Uśmiech losu..

Dotarłem do Bariloche, co prawda z dwugodzinnym poślizgiem, ale jestem.
Teraz jeszcze 7km do hostelu. Niestety Bariloche leży na wzgórzach i dotarcie do hostelu było trochę męczące. Ale się udało. Jeszcze tylko schody, jak do klasztoru w Chinach i jestem. A tu niespodzianka. Pan mi się jakoś bez przekonania tłumaczy, że booking namieszał, i nie mają dla mnie pokoju. Ale zarezerwowali mi w innym. Jak bym chciał w innym, to bym obie sam znalazł. Trudno. Na szczęście to tylko 300m. Duży hotel, z pokojami przerobionymi na dormy. Ale za to z łazienkami, gorącą wodą, i pojedynczym łóżkiem. Nie ma dramatu. Tylko kuchni nie ma, a ja postanowiłem przejść w tryb "ekonomiczny". I samemu "gotować".
No ale nie można mieć wszystkiego. Po drodze widziałem jakieś biuro z ogłoszeniem "Perito Moreno". Dodatkowo Pani na recepcji rozbudziła nadzieję, potwierdzając że takie oferty bywają w biurach. Idę na poszukiwania. Ale najpierw kawa. Są priorytety. Jedzenie poczeka, a biura nie zamkną.
Niestety w biurze, nie obsługują takiej trasu. Ale gość mi sprzedaje informację, że kursuje autobus. Klasyczny, z terminala. Z coraz większą nadzieją zasuwam na terminal. Kolejne 7km.
Na terminalu IT. Pytam gościa o autobus, i od razu o informację, czy nie będzie potem problemu z dotarciem do El Chaltén, a wcześniej do Chile i jaskiń. Twierdzi że nie, a bilet na autobus kupię w kasie obok.
No i kupiłem. Z tej wielkiej radości że jest, nie wiedzieć czemu kupiłem na dzienny, Mimo 12h jazdy, Mogłem też kupić jeden dzień pózniej. Ale ulga że jest, przyćmiła mi umysł. ;)
Zadowolony, z biletem w kieszeni i informacją że do El Chaltén, autobus kursuje codziennie o 0.30, wracam do centrum. Dla odmiany komunikacją miejską. Na gapę ;)
Teraz jeszcze zakupy na śniadanie, bo 12h, bez jedzenia to już cieżko. A potem na miasto poszukać czegoś do jedzenia. I tu znów problem.
Bariloche to małe miasteczko, trochę jak zakopane. Tylko nad ogromnym jeziorem. Ładnie, czystko. Mnóstwo restauracji, sklepów z pamiątkami, i firmowych salonów wytwórni czekolady. Bo podobno są mistrzami w jej wyrabianiu. Nie próbowałem. Kupiłem dwie gorzkie, na prezent dla "A'. Bo lubi, a jak lubię jak się śmieje.
tak więc brakuje tylko Białego misia do zdjęcia, i można się poczuć jak w domu ;)
Szukam. Ceny kosmos. Ale zjeść trzeba. W końcu zrezygnowany siadam gdzie bądź i zamawiam mięso z frytkami. Szału nie ma, ale jest mięso ;)
I chwilę po 21. Późno się zrobiło.
Podjedzony, wracam do hostelu, robię kanapki i spać. Jutro autobus o 6.30.

Wziąłem taksówkę. Drugi raz na tym wyjeździe. Ale nie maiłem ochoty zasuwać 7km z plecakiem, a nawet dwoma. 32kg, to jedna sporo.
Docieram na dworzec i chwilę póżniej podjeżdża autobus.
Po 12h jazdy, z przerwą na catering docieram do Perito Mroreno. Dziura. Ale na przystanku jest info, że o 20.00 odjeżdża bus do Los Antiquos. A stamtąd już tylko rzut beretem do Chile Chico. I dalej do jaskiń. Decyzja podjęta. Jadę. Godzinę póżniej ląduję w niewiele większej mieścinie, zahaczam o supermarket i idę szukać miejscówki na namiot. Nie chce mi się wydawać 25$ za kilka godzin w hostelu.
Rozbijam się na dziko nad rzeką, wcinam bułę z jogurtem podziwiając piękny zachód słońca.
I tłukąc komary. ;)
Idę spać.
Rano pobudka o 7, zwijka i na poszukiwanie transportu do Chile.
Niestety nie ma czegoś takiego. Taksówka do granicy. Ale pomiędzy posterunkiem granicznym Argentyny, a Chile jest 8k drogi. I niestety nikt się nie zatrzymał na "stopa". Trzeba drałować.
A potem odstać swoje w kolejce, bo celnicy Chilijscy pracują w żółwim tempie.
Prześwietlenie bagażu i można iść dalej. Łapię busa zaraz po wyjściu i za chwilę jestem w Chile Chico. Tu dobra passa się kończy. Bo przecież to Chile.
Autobusy nie kursują, a prywatni przewoźnicy kursują o 9.30 i 10.00. Jest jeszcze jeden który ma kurs o 12. ale to nic pewnego. Lecę go poszukać. Nie mam miejsc. Dopiero na jutro.
Szukam dalej, bo o 12, to trochę późno. I niestety muszę wkupić wycieczkę. Po raz drugi zostaję turystą w Chile.
Szlag by to trafił.
Dziś śpię na kempingu.
Jeszcze tylko coś zjeść, i można znów wytracać czas. Kolejny zmarnowany dzień.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27