Miało być pięknie... Wyszło jak w Chile...

Spakowany, śniadanie zjedzone, można jechać.
Plan jest taki, żeby jeszcze dziś się udał wyjechać nocnym do El Chaltén. Co prawda wczorajsza próba zakupu biletu spełzła na niczym, ale można mieć nadzieję.
Do jaskiń jest jakieś 160km. Niestety po mojej ulubionej nawierzchni, czyli szutrze. I do tego mocno krętym. Wiec jazda trwa 4h. Z dwoma krótkimi przystankami na zdjęcia Niestety w miejscach w których kadr był fajniejszy, punktów widokowych nie ma.. Znów żałuję że nie mam własnego transportu. Bo widoki za oknem zmieniają się jak w kalejdoskopie.. Na coraz ładniejsze.. Ehhh. Następnym razem nie odpuszczę. Kupię auto.
Martwi mnie też pogoda, która niestety wygląd na kapryśną. Ale jak na razie chmury szybko przewiewa, bo wieje jak diabli.
Docieramy na miejsce, chwila oczekiwania i do łodzi. Jeszcze tylko kapoki i wypływamy. Łódką rzuca jak łupiną, woda chlapie na wszystkie strony, fale jak na morzu podczas niezłej wichury, a słońce niknie za chmurami.. Wiadomo. Chile.
I tym sposobem cały chytry plan szlag trafił. Miał być pięknie, miał być kajak, miały być fajne zdjęcia. Kajak odpadł w przedbiegach, zdjęcia odpadły nieco pózniej, bo z łodzi to sobie można fotografować i szukać kadrów, a pogoda jak to w Chile. W twarz..
Rozgoryczenie i bezsilność. Nie ma sensu czekać na miejscu kolejny dzień, i próbować wypłynąć raz jeszcze. Prognoza nie zapowiada poprawy. Może jedynie na słońce. Ale sens żaden, bo efekt będzie ten sam, tylko może kolory "powychodzą"...
Do dupy. Jak pech, to pech.. Nie po drodze mi z Chile.
Wracam do Chile Chico. Jest 20.15 gdy docieram do granicy. Na szczęcie wczoraj wynegocjowałem podwózkę. A na granicy kolejka jak diabli. Godzina czekania, a ja mam w perspektywie 8km marszu z 32kg plecakiem, i zamkniecie granicy o 22...
Trudno. Na szczęście los postanowił się lekko zrehabilitować, i udało się zatrzymać stopa. 15min, i jestem w Argentynie. Tu urzędnicy są zdecydowanie sprawniejsi ;) Jeszcze tylko pięcio kilometrowy spacer, i jestem w centrum. Poszukiwania czegoś taniego do jedzenia o 22, nie mają sensu, więc jem w pierwszej lepszej restauracji, kupuję colę i ciastka w sklepie i na autobus.
Mam szczęście i kupuję bilet. Teraz jeszcze 2,5h czekania...
Ale jest internet, jest Kindle, więc nie ma dramatu.
Autobus przyjeżdża spóźniony 20min. Wsiadam, lekko odurzony zaduchem i "zapachem" spoconych ciał. Dorzucam do kompletu swoje, niezbyt świeże i próbuję zasnąć w fotelu. Grzeją jak diabli, a świeżego powietrza nie ma... Wody też.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27