Waranasi

Czyli o krok od deportacji... 
Zameldowałem sie w hotelu. Dojechałem tam najdroższą taksówką jak dotąd. Normalnie wystarczyło przejść na drogą stronę dworca, i kawałek droga... A tak zapłaciłem 260rupii, za jazdę dookoła... Nomale tak juz jest, jak GPS nie działa... Przepakowalem się, i w drogę. Nad Ganges. Zobaczyć te cuda, święte schody, i trupy w wodzie... Dotarłem, schody sa, ludzie się kapią w tym syfie, ale syf taki sam jak wszędzie indziej w Indiach... No i palą... 5-6 ciał rownocześnie... Ruch jak w KFC. Podchodzę bliżej, oczywiście przyczepia sie jakis lokals, i mówi o zakazie zdjeć. Potwierdzam że wiem, i ze nie robię. O że jak chcę, to mogę dostać pozwolenie. No Wy łajzy, sobie myśle. Tak to nie można, bo obraza,świętokradztwo, i cuda wianki, ale jak zapłacisz, to nie ma problemu... Podziękowałem, powiedziałem że jutro. Idę sobie dalej, i kolejny zaczepia. Nietykalny. Bo pali. Ta sama rozmowa, ta sama odpowiedz. On mówi ze jedno mogę zrobić. No, dwa razy mi nie trzeba mowić... Wlazłem wyżej, i zrobiłem jedno. Tak bez przekonania. 3 min. pózniej podchodzi do mnie gość, w asyście kilku kolegów, i prosi o pokazanie zdjec. No i się zaczęło... Ze obraza, policja, deportacja, ze świętokradztwo... Wkórwilem się. Tłumaczę, zeby ustalili wersje, bo jednen pozwala na jedno zdjecie, drugi nie. Nic nie pomogło. żadne tłumaczenie, przeprosiny, nic. Straszy mnie jakimiś ludźmi, policją, itp. Każe schować aparat, i poczekać, aż przyjdzie z bossem. Przeproszę, zapłacę, i bedzie mi wybaczone... Poszedł. No a ja przecież czekać nie bedę.. ;) schodami w dół, kilka zakrętów w ciasnych uliczkach, i tylko nasłuchiwałem czy ktoś nie drze ryja... Uspokojony ciszą, zwolniłem, i jakby nigdy nic idę dalej. Aż tu za zakrętem posterunek policji, bramki jak na lotnisku, kamizelki, długa broń. Myśle sobie, jak patałach zgłosił przez radio, że mnie szukają, bedzie problem... W tył zwrot, i szukać innej drogi na wyjście z Gathow... Udało sie. Dotarłem do głównej drogi, i nikt nie strzelał... ;) 
Zjadłem coś jeszcze, wypiłem Lassi, i  do hotelu. Tu kolejna niemiła niespodzianka. 
W pokoju duszno jak w saunie, i tak samo wilgotno... Pościel wilgotna, skarpetki i koszulki mokre... 
Wkurwiony poszedłem spać.. Znów trzeba się było przebrać w nocy... Chyba sie muszę przyzwyczaić.  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27