Golgota w Mikołajkach...
Po nocnej jeździe autokarem, wylądowałem o 7 rano w Pucon, który przywitał mnie pięknym wschodem słońca z wulkanem Villarrica w tle..
Więc najpierw szukałem "czystego strzału" na zdjęcie, co niestety było dość trudne.
W drugiej kolejności wypiłem kawę i zjadłem jakąś bułę na śniadanie (chilijskie panini),
bo mój hostel otwierał podwoje dopiero o 8rano. A pokój mogę dostać o 14.
Dotarłem do hostelu, który okazał się domkiem jednorodzinnym zaadoptowanym na potrzeby hostelu. Tak więc na dole kuchnio-salonie chrapali domownicy, a na piętrze mieszczą się klitki w których upchnięto piętrowe łóżka. Ciasno, duszno i gorąco. Mocny przeskok po wcześniejszym apartamencie. Na szczęście to tylko dwie noce.
Zostawiwszy plecak, polazłem wytracać czas. Kupiłem jogurt, bułkę i na pomost. Widok na wulkan piękny, jezioro fajne, choć dostęp do plaży mocno utrudniony. Jest tylko marina. Plaże albo prywatne, albo płatne, albo daleko. Ale że ja plaży nie lubię, to poleżałem sobie na pomoście i zajadając śniadanie oddałem się lekturze.
Kindle to jednak super wynalazek i jedna z lepszych inwestycji ;)
Wracając do hostelu, zahaczyłem o IT. Niestety jak to już w Chile, znów pod górkę.
Jest niedziela, więc nie ma szans dostać pozwolenia wejścia na wulkan.
Dodatkowo nic nie kursuje w tamten rejon, szczególnie rano. Więc tym samym, nie pozostaje nic innego jak skorzystać z usług jednej z licznych agencji.
Może człowieka szlag trafić. Myślałem że może chociaż da się załatwić sam transport, bez ekwipunku, i przewodników, ale nie ma szansy.
No cóż. Płać i płacz.
Wycieczka wykupiona, wracam do hostelu.
Po drodze supermarket, i zakupy na obiad i kolację. Tniemy koszty.
Dziś spaghetti z sosem toskańskim. ;)
Przesadziłem z porcją. Cała paczka makaronu, to jednak za dużo. Tak się nażarłem, że mi wystarczyło i za kolacje. Zjadłem tylko jedną kanapkę.
Po obiedzie, jeszcze tylko polowanie na zachód słońca, który był mało "spektakularny" więc odpuściłem.
Trzeba iść spać. Wracam do hostelu, przeciskając się w tłumie turystów. Ogólnie czuję się jak w Mikołajkach podczas szczytu sezonu. Gdyby nie ten wulkan, to by nie było po co przyjeżdzać.
Jeszcze tylko przepakowanie i przygotowanie sprzętu na jutro i do łóżka.
Trzeba wstać o 5 rano.
Pobudka, ubieranie się po ciemku, i w drogę. Przez to spanie w kuchni domowników, nie ma nawet jak sobie zrobić śniadania. Może po drodze się uda coś kupić.
Na zewnątrz jeszcze ciemno, ale za to sporo ludzkich "niedopitków".
Docieram do agencji mocno przed czasem. Bez jedzenia, bo nic nie było. Trudno.
Chwila czekania, i pobór ekwipunku. Maska gazowa (zostawiłem) raki, rękawice, kask, kurtka i spodnie, oraz specjalny zestaw do zjeżdżania na dupie. I to wszystko muszę zmieścić w mój mały plecak z aparatem. Żeby nie brać ichniejszego.
Jakoś się udało.
Jeszcze chwila czekania na maruderów. Bo jak się okazuje, pieniądze zwalniają od myślenia i samodzielności.
Wsiadamy do busa. 20 osób, z czego jedna to polak. Reszta żydzi.
Po godzinie jazdy docieramy pod wulkan, gdzie się okazuje czeka wyciąg krzesełkowy.
