Sylwester...
Tak jak pisałem wczoraj, niezbyt "wyraźny" wstałem i poszedłem w miasto. Znów bez konkretnego celu... Skończyło się kinem, z Bollywoodzką superprodukcją historyczną. Trzeba przyznać że mają rozmach. Setki statystów, scenografia i kostiumy na bogato, sceny batalistyczne itp. Oczywiście reszta w klasycznej formie. Duże łzawe oczy u wszystkich, zwolnienia, choć kręcone na normalnym klatkarzu, miłość szczęśliwy i nieszczęśliwa, teatralne gesty i przerysowana gra. Wysiedziałem do przerwy i wyszedłem. Samo kino tez ciekawe. W stylu naszych starych dobrych kin, z czasów przed multipeksowych. Ale w pierwszych żedach na fotelach nie ma siedzisk, oczywiście wszystko usyfione, flausz na fotelach aż ślini od brudu. Ja miałem szczęście i kupiłem bilet na miejsca dla VIP'ów.. ;) obite sztuczną skórą, rozkładane jak w pierwszej klasie ekspresu... No i Pan "usadzacz" który jak w filmach braci Marx, chodzi z latarką i usadzą wszystkich na ich miejscach...
A jeszcze jedna ciekawostka. Wchodząc do kina jest się przeszukiwanym. Miałem problem żeby mnie wpuścili z aparatem i plecakiem. Na hasło "depozyt" wybuchnąłem śmiechem.
Wrocilem do hotelu, lekko słaby, bo jak się pózniej okazało odezwała się niewyleczona grypa. Grecka zemsta... Chwila drzemki, i w drogę na górę. Bo sobie wymyśliłem że porobię zdjecia z panoramą na miasto. Szału nie było jeżeli chodzi o fajerwerki, ale może coś wyjdzie. Mam nadzieję. Bo trochę ryzykowałem łażąc po slumsach nocą, no lekko zmarzłem czekając na NR... Co się przełożyło na mocniejsze objawy grypy... Jeszcze tylko 4h snu, pobudka o 5, i 5km marszu na dworzec...
Jutro Agra...
Komentarze
Prześlij komentarz