... Powody są trzy.
1- trochę mi się nie chciało.;)
2- nie było netu
3- nic ciekawego się w sumie nie dzieje... 

W kazdym razie, z Birmy przyleciałem do Bangkoku... Na dwa dni, żeby się ogarnąć, i dowiedzieć jak dotrzeć do Kambodży. 
Wylądowałem na najbardziej backpacerskiej ulicy miasta, pełnej turystów, restauracji, barów, itp. 
To pewnie za karę... ;) 
Przez te dwa dni, szlajalem się bez celu po mieście, nie napotykając na nic ciekawego,mszczegolnie w niedzielę. Ale w sobotę trafiłem na największy targ w Bangkoku- Chatuchak Market. Obłęd. Ilość wszelkiej maści towarów przerasta możliwości percepcji... ;) mógłby,mtak sobie kupic t-shirt'y na każdy dzień roku, i każdy byłby zajebisty. Idealne miejsce dla tych, którzy wracają z Bangkoku do polski, a nie tak jak ja, włuczą się bez sensu po dziwnych miejscach... ;)
Z Bangkoku do Kambodży, pojechałem pociągiem. Bo najtaniej, i w sumie niewiele dłużej niż busem. A granice trzeba i tak przejść pieszo. Na granicy wiza, po krótkim oczekiwaniu w kolejce, a wcześniejszym odganianiu się od naganiaczy. Wiza niestety podrożała o 10$. Złoczyńcy.
Za przejściem czekał autobus, który zabrał wszystkich na "przystanek autobusowy". A tam znów nagonka. I niestety dałem się naciągnąć, na wymianę dolcow w ichniejszym kantorze. Kurs trochę odbiegał od tego rzeczywistego. 
Ogólnie w Kambodży za wszystko i tak można płacić dolarami. W kazdym sklepie, restauracji ceny są podawane w dolcach. I prawie wszystko kosztuje dolara. ;) sok, naleśnik, przekąska, zupa. Chyba ze ktoś jada w restauracji ;) Bo w "barze" na ulicy, ceny o połowę tańsze. 
A jedzenie rewelacja...;) Po Birmie, to bardzo miłe zaskoczenie. 
Trawa cytrynowa, imbir, zielony pieprz, owoce morza... Genialne. 
Bo sama Kambodza to taka trochę bogatsza wersja Birmy, ale ogólnie nudna. Poza kompleksem Angkor, i plażami jak ktoś lubi, to szału nie ma. 
Wiadomo, że kompleks świątyń robi wrażenie na kazdym. I choć turystów miliony, przez dwa dni, jakoś udało mi się ich przeżyć. I mimo iż miałem pierwotnie zostać cztery dni w Siem Reap, uciekłem stamtąd po trzech. Zwiedziwszy cały kompleks. Pierwszego dnia pieszo, drugiego na skuterze (manualna wersja skrzyni i jazda w azji. Że ja kogoś nie zabiłem to cud).
Trzeciego dnia rano poszedłem na wioski, a potem rower i do świątyń. 
Fajnie było zobaczyć miejscówki znane z filmów Indiana Jones, i Tomb Rider...;););)


Ze specjalnymi pozdrowieniami dla mojego kolegi Szymka...;) wiernego "kibica" mojej wyprawy.



Z Siem Reap, pojechałem autobusem do Phnom Penh. Miałem nadzieję że odnajdę klimaty z duzych miast Birmy, ale się nie udało. Rozczarowany wyjechałem po jednym dniu, do Sihanouk Ville. Kolejne mało ciekawe miasteczko, z dużą ilością plaży, dla tych co lubią na nich siedzieć. Ja nie lubię.. ;)
Tak więc znów tylko jeden dzień i na wyspę. Bo taki był plan na Boże Narodzenie. Wylądowałem na Koh Rong Smloem.  Niestety nie w miejscu w którym chciałem, ale tam się nie dało dotrzeć w dniu, w którym przypłynąłem. Więc lekko wkurzony, poszedłem poszukać jakiegoś spania. Udało się, wiec plecak w kąt, i na zwiady. Plaża paskudna, brudna, i  mało ciekawa. Kilka "sypialni" głownie w formie bambusowych domków, i całe mnóstwo śmieci. Znalazłem sobie sieżkę, i poszedłem na spacer przez "dżunglę". Okazało się że druga strona wyspy, jest zupełnie inna.. Czysta, cicha, nie wieje jak w kieleckim, i jakoś tak miłej. Ale w sumie i tak nie siedzę na płazy, wiec nie płakałem zbytnio. 

Wrocilem do "noclegowni", kolacja, kąpiel w mcrzu przy blasku księżyca, i w kimono. 
Słabi sie spało, bo to w dormitorium, wiec co chwila ktoś się kręcił, a to na siku, a to Na diabli wiedzą co. Nimi wiało jak szlag, od morza... ;) rano skoro świt, do morza, a potem w dżunglę, na drugą stronę, na jeszcze inna miejscówkę. Kilka fotek, powrót, śniadanie, kąpiel, i tym razem trasa na "latarnie". Po drodze odbiłem w boczna sieczkę, i wylądowałem na najpiękniejszej miejscówce w Kambodży... Piękna płaza, malownicza, ze skałami wystającymi z morza. I do tego absolutnie pusta. Więc niewiele myśląc (wiadomo że z tymi i tak słabo), majciochy w dół, i do wody... ;) radość wielka...
 Potem kilka fotek, i powrót na właściwy szlak. Latarnia, jak latarnia, ale można było wleźć na górę, bo już nie czynna, i porobić zdjęcia armatom, i widoczkom. ;) 
Wracając zrobiłem sobie samodzielnie drinka ze znalezionego kokosa, szczęśliwy wrocilem na Świąteczną kolacje. Jeszcze tylko kąpiel w morzu, i jeść...;) 
Obżarłem się jak świnia. Dawna tyle nie zjadłem w Święta, jak w tym roku. Ale było tak pyszne, że nie mogłem się powstrzymać... ;)

Po kolacji jeszcze nocny spacer po płazy, i do spania. 
Rano pływanie, zdjecia, i z powrotem na ląd. A stamtąd busem do Kampot. Małej mieściny, ale z fajnym klimatem, pełnej dziwnych "turystów". Trochę takich jak można spotkać w Bangkoku. Dziary, dredy, zioło...;) 
Nie wim ile tu posiedzę, ale to przedostatni punkt przed Wietnamem. A Wietnam dopiero 2.01. Więc coś muszę Zrobić z tym czasem... ;););)

Komentarze

  1. Fajnie że znów napisałeś i serdeczne dzięki za fotkę :-D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27