Płatny dodatkowo. Niestety cała grupa wykupiła wjazd, wiec i ja byłem zmuszony zapłacić. Wkurw.
I jeszcze zgubiłem kijek.
Cóż zrobić.
15min i wysiadka. Zaczyna się normalny trekking. Ale grupa słaba, i wleczemy się jak żółwie.
Zaczynają marudzić już po pierwszych 30min.
A to dopiero początek.
Idzie się tak naprawdę w grupie prawie 200os. W której przeważa język hebrajski.
Po godzinie, chwila przerwy, i idziemy dalej. Teraz już w rakach. Nawet nieźle się w tym chodzi.
Na Aconcaguę wlazłem bez, a na wulkan wchodzę z. Ironia.
Idziemy. Stromo, ale trawersując nie jest żle. Taki spacer na Gubałówkę, tylko wysokości Rysów. ;)
W końcu docieramy na szczyt. Widok piękny, no i ten czynny wulkan. Warto było wejść, żeby zobaczyć jak "kicha" lawą. Sesja zdjęciowa i w dół.
A w dół zjeżdża się na tyłku. Jak w aquaparku, wyrobione są rynny w śniegu. Tam gdzie jest bardzo stromo jedzie się bez urządzenia, a tam gdzie łagodniej na "jabłuszku". Fajna zabawa. Połowa drogi w 30min.
Na półmetku, przewodnicy się nade mną zlitowali, i wraz z osobistym przewodnikiem zszedłem w dół normalnym tempem, nie czekając na resztę.
Korzystając z okazji, próbuję znaleźć kijek. Mnie się nie udaje, ale mój przewodnik go znajduje.
Fajnie.
Siadam w busie i czekamy na resztę. Ze mną jest jeszcze para, która nie dała rady wejść. 45min. pózniej dociera reszta ludzi.
Powrót do miasteczka, zdanie sprzętu i do hostelu. Zjeść coś.
Jeszcze tylko po drodze bilet do Puerto Mett, i zasłużony obiad.
Dziś wczorajsza kolacja, czyli sałatka i bułki z salami. ;)
Juro odjazd o 8rano.
Więc najpierw szukałem "czystego strzału" na zdjęcie, co niestety było dość trudne.
W drugiej kolejności wypiłem kawę i zjadłem jakąś bułę na śniadanie (chilijskie panini),
bo mój hostel otwierał podwoje dopiero o 8rano. A pokój mogę dostać o 14.
Dotarłem do hostelu, który okazał się domkiem jednorodzinnym zaadoptowanym na potrzeby hostelu. Tak więc na dole kuchnio-salonie chrapali domownicy, a na piętrze mieszczą się klitki w których upchnięto piętrowe łóżka. Ciasno, duszno i gorąco. Mocny przeskok po wcześniejszym apartamencie. Na szczęście to tylko dwie noce.
Zostawiwszy plecak, polazłem wytracać czas. Kupiłem jogurt, bułkę i na pomost. Widok na wulkan piękny, jezioro fajne, choć dostęp do plaży mocno utrudniony. Jest tylko marina. Plaże albo prywatne, albo płatne, albo daleko. Ale że ja plaży nie lubię, to poleżałem sobie na pomoście i zajadając śniadanie oddałem się lekturze.
Kindle to jednak super wynalazek i jedna z lepszych inwestycji ;)
Wracając do hostelu, zahaczyłem o IT. Niestety jak to już w Chile, znów pod górkę.
Jest niedziela, więc nie ma szans dostać pozwolenia wejścia na wulkan.
Dodatkowo nic nie kursuje w tamten rejon, szczególnie rano. Więc tym samym, nie pozostaje nic innego jak skorzystać z usług jednej z licznych agencji.
Może człowieka szlag trafić. Myślałem że może chociaż da się załatwić sam transport, bez ekwipunku, i przewodników, ale nie ma szansy.
No cóż. Płać i płacz.
Wycieczka wykupiona, wracam do hostelu.
Po drodze supermarket, i zakupy na obiad i kolację. Tniemy koszty.
