Pink City...
Jaipur, mogło by mieć jedno z najładniejszych starych dzielnic jakie widziałem. Być może najładniejsze.
Piekne freski, detale, architektura... Niestety wszystko to "gnije" w szambie ulicy... Nikt o to nie dba, nikt sie tym nie przejmuje... Jeden wielki rynsztok. Spokojnie można by kręcić "Pachnidło" bez szczególnych nakładów... A zaczaąłem dzieñ tak pięknie, od ślicznej świątyni, na dodatek tylko dla mnie... ;) A potem to już klasycznie. Wąskie uliczki, z dala od turystów i utartych szlaków...
Przejechałem się metrem, w ramach rozpoznania, odwiedziłem stację kolejowa, i postanowiłem poszukać poczty... 3 km, tylko po to by w jedynym okienku po 20 min. czekania kupić pocztówki...
Umarłem z śmiechu jak je dostałem. Żółty kartonik, z jednej strony czysty, z drugiej z nadrukowanym znaczkiem i miejscem na adres.,i to wszystko. Może to jakaś specjalna wersja dla dzieci...? W stylu "namaluj to sam"... Wysłałem, zobaczymy czy dotrze. Potem jeszcze przygoda z wymiana waluty. Chciałem w banku,moze y nie ryzykować w lokalnych kantorach. Wiec najpierw że małych banknotów nie wymieniają (20 i 50$), a napomknę tylko że bank narodowy Indii. Potem 25 minut czekania, wypełniania papierków, i liczenia pieniędzy. Obłęd. Najśmieszniejsze jest to, że w bankach ochrona chodzi z długą bronią. Albo dubeltówki, albo jakaś wersja "mosina" z bagnetem na sztorc... Bankomatów zresztą tez pilnują ciecie. Ale juz bez broni.
Wrocilem na "starówkę" i zadałem szukać czegoś do jedzenia. W koncu w drodze powrotnej do hotelu, znalazłem bar,mW którym jadłem wczoraj. Zamówiłem jakieś coś, co wyglądało jak "...". Zjadłem, jeszcze tylko cola, owoce, i do hotelu. Niestety chyba coś było nie tak. Najpierw zgaga, a potem niezbyt przyjemne rewolucje. Męczyłem się całą noc, ale rano było tylko trochę lepiej. Na szczęście obyło się bez sraczki.
Komentarze
Prześlij komentarz