Dziś spaghetti z sosem toskańskim. ;)
Przesadziłem z porcją. Cała paczka makaronu, to jednak za dużo. Tak się nażarłem, że mi wystarczyło i za kolacje. Zjadłem tylko jedną kanapkę.
Po obiedzie, jeszcze tylko polowanie na zachód słońca, który był mało "spektakularny" więc odpuściłem.
Trzeba iść spać. Wracam do hostelu, przeciskając się w tłumie turystów. Ogólnie czuję się jak w Mikołajkach podczas szczytu sezonu. Gdyby nie ten wulkan, to by nie było po co przyjeżdzać.
Jeszcze tylko przepakowanie i przygotowanie sprzętu na jutro i do łóżka.
Trzeba wstać o 5 rano.
Pobudka, ubieranie się po ciemku, i w drogę. Przez to spanie w kuchni domowników, nie ma nawet jak sobie zrobić śniadania. Może po drodze się uda coś kupić.
Na zewnątrz jeszcze ciemno, ale za to sporo ludzkich "niedopitków".
Docieram do agencji mocno przed czasem. Bez jedzenia, bo nic nie było. Trudno.
Chwila czekania, i pobór ekwipunku. Maska gazowa (zostawiłem) raki, rękawice, kask, kurtka i spodnie, oraz specjalny zestaw do zjeżdżania na dupie. I to wszystko muszę zmieścić w mój mały plecak z aparatem. Żeby nie brać ichniejszego.
Jakoś się udało.
Jeszcze chwila czekania na maruderów. Bo jak się okazuje, pieniądze zwalniają od myślenia i samodzielności.
Wsiadamy do busa. 20 osób, z czego jedna to polak. Reszta żydzi.
Po godzinie jazdy docieramy pod wulkan, gdzie się okazuje czeka wyciąg krzesełkowy.
Płatny dodatkowo. Niestety cała grupa wykupiła wjazd, wiec i ja byłem zmuszony zapłacić. Wkurw.
I jeszcze zgubiłem kijek.
Cóż zrobić.
15min i wysiadka. Zaczyna się normalny trekking. Ale grupa słaba, i wleczemy się jak żółwie.
Zaczynają marudzić już po pierwszych 30min.
A to dopiero początek.
Idzie się tak naprawdę w grupie prawie 200os. W której przeważa język hebrajski.
Po godzinie, chwila przerwy, i idziemy dalej. Teraz już w rakach. Nawet nieźle się w tym chodzi.
Na Aconcaguę wlazłem bez, a na wulkan wchodzę z. Ironia.
Idziemy. Stromo, ale trawersując nie jest żle. Taki spacer na Gubałówkę, tylko wysokości Rysów. ;)
W końcu docieramy na szczyt. Widok piękny, no i ten czynny wulkan. Warto było wejść, żeby zobaczyć jak "kicha" lawą. Sesja zdjęciowa i w dół.
A w dół zjeżdża się na tyłku. Jak w aquaparku, wyrobione są rynny w śniegu. Tam gdzie jest bardzo stromo jedzie się bez urządzenia, a tam gdzie łagodniej na "jabłuszku". Fajna zabawa. Połowa drogi w 30min.
Na półmetku, przewodnicy się nade mną zlitowali, i wraz z osobistym przewodnikiem zszedłem w dół normalnym tempem, nie czekając na resztę.
Korzystając z okazji, próbuję znaleźć kijek. Mnie się nie udaje, ale mój przewodnik go znajduje.
Fajnie.
Siadam w busie i czekamy na resztę. Ze mną jest jeszcze para, która nie dała rady wejść. 45min. pózniej dociera reszta ludzi.
Powrót do miasteczka, zdanie sprzętu i do hostelu. Zjeść coś.
Jeszcze tylko po drodze bilet do Puerto Mett, i zasłużony obiad.
Dziś wczorajsza kolacja, czyli sałatka i bułki z salami. ;)
Juro odjazd o 8rano.
Komentarze
Prześlij komentarz